poniedziałek, 9 października 2017

Hambria

Hambria – niewielkie państwo bruskie położone nad Zatoką Drukbarską. Od zachodu graniczy z Unillem, Narwią i Lwurem, od wschodu z Barną; składa się w całości z historycznych ziem środkowego Waikemaaru, które od chwili secesji (1433 r.) – pozostają niezależne.


Dzisiejsza Hambria to prosperująca republika w której najwięcej do powiedzenia mają mieszczanie, potomkowie dawnych rodów magnackich i możne rody kupieckie; posiada rozbudowane kontakty handlowe oraz duże wpływy na monarszych dworach (między innymi dzięki konkurencyjnym usługom bankierskim); [...] tutejsze miasta i miasteczka pełne są starych manufaktur, drobnych zakładów rzemieślniczych i tkalni, w dolinach rzek i na wybrzeżu uprawia się pszenicę, jęczmień oraz żyto, prężnie działa górnictwo, a hambryjskie załogi regularnie pływają na Dalekie Południe i czynią starania o pozyskanie kolonii, angażując się aktualnie w krwawe potyczki na Kunaszirze.


Na zachodzie kraju, z północny na południe ciągną się ośnieżone łańcuchy Urallkillu, zwane przez sąsiednie ludy ciryjskie Ilmarem; przylega doń kilka wyżyn, między którymi płyną największe rzeki regionu, wpadające bezpośrednio do Zatoki Drukbarskiej lub zasilające Marlandan, jedną z najdłuższych dróg wodnych Barny. Dolne biegi rzek są szerokie, płyną leniwie i mają muliste dno, dają tym samym możliwość wpłynięcia w głąb nawet dużym jednostkom pełnomorskim, ich dopływy także są częściowo żeglowne, ale już nie dla statków o dużym zanurzeniu, gdzieniegdzie występują porohy których nie idzie pokonać inaczej jak przenosząc łodzie brzegiem, ścieżką, albo ciągnąc wołoką, do sąsiedniego cieku – najlepiej pytać miejscowych, chętnie świadczą usługi transportowe i zwykle wiedzą jak najszybciej pokonać lokalne przeszkody.
[...]
Dziś nikogo już nie kłuje w oczy Waikemaar podzielony jest część wschodnią i zachodnią, bez lądowego połączenia – ale przed długie dekady lokalne elity miały problem z zaakceptowaniem takiej osobliwości oraz nowego państwa nad wodami Brunatnego Morza.
W wyniku tzw. buntu kupców drukbarskich do którego doszło jesienią roku 1433, w czasie przedłużającej się wojny domowej, w uroczystym dniu zimowego przesilenia symbolicznie wypowiedziano stolicy lojalność – „niezależnie od tego kto zasiądzie na tronie” – co uzasadniono niechęcią wobec powaśnionych synów królewskich, bękarta Tannara, jego wuja i stronników, oraz uzurpatorów z południowego Waikemaaru, z niesławnego rodu Hartag-Kalai, z którymi mieszczanie Drukbaru, Brehy, Hambri, Thur, Orte, Ortebaru i Hebeuuru – nie chcieli mieć nic wspólnego, a także rozczarowaniem polityką poprzedniego monarchy. Później dołączyły do nich miejskie rady i cechy rzemieślnicze Kern, Amalu i Keitaru, a także społeczności pomniejszych górniczych osad z zachodnich kresów. Mimo blokowania dostępu do morza i palenia statków z flagami zbuntowanych portów – które rozpoczęło się już trzy lata po secesji, po niespodziewanym zakończeniu wieloletniej wojny domowej i wyłonieniu władcy – republika przetrwała. [...] Hambria podwoiła, a nawet potroiła swe bogactwa, stała się zamożnym, silnym państwem, które nie musi się bać napaści, i to nie z uwagi na siłę zgromadzonych wojsk – a kontakty handlowe. Także z Barną.
[...]
O stołeczności Hambrii zadecydowało bezpieczne położenie: z dala od morza i wielkich rzek, jednocześnie między Brehą, Thurem, Orte i Drukbarem, które mogły odeprzeć pierwsze natarcie bądź skupić na sobie uwagę przeciwnika na dłużej; było to także jedno najludniejszych, największych miast – wedle spisu z 1401, liczyło sobie 40 261 mieszkańców płci obojga; dla porównania Drukbar i Breha około 20 000, Orte – 18 000, Thur – 15 000; Kern i Keita po 10 000.


