piątek, 9 lutego 2018

Zielone Wyspy

Na południowych wodach niespokojnego Teritallu, z dala od wielkich lądów, fale obmywają liczne chaotyczne roje i długie łańcuchy górzystych wysp, zwanych Zielonymi (Tsiroe). W zależności od wiatrów i rodzaju statku – płynie się tam od dwóch do trzech miesięcy.


Biorą swe miano od bujnych, gęstych puszcz, które przez okrągły rok – niezależnie od tego czy panuje właśnie jesień czy zima – rosną i szumią swymi grubymi, mięsistymi liśćmi. Choć po prawdzie tam gdzie rosną nie ma ni śniegu, ni przymrozków. Panuje wieczne lato, a dzień trwa tyle samo co noc, zawsze. I może to tu kryje się sekret ich rozmiarów? Cóż, niepodważalną prawdą jest że nie ma w świecie potężniejszych drzew, grubszych i bardziej rozłożystych jak te z Tsiroe Alm – ustępują im nawet efryjskie pustynne giganty, a te które robią wrażenie na Kulińczykach, wyglądają przy nich jak trzciny. Niektóre potrafią w ciągu jednego dnia i nocy urosnąć o jedną dziesiątą łokcia, a inne nawet o łokieć i więcej. Jakby nieprawdopodobnie to nie brzmiało – tak jest. W ciągu raptem kilku lat, osiągają gigantyczne rozmiary. Choć z wiekiem rosną wolniej. Najstarsze, o rozłożystych koronach, padają pod własnym ciężarem bądź tracą największe konary, strasząc potem lepkimi od żywicy kikutami. Jeśli w ułamanych odnogach zalęgło się robactwo – dość szybko mrą i gniją; jeśli są zdrowe – wrastają w glebę i kontynuują swe życie. Na zbutwiałych resztkach szybko wyrastają nowe rośliny, puszyste mchy, zioła, krzaczki i drzewka. Wszędzie walają się nasiona, przywleczone przez wiatr i leśne zwierzęta – mają więc z czego kiełkować, tam gdzie jest choć trochę światła, zaraz pojawiają się nowe pędy. Największe pnie, obalone przez huragany, nie przeżarte przez korniki, rzadko się marnują. Miejscowi robią z nich łodzie, bębny i beczki. W wybranych rodzajach świętych drzew rzeźbi się wizerunki bóstw i przodków. Największe gatunki są tak grube, że aby je objąć – trzeba kilkunastu mężczyzn. Niektóre plemiona drążą je tygodniami, i urządzają sobie w nich domostwa. Widuje się całe wioski tego typu, a bywa że pnie są tak ogromne, że mieszczą kilka izb (każdą zamieszkuje inne pokolenie). Tak, to nie bujda! Kapłani, możni i uczeni, a także cieśle i ichni pomagierzy, ludzie różnych stanów i temperamentów, głupi, niegłupi, starzy i młodzi – wszystko to widzieli i jak jeden mąż mówili to samo. I mówią nadal – bo przecież to wszystko trwa, i wciąż powstają nowe wioski w pniach, jeśli tylko ich mieszkańcy muszą się przenieść, a wiele plemion odczuwa taką potrzebę cyklicznie. Na ogół normą jest jedno pomieszczenie na jedno drzewo – bo takie dłubie się najłatwiej. Przyroda śmiało tu sobie poczyna, zachęcając wręcz by czerpać zeń pełnymi garściami, a nie znający stali dzicy, mimo trudności – pracują wytrwale. Rzeźbią swe dziuple ostrymi muszlami, kamieniami  i ociosanym krzemieniem, dniami i nocami usuwając przegniłe drewno, a potem wypalają wnętrza i ścierają sadze. Prosty, prymitywny sposób – ale skuteczny.