Poza tym, że Hambryjczycy mówią lokalnym dialektem barnzaru, który wyparł z czasem standard mowy pisanej odziedziczony po kronikarzach ze stolicy i wszedł do użycia także na uczelnie – nie różnią się znacząco od sąsiadów ze wschodu i południa, tj. niegdysiejszych krajanów. Panuje tu jednak silne poczucie wspólnoty, i świadomość że kraj jest dobrem wspólnym, za który opowiadają wszyscy mężczyźni, niezależnie od pozycji społecznej. Okresowo ta pamięć się nieco rozmywa, ale wraca kiedy tylko dochodzi do niewielkich napięć z sąsiadami, powodzi czy gorszych zbiorów. Potomkowie tych, którzy w 1433 chwycili za młoty i berdysze, po dziś dzień świętują w dniu zimowego przesilenia nie tylko Odrodzenie Słońca, ale i ustanowienia republiki. W czasie wielkiego święta obnosi się po miastach zdobne proporce, znaki cechowe i herby gildii kupieckich, strzela z armat i dmie w trąby.
[...]
Herb Republiki Hambryjskiej ma dość złożoną formę: składa się z symboli największych miast, które jako pierwsze wznieciły rebelię, będących obecnie prężnie rozwijającymi się stolicami okręgów. [...] Herb używany jest we wszystkich oficjalnych pismach, pieczętuje rozporządzenia Wielkiej Rady i korespondencje ze stolicami innych krajów, wisi w sądach oraz niektórych świątyniach. Podczas uroczystości i obrządków religijnych obnosi się go na proporcach.
Składa się dziewięciu pól: w pierwszym rzędzie, w lewym górnym rogu widnieje biała brama z trzema wieżami na tle czerwonym, wrota zamknięte, złote (Thur); obok niej dwugłowy biały orzeł na tle niebieskim, ze złotymi zdobieniami (Orte); na polu trzecim srebrny gryf kroczący zwrócony w lewo, trzymający w szponie złotą wagę szalkową, nad którym unosi się siedmioramienna gwiazda (Ortebar); rząd drugi – w polu złotym młot bojowy na długim drzewcu, za którym widnieją skrzyżowane berdysze i arkebuzy, grafitowo-czarne (Breha); dwubarwny orzeł mieczowy, z łbem skierowanym w lewo, lewica jego złota, prawica czarna, zbrojne ramie opancerzone, lewa część tarczy smolista, prawa złota (Drukbar); ostatni w rzędzie – czarny lew wspięty na tle białym, wystający zza czerwonego muru obronnego, widoczny od pasa w górę (Hambria); rząd trzeci – obcięty łeb krasnoluda o proporcjach odwróconej gruszki, „który wwierca swój wzrok w oglądającego”, na tle czerwonym (Kern); czerwony orzeł na tle białym, spoglądający w lewo, ze skrzydłami uniesionymi na wysokości głowy, długimi lotkami, złotymi szponami i dziobem rozwartym z którego wystaje niebieski jęzor – trzyma w lewym szponie miecz, w prawym młot bojowy o długim drzewcu (Hebeuur); pole ostatnie – biała siedmioramienna gwiazda na tle niebieskim (Keitar i Amal – posługują się tym samym znakiem; Amal został założony przez kupców keitarskich – wedle zasad heraladycznych, znak powinien być powtórzony – ale psułoby to kompozycje całości, poza tym w 1433 Amal liczył zaledwie czterystu mieszkańców i był w pełni zależny od keitarskiego ratusza).

Hambryjska waluta, bita w porozumieniu ze stolicą we wszystkich mennicach miast okręgowych, wedle tego samego wzorca (wyjąwszy rewers), należy do tych monet, które się poważa, i których się pożąda. W niczym nie ustępuje w sile nabywczej krążkom tłoczonym w stolicach wielkich królestw Środkowego Południa. [...] Cofnijmy się do piętnastego stulecia nowej ery: pierwszym krokiem świeżo upieczonych Hambryjczyków było przetopienie wszystkich nieoszukanych, pełnosrebrnych hworinów – przedsięwzięcie zajęło dwa lata i nie wszyscy byli nastawieni doń przychylnie. Przetopione monety, warte połowę tego co stare, których rzecz jasna wyemitowano więcej – okrzyknięto nowymi hworinami. I tak nazywają się do dziś. Przez lata wiele razy się zmieniały – te pierwsze miały tylko inskrypcje, dopiero z czasem wypracowano zdobione, miłe dla oka zawijasy i detale. Każda z dziesięciu mennic bije na rewersie herb swego miasta, awers jest zawsze taki sam. (Amal, by odróżnić się od Keitaru, dodaje przy swoim herbie runę A). Mnijesze płatności uregulujemy tutejszymi miedziakami.
[...]
Uczony pan Helian z Zae Ill Helue – złotnik, alchemik i z miłośnik lwurskiego wina – niespełna sto lat temu, tak pisał o Hambrii i jej mieszkańcach w swoim krajoznawczym opracowaniu: „W hambryjskiej części Ilmaru bierze swój początek Margla, i to właśnie idąc jej brzegiem, pokonując tzw. Wrota Waikemaarskie, trafiłem do małej republiki kupieckiej, która setki lat temu odważyła się zrzucić ciążące jej jarzmo i oderwała się od Barny. Nie zgięła karku, nie poddała się, mimo gróźb i realnego widma terroru, odpierała kolejne ataki doborowych wojsk ze wszystkich prowincji Barny, w tym oddziałów zawróconych z wysp Dalekiego Południa. I trwa w najlepsze. Podróż zacząłem inaczej niż wszyscy, zamiast wpłynąć do rozległej zatoki Morza Brunatnego, biorącej swe miano od drukbarskiego portu, przeszedłem pierw największe, najsłabiej zaludnione okręgi zachodnie: Amal i Keitar. Klucząc tu i tam – głównie podziwiając przyrodę, bezkresne otwarte przestrzenie, stada jeleni i krążące pod chmurami sokoły. Amal i Keitar stanowią przeszło połowę ziem republiki. Pokonując tutejsze wyżyny stąpałem po miękkich, żyznych glebach, które mogłyby dawać świetne plony, ale mało kto tam gospodarzył. Tutejsi coraz częściej wybierają życie w miastach albo dobrze rozwiniętych osadach rolniczych na nizinach wybrzeża, ciągnie ich do karczemnego gwaru. Lubią mieć towarzystwo, płynące zeń złudne a niekiedy uzasadnione poczucie bezpieczeństwa. Samotników nie ma tu wielu. Choć każdy ceni sobie prywatność, to wolą mieć za ścianą sąsiada. [...] Przystanąłem i patrzyłem przed siebie, wiatr muskał mi skronie. Ot, kilka samotnych chat, łąki z majaczącymi w oddali skupiskami drzew. Podreptałem dalej. Tak jak w górach, i tu widziałem szyby, niedbale sklecone chaty i wozy wypełnione rudą, które kierowały się ku rzekom. Towar na barkach docierał do hut znacznie prędzej niż drogą lądową, oczywiście jeśli przewoźnik znał drogę i nie tracił ładunku na porohu. Owa wyżyna, ciągnąca się aż do północnych ziem okręgów Breha, Kern i Thur jak okiem sięgnąć była lekko pofałdowana, niemalże bezleśna, równinna, pocięta wąwozami i dolinami rzek o zboczach łagodnych lub stromych. Wyrośnięte rysie polują pośród nich na sarny i jelenie, a żbiki, na wszystko co mniejsze od nich: od gryzoni, przez ptaki po żaby. Wilków nie napotkałem, ale krążą ponoć, nocami – dlatego kiedy obozuje się w głuszy należy o późnej godzinie palić ogień, a także hałasować, bo tego też nie lubią.
Środkowa granica między Amalem i Keitarem idzie rzeką Hillą, która właściwie nie tyle dzieli, co ułatwia komunikację między brzegami; Amal, założony nad jej dopływem – Onntagiem – zbudowano z inicjatywy keitarczyków, którzy ściągali tutaj górników, hutników i specjalistów od obróbki metali, nie mogąc zdzierżyć widoku odkrytych ale nieeksploatowanych złóż. Mimo stuleci jakie minęły, Amal nadal trwa w nieformalnej zależności od sąsiada znad dolnej Hilli. Nie wszystkie układy handlowe są między nimi zdrowe, ale w ogólnym rozrachunku opłaca się to wszystkim. Hilla wpada do Mollanu, a potem ich połączone wody zasilają wielki Marlandan – którego powierzchnia była kiedyś cyklicznie znaczona karmazynem, sączącym się obficie z dziurawionych kulami wojsk królewskich, słanych na pewną śmierć, pod ogień Strzelców Polowych i najemników z Holmu. Nad wartką rzeką Tann, górskim dopływie Mollan, ciągną się kopalnie srebra, półszlachetnych kamieni i minerałów, ale dają bardzo mały urobek. Krążą tam niedźwiedzie, nastawione na ryby i jagody, ale nie gardzące też większą przekąską, i szare smoki, które unikają ludzi, ale gdy przyciśnie je głód, czynią odstępstwo od tej zasady – nie ma roku by jakiś górnik nie stracił życia w paszczy jednego z tych stworów, a śmierć to nigdy nie jest miła.