Kiedy między rokiem 1200 a 1230 dotarli tu pierwsi żeglarze z Kulinu, Barnijczycy z  Waikemaaru i Kokar, zdziwiło ich, iż mimo zbliżającego się zimowego przesilenia tutejsza roślinność wygląda tak, jakby panowała pełnia astronomicznego lata. Niektórzy się wprawdzie tego domyślali, wnioskując po pogodzie i umiejętnie łącząc fakty, ale i tak widok zielonych drzew doprowadził większość do głębokiej konsternacji. Może gdyby między Kulinem a wyspami Dalekiego Południa były jakieś lądy, a przyroda zmieniała się stopniowo, szok byłby mniejszy – ale Barnijczycy pokonawszy pustkę Teritallu, opuściwszy ojczyznę skąpaną w jesiennych barwach, po kilku monotonnych tygodniach znaleźli się niespodziewanie w krainie wiecznego lata. Sceneria zmieniła się od razu, jak malowane tło w teatrze. Wielu zwątpiło w swoje zmysły. Długo dumali, czy należy przybijać do brzegu, czy to bezpieczne... może prawdziwy wizerunek lądu maskuje jakiś czar, a jego rzeczywisty obraz nie jest tak sympatyczny? A może w ogóle go tam nie ma? Iluzja to jaka, albo  zbiorowy obłęd? W końcu w ojczyźnie mróz, zapewne pierwsze śniegi już pokrywają pola i bielą gonty, dni muszą być krótkie, ciemne, tutaj zaś... inny świat, jakby rządzący się całkiem odmiennymi prawami. Nikt nie brał pod uwagę całkowitego zaniku pór roku, ani tego, że słońce może prażyć mocniej, nie wspominając o odmiennym rytmie jego wędrówki. Do Południowego Efru podówczas rzadko kto pływał, a konkretnych wyobrażeń o lądach których się spodziewano  za Teritallem – nie było. Zakładano tylko że są. A jak są, to pewnie podobne do południowego wybrzeża Kulinu –  nikt nie wychodził ponad ten tok rozumowania.
Drugim kamieniem milowym, będącym chyba jeszcze większym zaskoczeniem, było odkrycie że im dalej na południe, tym nie goręcej (jak zaczęto spekulować) a chłodniej. Stopniowo, pokonując kolejne rafy koralowe, niebezpieczne skały, wchodząc w konflikty z lokalnymi grupami dzikich, Kulińczycy dotarli do wysp które okrzyknięto Pifryjskimi i samotnego lądu, nazwanego na cześć Świętego Koggara. Tam zobaczyli jesienne barwy, dobrze znane z ojczyzny. I dryfujące góry lodowe. Potem śmiałkowie osiadli pośród dzikich, zgromadziwszy zapasy – zaczęli się wypuszczać coraz dalej na południe, aż poznali mroźne, niespokojne wody, urozmaicone niekiedy gigantycznymi płatami kry. Wszystko to zgadzało się z tym co mówili im miejscowi, jednak zapragnęli zobaczyć więcej, dopłynąć do krańca świata. I udało im się. Po wielu trudach dotarli w końcu do Krainy Lodu, morderczej i skrajnie niegościnnej, która wydała im się podobna Białym Pustkowiom Dalekiej Północy. Chłodniejsze wody za Dalekim Południem zaczęto określać Południową Rubieżą. Poza ptakami, rybami które mnożą się wszędzie (więc i tu dającymi sobie radę), lubiącymi zimno fokami i polującymi na nie morskimi gadami o szarych pyskach – nie ma tam życia. Czasem widuje się jeszcze wieloryby i meduzy, ale to wszystko.  Krainę Lodu tworzą częściowo czarne wyspy, podmorskie skaliste góry, których szczyty wystają ponad powierzchnię, ale większość z tego co mogą zobaczyć nieliczni docierający na te wody żeglarze, to wieczny lód. Gruby,  na ogół płaski, o głębokim zanurzeniu. Identyczny jak ten z Białych Pustkowi. Badacze zainteresowani jego charakterem i potencjalnymi bogactwami, wwiercali się weń, kuli i rąbali szyby: na głębokości około trzystu stóp napotykali wodę. Dna jednak nie sięgali – pod lodem jest bliżej nieoszacowana głębia. Ciemna i pusta – bez śladów choćby najmniejszych żyjątek.

Geografowie, bazując na doświadczeniach żeglarzy i ustaleniach okrętowych kartografów, a także informacjach pochodzących od tubylców, dzielą Zielone Wyspy się na Archipelagi Wschodnie i Zachodnie. Ich łączna powierzchnia wraz z rozdzielającymi je płytkimi morzami, zajmuje obszar nieco większy niż Kulin, a porównywalny do znanej części Północnego Efru – widać to szczególnie dobrze kiedy nałożymy na siebie mapy w tej samej skali, i spojrzymy pod słońce.
Mimo setek lat jakie minęły od ich odkrycia, wciąż nie ustalono pełnej listy wysp; nie ma nawet zgody co do ilości ich skupisk – katalogowane są wedle różnych kryteriów, często podyktowanych polityczną rywalizacją. Nie naniesiono też na mapy wielu płycizn i raf, zbyt wielu by beztroskie pływanie po tych wodach było bezpieczne, zwłaszcza w czas pory deszczowej.
Dobrze znamy tylko pojedyncze wyspy, głównie te które zasiedlają osadnicy z Kulinu, inne jedynie w przybliżeniu, co sprowadza się na ogół do wynotowanej rzeźby terenu, tj. tego co widać z pokładu statku, określenia typu wybrzeża i linii brzegowej, a także ustaleniu czy ląd jest zamieszkały. To ostatnie nad wyraz często okazuje się informacją błędną, i bywa przyczyną wielu nieszczęść. W przypadku większych lądów, z bujniejszą roślinnością – oszacowanie ich faktycznego kształtu jest niemalże niemożliwe.