Przemieszczając się na południe szerokim, mulistym Marlandanem, wpłynąłem w Nor, nad którego południowym brzegu stoją mury Brehy. Doszedłem do wniosku że jeśli teraz udam się do Drukbaru, już tam nie wrócę. A przecież warto tam zawitać. W końcu miasto historyczne, z tradycjami, stolica okręgu, zasłużone dla republiki – do dziś rdzewieją tam zdobyczne, barnijskie armaty, przyozdobione stosownymi inskrypcjami, a sczerniałe hełmy, pogięte od młotów – trzyma koło kominka niejeden, korzystając zeń jak z popielnego kubła czy śmietnika. Zabudowania starego miasta, serca Brehy – są na ostrowie, który tworzy przekopane starorzecze. Albo nieregularny kanał. Dziś dociec nie sposób. Mury wysokie, ale bez baszt, za to z bramami tyleż zdobnymi co dającymi szanse długiej obrony, zamknięte spiczastymi dachami krytymi ciemną dachówką, w środku gwar, ulice regularne. Przedmieścia murowane, jednak chaotyczne, rozchodzą się jak delty rzek, wszystkie bez wyjątku otoczone niskimi murami, niemniej głośne i tłumne jak ulice pośród najstarszej zabudowy. Świątynie obok zakładów rzemieślniczych, warsztatów i pracowni, nad nimi gospody, piętra mieszkalne, wszędzie jakieś sklepy – garnki, mąka i drewniane łyżki, składy materiałów, zakłady krawieckie, szewskie, przytułki, noclegownie... miasto pełną gębą. Podobne widoki miałem później okazje widzieć we wszystkich miastach nizin. Dobry malarz o bystrym oku w każdym z nich, siedząc w oknie, na parapecie czy w rynku – miałby sporo ciekawych widoków do utrwalenia, zwłaszcza o zachodzie słońca, kiedy ciepłe promienie dodają uroku krytym rdzawą dachówką domkom i kamienicom. Miasto jest skanalizowane, toteż aż tak bardzo nie śmierdzi, a studnie dają wodę zdrową i czystą (przynajmniej jak na miejskie standardy). Kobiety na ogół biorą ją wprost z rzeki, na zachód od miasta, gdzie stoją specjalnie do tego celu postawione dźwigi. [...]
Drukbar nie leży bezpośrednio nad morzem, statki handlowe wpływają doń poprzez szerokie ujście Marlandanu. Zacumować mogą nad rzeką, przy pomoście z grubych pali, częściowo zabudowanym nadbrzeżu, albo wpłynąć do kanału ciągnącego się przez środkowe miasto, jeśli jednostka nie jest duża albo dokonano przeładunku na barkę. Jego nieregularna forma sugeruje że jest poszerzonym korytem starej rzeki, wykorzystywanym najpewniej jeszcze za elfów. Kanał rozwidla się, tworzy wyspę, gęsto zabudowaną magazynami, dźwigami i domami mieszkalnymi, reprezentacyjnymi siedzibami gildii i możnych, a potem wypływa od zachodu i zakręca z powrotem do Marlandanu, już pod ceglanymi murami obronnymi. Ma wszystko to co mają tutejsze grody, kilka zamtuzów, dziesiątki tawern – kierujących swą ofertę tak dla ludzi morza jak i lokalnych lekkoduchów. Przyjezdnych zachwycają kamienne mosty, zwykle okupowane przez zmęczonych tragarzy, przekupki, straganiarzy i sztukmistrzów. Jeśli idzie o tych ostatnich, ich kolorowe ptaki przywożone z Południowego Efru, Tsiroe Almm i bogowie wiedzą skąd jeszcze, pstrokate stroje, bogate w zbędne dodatki, dzwoneczki, barwione piórka, tasiemki – to owe mocno przykuwają wzrok, a kiedy się zagapimy, łatwo stracić sakiewkę. Uliczna dziatwa ma oczy szeroko otwarte. Nie to że by tych małych złodziei było dużo, ale ci co są i tak dostatecznie uprzykrzają życie. Poirytowana straż topi je w rzecze, jeśli tylko te wpadną w ich ręce, ale wciąż pojawiają się w ich miejsce nowe (co wiązać należy między innymi z działalnością tutejszych burdeli). [...]
Do stołecznej Hambrii ciągną trakty zewsząd, a każdy z otaczających ją grodów okręgowych ma bramę która zwie się hambryjską albo stołeczną. Miasto wielkie, ludne, otoczone nieregularnym pierścieniem z równie nieregularnie rozstawionymi donżonami, stawianymi w pośpiechu, ale solidnie. W środkowej części kilka ulic wokół rynku przecina się pod kątem prostym, ale reszta plącze się jak motek wełny, kluchy albo ptasie gniazdo. Masa świątyń, uniwersytet, uczelnie mniej poważane, ale ludowi potrzebne, tzw. Wielka Biblioteka z czytelnią, i żeby się nie powtarzać – powiem tylko że rzemieślnicy wszelakiej maści świadczą tam swoje usługi jak najlepiej potrafią, a znają się na rzeczy. I to nie tylko za dnia. Jeśli sprawa jest pilna, wymaga tego powaga sytuacji – wtedy za odpowiednią opłatą spędzą nad naszym zamówieniem całą noc i kilka kwadransów brzasku. Nieopodal placu świątynnego i jednego z trzech pomniejszych rynków, zwanego Zielonym, mieści się okazały Dom Rady. Dawnymi czasy był tam staromiejski ratusz. Po rozbudowie wprowadzili się w jego mury przedstawiciele wszystkich okręgów, wyznaczani przez współziomków na okres trzech lat, by w ich imieniu łamać sobie głowy nad sprawami republiki. A ratusz miejski przeniesiono. Nie można sobie tam wejść od tak, wszędzie stoją straże. Przy głównym wejściu czwórka. Zbrojni w długie samopały, miecze i berdysze – żują coś nieśpiesznie i rozmawiają oparci o fasadę, niektórzy palą fajki. Mundury zapięte niedbale, buty zapylone i powycierane, pancerz – co chłop to inny. Totalny brak dyscypliny. U nas w Narwii – próżno by szukać takiej błazenady. Przez uchylone drzwi widać korytarz. Długi hol prowadzi do salki z dużym, drewnianym stelażem na którym spoczywa wysoka na dwa łokcie i tyleż szeroka Księga Praw i Swobód, w której zgromadzone wszelkie zapiski co do tego co wolno, co można i co należy czynić – będąc hambryjskim obywatelem, oraz kar jakie czekają tych którzy od tych rozporządzeń odstąpią. To jedna z dziesięciu reprezentacyjnych kopii, każde miasto okręgowe ma własną. Poza tym w archiwach i sądach są egzemplarze robocze, które faktycznie są w użyciu gdy zajdzie potrzeba. [...]
Thur i Orte bardzo przypominały mi Hambrię, choć były od niej rzecz jasna dużo mniejsze, jedna trzecia tego co tam. Pod ich murami pełno jednak śmieci – nie to co w stolicy. Gnijącego truchła i paskudztw wszelakich, takie tam kopy, że podmiejskie chochliki i szczury pasą się do niespotykanych nigdzie indziej rozmiarów, są tak wyrośnięte, że te pierwsze przypominają już prawie gobliny, a przynajmniej ich dziatwę... a te drugie rosomaki, i to w zimowym, grubym futrze. Nie przesadzam. Wdałem się w rozmowę z pewnym kupcem przybyłym do Orte spod góry Hirkan, ponoć nie dalej jak tydzień temu powaliły i zagryzły dziecko, a potem objadły ciało do kości. Gnaty porwały psy i tak nic z dzieciaka nie zostało.