Zielone Wyspy zamieszkują tzw. czarni ludzie, zbliżeni wzrostem i proporcjami ciała mieszkańcom Runu, Kulinu i Efru, ale o skórze brunatnej. Raz to ciemniejszej, raz to jaśniejszej – niekiedy ciężko ocenić, bo malują ciała sadzą, pyłem i startym kwieciem – co nadaje im upiorny wygląd i jednocześnie chroni przed robactwem (które pleni się tam na potęgę). Jej zabarwienie, podobnie jak wzory malunków, na ogół  precyzyjnie wskazuje przynależność plemienną i pokrewieństwo z innymi grupami wyspiarzy. Niektórzy donoszą nam też o plemionach jasnoskórych, zbliżonych wyglądem do ludów hafryjskich i sauryjskich, widywanych na krańcach Archipelagów Wschodnich, ale należą one do zdecydowanej mniejszości. Prócz nich, żyją tu też karłowaci dzicy ludzie, podobni do tych z Dalekiej Północy i efryjskich gór. Różnych rodzajów i natury – część z nich jest płochliwa i tylko obserwuje z ukrycia wioski czarnych, licząc niekiedy na pozostawione przez nich resztki, inne, żyjące w dużych grupach – otwarcie domagają się jedzenia i psocą co niemiara jeśli się im go odmówi. Posuwają się nawet do kradzieży. Niekiedy zachowują się zupełnie jak zwierzęta, i ciężko dopatrzyć się w nich istot rozumnych. Włochaty, niewielki ludek stale coś je, a ciemnoskórzy posilają się z rzadka i w małych ilościach. Od połowy tego co je normalny Kulińczyk, do nawet zaledwie jednej trzeciej – mimo to potrafią wiosłować całymi dniami nie opadając z sił, śmieją się i żartują nawet kiedy ich ręce pokrywają krwawiące pęcherze. Jeśli zaczną jeść więcej, dostają do jedzenia produkty typowe dla Środkowego Południa, albo rodzime w dużej ilości – bardzo szybko tyją. Jakby ich ciała szykowały się na przejściowe niedobory. Nie ma tu wprawdzie okresów chłodniejszych, występują jednak miesiące pełne deszczu, gwałtownych burz i huraganów, kiedy ciężko o pożywienie. Powtarzają się cyklicznie, a wyspiarze właśnie z myślą o tym trudnym czasie drążą w drzewach olbrzymie dziuple. Tylko one, ruiny starych budowli i jaskinie, dają w miarę suche i bezpieczne schronienie.

Zielone wyspy, przynajmniej częściowo – uznawane są za pozostałości Kontynentu Południowego. Wspomniane ruiny i podwodne bryły, przypominające ociosane bloki skalne, wielkie płytowe drogi, fundamenty i tarasy, i co tam jeszcze chce się w nich widzieć, wielu traktuje jako potwierdzenie krążących od tysiącleci legend. Opowieści o prakolebce białych na Dalekim Południu, wielkim kataklizmie i ucieczce do ziem elfów. Są i tacy, którzy dopatrują się w niektórych skałach ludzkich posągów – co skutkuje wieloma osobliwymi nazwami, nanoszonymi na mapy z pominięciem tych używanych przez miejscowych.

Żyje tam wiele zwierząt: barwne ptaki w przeogromnej różnorodności, tysiące rodzajów owadów – chrząszczy rozmiarów ludzkiej dłoni, zajadle kąsających much i  łasych na nektar motyli, tak dużych jak ptaki; pośród gnijących liści pasą się leśne świnie, podobne do naszych dzików, brunatne gryzonie przypominające świstaki o psich łapkach, a nad nimi drzemią duże owocożerne nietoperze i wielkookie nocne dziwolągi. Ponadto gady i płazy: leśne smoki, kolorowe żabki i zwinne jaszczurki. W głębi lądu krążą duże ptaki-nieloty, przewyższające człowieka i wzrostem i siłą – podczas polowań bezszelestne, bardzo agresywne, trudne do spłoszenia, oraz kupa stworzeń które jeszcze oko jasnoskórego nie widziało, a przez miejscowych opisywanych dość dziwacznie. W puszczach, wśród konarów – można napotkać lądowe ośmiornice. Jadowite i nie. Podobnie jak w przypadku węży – trzeba na nie uważać. Nawet jeśli to ten drugi rodzaj, wcale nie czyni go to mniej niebezpiecznym. Potrafią przydusić nawet ofiarę większą niż one same, zmiażdżyć jej kark i skruszyć kończyny. Trwa to zaledwie chwilę, a kiedy są głodne bywają piekielnie szybkie. Choć to stworzenia nieduże, mają znaczny zasięg ramion i są bardzo mądre. Kiedy polują w grupie – współpracują jak ludzie. Porozumiewają się huknięciami przypominającymi nawoływania sów i ćwierkania wróbli, rzadko milczą – dzięki temu choć niewidoczne w koronach drzew, zdradzają się ze swą obecnością. Lekceważących te stworzenia na ogół nie ma już wśród nas, albo są trwale oszpeceni i utykają. Dlatego zawsze należy mięć oczy i uszy otwarte. Wyspiarze znają rośliny których zapachu ośmiornice nie cierpią, i nim wejdą do lasu – skrapiają się wywarem z ich kory i liści, albo nacierają ciało świeżo zerwanymi. Dzieci które o tym zapominają, na ogół marnie kończą.
W większości przybrzeżnych raf pływają małe, zwinne rybki – lśniące jak rubiny, ametysty i szmaragdy, odpowiedniki ptaszków mieszkających w rozłożystych konarach drzew i leśnej ściółce. Uważny obserwator wypatrzy tam także morskie ślimaki i małże, których skorupki są białe bądź pastelowe.
Wśród skał i na pełnym morzu grasują różne rodzaje rekinów, niekiedy małe i niegroźne, innym razem zaś śmiertelnie niebezpieczne. Te polujące niekiedy na dzieci wyspiarzy, lekkomyślnych rybaków i ich udomowione kormorany, wpływają w czasie przyboru do większych rzek, walczą z nurtem, a kiedy trafi się okazja, wciągają ofiarę pod wodę i dosłownie rozszarpują.
Morskie jaszczury praktycznie identyczne z tymi z południowoefryjskich rzek, czasem tylko różniące się odeń kształtem pyska, także pływają wśród raf. Utrudzone pokonywaniem fal, odpoczywają na plażach, obok stad wszędobylskich mew, często drepczących po ich cielskach i nic sobie z morderczych potworów nie robiących, jakby te były kłodami. W pewnych okresach plaże zapełniają się cielskami wielkich żółwic, tłumnie wylegających na brzeg w czasie ciepłych nocy. Gigantów, chronionych przez skorupy mające średnicę dziesięciu łokci i więcej. Żółwie te zamiast kończyn mają szerokie płetwy, a oczy łzawią im jak ludzkie – wychodzą na plaże tylko raz do roku, by złożyć jaja. Nie opiekują się młodymi – te zaraz po wykluciu mkną do morza. Ociężałe krowy morskie nie są w stanie wygramolić się na ląd, fale wyrzucają martwe bądź chore osobniki, innych się poza wodą nie widuje; przypominają foki – ale zamiast rybami, żywią się pokarmem roślinnym. Pływają na ogół w niewielkich grupkach, po kilka osobników. Kiedy pasą się na przybrzeżnych glonowiskach, faktycznie przypominają najzwyklejsze krowy mleczne. W ciepłych wodach Zielonych Wysp mnożą się także znane z północnego Teritallu delfiny i wieloryby – wyjąwszy te ostatnie, oraz ślimaki morskie, które często są bardzo trujące – wszystkie wymienione gatunki należą do przysmaków wyspiarzy. Dietę uzupełniają jagodami i orzechami, które zbierają głównie kobiety i dzieci. Wielkim przysmakiem czarnych jest miód, są nim także słodkie nasiona, jaja i larwy drzewnych owadów, oraz gotowane bulwy.

1 komentarz:

  1. Udało się. To już Wyspy Zielone, materiałów nie ma dużo, ale jest pośród nich trochę ciekawych historii i interesujący klimat. Niestety nie ma map. Jeśli więc ktoś ma kłopoty z wizualizacją, podpowiem że może rzucić okiem na mapę Oceanii i Azji Południowo-Wschodniej - to o tych terenach myślałem pisząc te rozdziały OP. Jeśli ktoś to czyta, i ma jakieś refleksje związane z moim projektem - chętnie je poznam. Nie mam ostatnio wiele sił ani czasu by nad tym siedzieć. Ale też notki nie są jakoś specjalnie wyczekiwane - więc nie ma tragedii. Cieszę się jednak że mogłem sobie poćwiczyć warsztat oraz to i owo przeanalizować.

    OdpowiedzUsuń