No, ale nie można wszystkiego widzieć w ciemnych barwach. W Orte działa Wielki Teatr, nie jakieś tam uliczne przedstawienia na dechach, wielka scena! Ogromny budynek z drewna, zdobny sześcian, wykorzystywany wiosną i latem. Bogaty repertuar gromadzi tłumy, nawet w środku dnia. Scena zarabia dostatecznie dużo by aktorzy mogli mieszkać po najdroższych gospodach i zamiast prać, kupować nowe odzienie. Okolica wygląda sielankowo. Pod miastem ciągną się  pola obsiane wszelkimi rodzajami zbóż i sady. Gałęzie aż uginają się od owoców. Pośród wiejskich dróżek stoją młyny wodne i wiatrowe, piętrowe spichrze,  gorzelnie, składy beczek, kamienne kapliczki z barwionymi figurami świętych oraz małe krągłe świątyńki, o dachach jak odwrócone kielichy, zwężające się ku górze. Wszystko tu działa sprawnie, chaty są na ogół są drewniane, ale nie marne, z kamiennym fundamentem, o wysokim stropie – z kamiennymi paleniskami. Niekiedy murowane, jeśli wieś wchodzi w skład dóbr bogatego pana, któremu zależy na ludziach których najmuje. Szopy i stodoły dobrze utrzymane, bydło odkarmione. Takie są tutejsze równiny. [...]
Ortebar,  port morski, i Habeuur, port rzeczny, lokalnie ważne miasta, o niewielkim znaczeniu międzynarodowym, służą eksportowi, mało się tam wwozi na potrzeby miejscowych. Najważniejsze interesy ubija się daleko stąd, w Drukbarze. Oba wydały mi się architektonicznie dziwnie znajome... po dłuższym objeździe co większych miast republiki, powoli zaczyna się dochodzić do wniosku iż mimo subtelnych różnic, tutejszy mieszczanin wszędzie będzie czuł się jak u siebie – te same bryły świątyń, ta sama cegła w murach, podobne zdobienia portali. Nie zabawiłem tam długo – ciągnęło mnie już w stronę domu, a postanowiłem sobie że dotrę tam tymi samymi górskimi przejściami jakimi przybyłem, więc obrałem kierunek na Kern. Hafra jest na tyle głęboka, że można nią swobodnie płynąć aż do ujścia Olleny, silni wioślarze dadzą sobie radę i nieco dalej, a takich z dala od miast nie brakuje. Można zabrać się z robotnikami sezonowymi, transportem chorych, albo odwiedzającymi się rodzinami, kiedy ślub, pogrzeb czy zadawnione sprawy majątkowe, zmuszają do odnowienia relacji. Przyjaciół tu się ceni, rodzinę – zwłaszcza dalszą – nieco mniej. Takie odniosłem wrażenie.
Okręg Kern, trzeci co do wielkości, niewiele różni się od Amalu i Keitaru – to już rubież. W górnym biegu Hafra płynie tu zygzakiem, pełna bystrzyc, kaskad i piaszczystych zwężeń.
Nieobsiane pola służą za pastwiska, sady są raczej niewielkie... na pagórkach można by zakładać winnice – jak okiem sięgnąć żadnych tu nie ma. Czasem jakieś pnącza gorszego gatunku obrastają rozklekotaną chatę. I tyle. Przynajmniej woda w studniach czysta.
Sam Kern, jako stolica, wydaje się miastem odstającym nieco od sąsiednich. Ciasne zabudowania wokół pokrasnoludzkiej warowni, dziś już wielokrotnie przebudowanej, mała liczba ludności i nastawienie na obsługę tutejszych kopalni – robi swoje. Młodzi się stąd wynoszą, ich miejsce zajmują okoliczni wieśniacy, ale i ich potomkowie z czasem je porzucają – ciągnie ich do zatoki. [...] Targi są tu tylko raz w tygodniu, i wtedy miasto wyraźnie ożywa Co by nie narzekać, warzą świetne piwo – ciemne, o karmelowym posmaku, świetnie robi na trawienie i mało szumi w głowie. Ale piwo to jednak tylko piwo. [...]
Szybko znalazłem się na ilmarskim pogórzu. Zapachniało mi domem, i nie zważając na zadyszkę, szedłem pod górę, ku zachodzącemu słońcu. Pokonawszy bród na Margli, oznaczony zepchniętymi w nurt głazami udałem się w swoje strony. Nabrałem ochoty na dobre wino”.

Opracowanie Kor Mahr z Trukke, na podstawie „Spisu Ziem” z 1799 r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz