środa, 16 sierpnia 2017

Jak powstała ziemia – Astian Hicpolin i jego teoria

Jak powstał nasz świat – morza i lądy, góry i rzeki? Ludzie dumają od tysiącleci. Myślą, głowią się, rwą włosy z głowy, ale na ogół niewiele z tego wychodzi. Nigdy zresztą nie byli w swych dociekaniach zgodni ani specjalnie sensowni. Irytowało to środowiska poszukujące wiedzy dostępnej dla wszystkich, oddartej z zagadkowej otoczki i metafor, ale i w ich szeregach nikt nie umiał odnaleźć śladu jakiegoś mechanizmu, procesu który sugerowałyby co faktycznie zaszło u zarania dziejów, i co być może zachodzi niezauważenie dziś. Wertowanie ocalałych elfich ksiąg nie przynosiło żadnej pociechy, a gnomy, niechętne ciekawskim, nie czuły się w obowiązku dzielić swoimi ustaleniami. W końcu jednak – bo wszystko jest tylko kwestią czasu – zrodził się umysł, który czuł się na siłach dać zadowalającą odpowiedź. Nie przyszło mu to łatwo, ale do dziś czytają go kolejne pokolenia a kopie jego dzieł są we wszystkich uniwersytetach Środkowego Południa, Ibrii i Runu. Wielu zna jego nazwisko, brzmi znajomo nawet dla niepiśmiennych.

Jak zrodził się świat w którym żyjemy, jak doszło do tego że boskie prawa nadały mu znany nam charakter – obszernie w tym temacie rozpisał się przeszło trzysta lat temu pan Hicpolin, wpływowy półelf z rady starszych w państwie awryjskim, zarządca na zamku Hur Tuell, umiarkowany polityk i spragniony prawdy uczony. Zrobił to w swoim sześciotomowym dziele „O podziale ziem, o prapoczątku Wszechrzeczy”, który rozpoczyna słynny cytat z „Księgi Wszystkich Bogów”:

Czterdzieści krain pod otwartym niebem,
Dziesięć pod powierzchnią.
Pośród cieni krain sześć.
Ponad nami to co nieznane,
Najgłębiej zaś – piekło.

Astian Hicpolin doszedł do wniosku że świat musi być kulą, bo kula to kształt doskonały,  twierdził iż „nie powstała z nicości, ani pieśni niewidzialnego boga” – nie wierzył też aby wynurzyła się z odmętów wszechoceanu ani by była upiornym zlepkiem ptasich szczątków, jaskółek, czyżyków czy lelków „pijanych szczęściem, zderzających się ze sobą w podniebnym, szalonym tańcu” – zaznaczył jednak że w tym ostatnim wypadku „tok myślenia ludowych mędrców wkracza na właściwe tory”, że „byli blisko, bliżej niż inni, otarli się o prawdę”. Mówi się że to dzięki tym bajaniom sformułował swoją teorię, wedle której: „świat który znamy jest gigantycznym zlepkiem skalnej materii, który powstawał długo, obrastając przez lata w kolejne warstwy, wirując pośród pustki” – tłumaczył to tak: „kiedy uderzamy krzemieniem o krzemień, by skrzesać iskrę – kamienie stają się ciepłe. Tłukąc odpowiednio długo w metalową powierzchnie, prętem czy młotem, także go rozgrzejemy. Takie są nieodgadnione jeszcze w pełni prawa rzeczywistości, i w czasach najdawniejszych także obowiązywały, zachodził wówczas ten sam mechanizm: krążące w pustce wszechświata głazy zderzały się ze sobą tak mocno, tak długo, tak intensywnie, że aż grzały się do czerwoności, następnie topiły, i łączyły – w jedną gorącą masę, która na przestrzeni tysiącleci ulegała schłodzeniu. Tylko na powierzchni rzecz jasna, w środku pozostając w temperaturach najwyższych, piekielnych. Te które z jakichś powodów nie ostygły i wciąż płoną – to gwiazdy, wydają się małe, ale to tylko dlatego bo są daleko – wrócimy jeszcze do tego. Dzięki tej wiedzy możemy wytłumaczyć eksplodujące góry, ów przerażający, śmiertelny spektakl, który truje wyziewami, zabija deszczem kamieni, i zalewa wszystko gorącą materią – stanowiącą budulec wielu wzniesień i wysp, z czasów kiedy rasy rozumne jeszcze nie istniały, bądź kiedy były bardzo młode (o czym rozpisują się namiętnie dociekliwe gnomy). [...]
Możliwe jest istnienie innych kul, innych światów, wirujących gdzieś, hen w oddali, bowiem czemu nasza miałaby być tą jedyną? I gdzie miałby funkcjonować te inne światy, do których prowadzą portale, załamania w strukturze naszej rzeczywistości? Oto odpowiedź! Owszem, śmiała, ale jakże logiczna! Zresztą nie musimy daleko szukać, bo dwie takie kule mamy nad naszymi głowami, potwierdza to wszystko o czym tu rozprawiam. Mówi się że Bóg nigdy nie zasypia, że dzień i noc czuwa nad nami, mając otwarte raz jedno, raz drugie oko – by nic nie uszło jego uwadze. Jedno to słońce, drugie – księżyc. To drugie, kiedy szczególnie męczy go trud strażniczej doli, przymyka się powoli, a potem otwiera. Kiedy jest nów, mówimy że Bóg zasypia. I może zdarzyć się wszystko... a przecież tak słońce jak i księżyc to bezsprzecznie takie same kule jak nasz świat, z tą różnicą że jedna wciąż płonie, a druga całkowicie ostygła. (A ta ciemna powieka, to po prostu cień naszego świata!). Czyżby słońce było naszą przeszłością, a księżyc przyszłością? Tego nie wiemy. [...] W związku z powyższym, i innymi ustaleniami, popartymi wieloma wyliczeniami, wykresami i schematami, które pomijam tutaj aby nikogo nie zanudzić, zyskujemy pewność że nie jest tak jak to dawniej głoszono, jakobyśmy obserwowali codzienną wędrówkę niestrudzonego słońca, a gdy zniknie z nieboskłonu, wypłoszone przez nie roje gwiazd i nocnych świateł – mniejszych niźli ono.Nie – to złudzenie. To nasz świat się porusza, powoli i zgodnie ze szlakiem jaki mu przypisano. Kula, nie płaska, trwała, stojąca w miejscu  płaszczyzna czy kopuła – wiruje. Kule tak mają. Dla wielu może być szokiem, że rozwiązanie jest tak proste, ale tak się właśnie sprawy mają, i wszyscy winni to wiedzieć. Wszyscy, bez wyjątku! Nie żyjemy na grzbiecie stwora pamiętającego wszystko co było, jest i będzie. Nikt nie musi się już bać że kiedyś spotka on innego giganta, że w czasie wielkiej walki świat ulegnie zagładzie, a wszystko co na jego plecach osunie się w nicość. To jednak, czemu jedne kule krążą, kiedy inne stoją w miejscu – jest dla nas zagadką. Czemu sprawy mają się tak a nie inaczej, nie wiemy, i nie mamy pomysłu jak to sprawdzić. Na razie! Pracujemy nad tym, i jeśli nie nasze pokolenie, to przyszłe dostarczą odpowiedzi! Wierzę w to całym sercem i duszą”.

„Kiedy już powierzchnia naszego świata ostygła, mogło na niej zrodzić się życie. I właśnie to życie, sprzed tysięcy, jeśli nie tysięcy tysięcy lat, to gleba pokrywająca skorupę. Brzmi to nieprawdopodobnie, a może złowieszczo, makabrycznie – ale tak, martwe rośliny, martwe zwierzęta, plus to co spadło z nieba, co wypłynęło na powierzchnie z dymiących szczelin i gór plujących ogniem, to wszystko właśnie to co mamy pod stopami. Dowody? W górach, na skalistych pustkowiach i w kamieniołomach znajdujemy muszle: duże i małe, kompletne i pokruszone, całe kolonie skorupiaków, dziwaczne raki oraz inne żyjątka, sczerniałe, wtopione w skałę... a przecież w pobliżu wielu z tych miejsc nie ma żadnego morza, jeziora, stawu czy większej rzeki! Skąd się wzięły? To jakieś lądowe odmiany które się tam zagrzebały, czy co? Odpowiedz jest prosta – dawniej to było dno. Z czasem, siły działające we wnętrzu ziemi wyparły je w górę, ale tysiące lat temu tereny te były zalane wodą. Zaskakujące? Taka jest nauka! Nie mając tego świadomości, nie myśląc o tym, codziennie brodzimy w pyle który kiedyś stanowił pancerze pradawnych istot, niekiedy większych niż dzisiejsze osobniki. To uczy pokory, bo i nasze dziedzictwo wobec tego jawi się niepewnie. Wyobrażenie sobie wszystkich obumarłych drzew, liści opadających każdej jesieni, przez tysiąclecia – tworzących glebę po której stąpamy – przerasta moje możliwości. Ileż tych warstw jest? Głęboko pod ziemią wydobywamy kamienie z odciskami roślin, kości smoków i nieznanych nauce stworów. Tak głęboko! One się tam nie osunęły, nikt ich tam nie zaniósł – leżą gdzie padły.  I każdego roku, powoli – kolejna warstwa narasta”.

Woda jaka otacza znane nam lądy, jaka płynie w naszych rzekach, zalega pod ziemią i tworzy czapy najwyższych gór, wedle teorii Hicpolina, pochodzi z lodowych brył, które rozbijały się o skały w czasach kiedy świat był jeszcze młody, przyśpieszając jego stygnięcie i tworząc koryta rzek, kaniony oraz kratery. Uważał też, że docierała do naszego suchego ongiś świata w postaci wielkich chmurowisk, a niekiedy i gorących deszczy, bo w przeciwieństwie do wypiętrzania się nowych gór, te uważa za minione. Ale kto wie, bezludnych krain nie brakuje, wody Teritallu są ogromne... co spada z nieba kiedy nikt nie patrzy?
Półelf poświecił w swych pismach wiele stron temu, jak dochodzi do wypiętrzania wysp, kontynentów, ich powolnych wędrówek oraz pogłębiania dna morskiego – wiązał to wszystko z eksplozjami we wnętrzu świata, wyciekami lawy i osuwaniem poszczególnych warstw, wiadomo że opierał się na ustaleniach gnomów, które twierdzą że dawnymi czasy poziom wód zmieniał się wielokrotnie. Czas nie oszczędzał kontynentów i wpływał na ich położenie względem siebie – raz pchał je ku sobie, raz oddalał. Hicpolin próbował odtwarzać te dawne układy, rysując mniej i bardziej dokładne mapy, a potem publikując całość w pismach które służą uczonym do dziś. Rzadko który uczony doczekał się takiego uznania.

Hicpolin zakładał, że nasz świat jest jednym z wielu, że wszystkie które istnieją, znajdują się gdzieś w bezkresnej, zimnej pustce kosmosu. Niektóre odbijają światło swoich gwiazd i widzimy je jako jasne, mrugające punkciki. Gwiazdy, inne globy, kamienne pasma oraz chmury pyłowe, składają się na to co rozumiał pod pojęciem wszechświata.

Wytłumaczył jak powstał nasz glob, nasze wody i lądy, i zarazem jak mogły tworzyć się inne, nieznane nam światy, ale co do tego skąd wziął się prabudulec rzeczywistości, naszej kuli i wszechświata, wyrażał się dość mętnie, np.: „kiedy nie było nic – świat zapłonął, i z ognia zrodziły się popioły które uformowały się w roje skał i kamieni, a wirujący ogień dał początek tysiącom słońc, te, które ostygły, stały się kulami, na których bogowie zasiali życie” – brzmi to niemalże jak fragment świętej księgi, jak na niego bardzo nietypowo, dalej pisze: „nie mamy możliwości ustalić co było przed początkiem czasu, czy wszechmateria była skupiona, rozproszona, niestała czy nieruchoma”.
Astian Hicpolin zmarł z powodu czerwonej zarazy, w roku 1534, w wieku 71 lat. Jego słabe ciało poddało się w siódmym dniu choroby – nim zamknął oczy na zawsze, dał sekretarzom kilka wskazówek odnośnie swoich osobistych notatek: część nakazał spalić, część zachować, część przekazać innym badaczom. Słudzy chcieli wykonać jego ostatnią wolę, włącznie z puszczeniem z dymem niemałej ilości materiałów, ale jego uczniowie się nie zgodzili – dzięki temu, przetrwało do naszych czasów wiele zalążków rozpraw, analiz, innowacyjnych spojrzeń, przygotowanej do wysłania korespondencji, a także komplet ksiąg spisanych różnymi alfabetami, których po dziś dzień nie udało się odczytać. W każdej z nich były odręczne notatki właściciela, w jakim kierunku należy odczytywać tekst, czy z lewa na prawo, czy odwrotnie, oraz jak stawiać akcenty. Znaki którymi zostały zapisane, były nanoszone odręcznie bądź drukowane, różnie. Księgi liczą sobie setki stron, już w chwili „odkrycia” wyglądały na wiekowe, a ich stan pozostawiał wiele do życzenia, teraz jednak są po prostu nieczytelne: przewertowane przez setki spragnionych sensacji rąk, na ogół nienawykłych do książek, straciły wiele kart i sczerniały. Po dziś dzień stanowią tak zwaną Zagadkę Hicpolina, póki co nierozwiązywalną – jedni mówią, że to część starczych zabaw uczonego: tworzonych dla zabawy szarad i szyfrów; inni chcą widzieć w tym sekretne pisma gnomów a jeszcze inni publikacje nie z tego świata. Za tym ostatnim przemawiałby ryciny roślin, których w księdze zwanej „Zielnikiem” jest mnóstwo, a które w niczym nie przypominają znanych nam gatunków. Nie brakuje i innych śmiałych hipotez. Jednak niebawem księgi rozsypią się w proch, i to czym były zostanie tajemnicą na zawsze – tak samo jak początki czasu, przestrzeni i materii.

T.K. Neireik, w tekście cytowany jest obszerny fragment jednej z broszur Hicpolina.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Teoria zmian Zurwina Tympiona

Zurwin Tympion – pierw przeszedł do historii jako człowiek uważający wieloryby za przerośnięte foki, wariat i mitoman; dopiero później, po dwudziestu latach od swej śmierci  –został zrehabilitowany, a jego dokonania na nowo przykuły uwagę uczonych. Urodził się w Dwekker, pod Baiolem, w 1644; będąc jeszcze gołowąsem, zwiedził większość obecnego Untter Kunien, a potem, wyruszył w świat by studiować uniwersyteckie pisma (kodeksy, bestiariusze, almanachy), prowadzić obserwacje i chwytać się różnych zajęć, aby to wszystko opłacić. Pokroił niejednego wieloryba, o mało co nie utonął podczas swojej wyprawy badawczej na Wyspę Świętego Koggara, opisał setki gatunków owadów, myszy i nornic, a także sporządził tysiące rysunków i odlewów. Obecnie część uczonych nadal uważa go za pomyleńca, ale niemała rzesza uznaje jego prace za przełomowe.

Latami nazwany pogardliwe Rzeźnikiem z Dwekker, masarzem i plugawcem (z uwagi na liczne sekcje oraz szczegółowe porównania układów kostnych – co nie jest zajęciem czystym), osamotniony, źle znosił szykany. Dekadę po swej śmierci popadł w zupełne zapomnienie. Pamięć o jego teoriach ożywił syn, który w przeciwieństwie do ojca zadbał o możnych protektorów i nie wahał się bronić śmiałych koncepcji we wszystkich karczmach, domach nauk i uniwersytetach, gdziekolwiek stanęła jego noga, gdzie tylko umożliwiono mu przemowę. Choć ganiony przez kapłanów i upartych wykładowców starej daty – zdołał przywrócić ojcu dobre imię.

Tympion opowiadał się za powszechnym prawem natury, wedle którego każdy organizm w czasie całego swego życia ulega subtelnej przemianie, tudzież ciągowi takich zmian, co ma związek z tym w jakich warunkach żyje i czego doświadcza, owe transformacje przekazuje potomstwu, tak, że owo jest nieco inne niźli on w momencie narodzin. Uważał to za tak drobne zmiany, tak niewielkie, iż umykają  ludzkiemu oku na przestrzeni pokoleń, ale które finalnie prowadzą do przeobrażeń jednych zwierząt w drugie. Uważał też że przypadkowe, drobne zmiany u zwierząt nowonarodzonych (tj. anomalie, deformacje) – jeśli tylko są korzystne, także są utrwalane. I tak – obserwując foki i uchatki, uznał je za formę przejściową pomiędzy zwierzętami lądowymi i wodnymi, dowodząc, że wieloryby nie są rybami, albowiem nie mają skrzel, i muszą wywodzić się właśnie od fok. W foki zaś przeobraziły się wydry, w wydry łasice – i tak dalej. Brzmi jak czyste szaleństwo, ale bliższe przyjrzenie się innym przykładom sprawia iż mimowolnie przyznajemy Tympionowi rację, prócz wzmiankowanego wyżej przykładu, teoria zmian (zwana także przez niego na początkowym etapie prawem przemian, i gdzieniegdzie znana pod tym drugim mianem), w kwestii dokumentacji, uzasadnienia, obejmuje: cykl przeobrażeń flądry (narybku i całego gatunku), porównanie węży i jaszczurek (ze studium szczątkowych kończyn), analizy różnorodności gatunkowej ptaków, owadów, badania anatomiczne salamander (z uwzględnieniem cyklu rozwojowego – od larwy po dorosłego osobnika) oraz badania nad pokrewieństwem ras rozumnych, gdzie pada słynne: „czy krasnolud to skarlały człowiek, czy człowiek to wyrośnięty krasnolud?”. Otwarcie dumał nad tym które rasy są starsze, kto wywodzi się od kogo i jakie były ich formy pierwotne. Opierał się przy tym częściowo na studiach nielicznych przetłumaczonych wówczas pism elfickich oraz atlasach anatomicznych gnomów. Jego prace mają ogromny wpływ na obraz dzisiejszej nauki i postrzeganie natury.

Propagowane przezeń stanowisko popierali hodowcy koni i ptactwa, sugerujący że przedkładane przez niego mechanizmy stoją u podstaw ich fachu, choć jak twierdzą – nie umieją uzyskać drogą krzyżowania beznogiej owcy. Spory trwają do dziś, ale Zurwin Tympion ma już stałe miejsce we wszystkich podręcznikach i encyklopediach – drukowanych w Środowym Południu, Ibrii i Hatlanie, a także na Runie, a jego broszury, ich kopie i odpisy, są w posiadaniu kapłanów i teoretyków kultów wcześniej mu wrogich. Ot, świat się zmienia.

piątek, 11 sierpnia 2017

O czasach najdawniejszych

Oto fragmenty wprowadzenia do „Wielkiej Wędrówki” – dzieła Iana Ianhara z Trugg, niezmordowanego kompilatora i twórcy niezliczonych opracowań dotyczących zapomnianych lat i początków ludzkiego osadnictwa w Środkowym Południu. Ianhar analizując różne stare zapiski, mity i legendy – stara się uporządkować najdawniejsze dzieje, nie tylko ludzi, ale też przodków wszystkich ras rozumnych. Z uwagi na braki w materiałach źródłowych, niejasności – nie można traktować całości jego pism jako dokładnego odzwierciedlenia przeszłości,  jednak to co pisze brzmi bardzo przekonująco, jest logiczne i nie można tego zanegować. Dlaczego? Przykładowo, wielu dziś wątpi w istnienie portali, choć niektórzy je widują, a inni otwierają – relacji jest dużo i wszystkie nie mogą być kłamliwe. Zjawisko może mieć miejsce w ramach znanych nam praw rzeczywistości... zatem czemu je odrzucać? Kiedyś nie wierzono że wysoko, ponad naszymi głowami krążą kamienne bryły – a jednak tak się dzieje, bo czasem spadają. Kto wie co jeszcze kryją przestrzenie ukryte za chmurami i nieboskłonem?
Ciężko stwierdzić czy wszystko co niżej zawarto jest zgodne z faktami i nie zawiera błędów, zwłaszcza że wiele świadectw historycznych jest ze sobą sprzecznych, ale autor nie chce na siłę niczego udowadniać i najzwyczajniej w świecie – szuka prawdy. Ma dobre intencje, sporą wiedzę, i porządne pióro – choćby dlatego warto się wczytać w jego słowa:




Ongiś, dawnymi czasy – nim jeszcze wielki Kontynent Południowy zanurzył się w odmętach oceanu (a trwało to lat bez mała tysiąc), żyli już na nim ludzie. Ludzie pierwsi, mocniejsi niźli teraz, bardziej krzepcy, kędzierzawi, o grubszych kościach. Dzieci bogów, niemalże tytani – krwi najczystszej. W kolejnych tysiącleciach zasiedlili cały świat. Część szczepów poszła w kierunku południowych kresów swych ziem, których pozostałości możemy oglądać pod postacią rozległych archipelagów Tsiroe Alm. Część założyła swe kolonie na Efrze. Niewielu docierało na północ, podówczas nieprzyjazną i skutą lodami.
Z początku niezbyt liczni – rozmnożyli się jak robactwo w gnijącej padlinie. Plemiona z południa sczerniały, Efryjczycy stali się śniadzi, tym z północy, zahartowanym zimnem – skóra pojaśniała. Część skarlała, część dała początek rasie orków i goblinów. I my od nich pochodzimy, choć nie każdy chce to wiedzieć, nie każdemu to odpowiada.
Na Południowym Kontynencie powstałą cywilizacja która otworzyła przejście między światami. A tych jak piszą uczeni – jest wiele. Portalem tym udali się w nieznane, by kolonizować nowe ziemie, zdobywać złoto, kobiety i inne dobra doczesne. Wiecznie chciwi podboju, łaknący krwi, odeszli na całe tysiąclecia. Tymczasem ludzie silnie się różnicowali, jak było mówione, odmieniły ich pokarmy, słońce i wiatr. Nie trzeba było wiele by doszło do niezgody i rozlewu krwi: między czarnymi i białymi, małymi i dużymi. Najstarsi, owi zarośnięci, przetrwali tylko na północy Kulinu, ale rzadko się ich teraz widuje. Mieszkają ponoć w podziemiach, ale nikt jeszcze ich nie odwiedził, a nawet jeśli – to z tej gościny nie wrócił. Podobni im potomkowie pradawnych mocarzy, krwi najczystszej, także się zmienili. Mróz Północy ich zahartował, sierść im zgęstniała, zesztywniała – stali się podobni zwierzętom: widzą teraz więcej, także nocą, powonienie mają wilcze, słyszą tchnienie puszczyka z odległości wielu tysięcy kroków. Widuje się ich czasem w Hure i reszcie ziem Dalekiej Północy, ale nie są to miłe spotkania.
Kiedy ci którzy odeszli przez portal powrócili, ukazali się odmienieni: gładcy i wysocy – nie tracąc przy tym nic ze swej siły – podobali się kobietom, ale brali sobie za żony głównie elfki, wedle ich ocen najpowabniejsze. Ich dzieci także były piękne, jak on. I długowieczne, ale rodziły rzadkiej niż reszta istot rozumnych. I tak jest do dziś.
[...]
W zapomnianych tysiącleciach starej ery, krasnoludy i gnomy zakładały swe pierwsze królestwa, drążyły tunele w górach oraz konkurowały z elfami, które także nie próżnowały, robiąc to samo, ponadto podróżując i opisując co widziały. Gobliny i trolle wiodły swój dziki żywot na rubieżach cywilizacji, naprzykrzając się wyłącznie słabszym krewniakom. Do czasu. Kiedy gadziopyscy się zanadto rozmnożyli, stali się zuchwali i zaczęli niszczyć elfie pola, ogałacać sady i winnice, a nade wszystko wybijać stada karłów. W odwecie palono ich koczowiska i wyżynano wszystkich którzy nie umknęli w góry, także starców i dziatwę. Na ziemiach Północnego Efru żyli jednak nie niepokojeni, i tam stali się orkami, parząc z karłowatymi trollami. Na Kulinie zepchnięto gobliny za łańcuchy Skodtallu i Isentaru, gdzie żyją zorganizowane w dzikich bandach po dziś dzień, a na Runie wybito ich do nogi, i tam spotkać ich już nie można.
W późniejszych latach elfy brały się za łby z krasnoludami, tocząc niekiedy krwawe boje, a jedni i drudzy walczyli ze słabymi jeszcze ludźmi, głównie przodkami narodów Południowego-Wschodu (skośnookimi), a także naszymi, podówczas nielicznymi jeszcze praszczurami, którzy cierpliwie czekali na swój czas pośród gór Bliskiej i Dalekiej Północy. Nim jednak doszło do tych wojen, rzezi i prześladowań, na resztki tonącego Kontynentu Południowego powróciła kolejne rzesze potomków Najstarszych. Nie minęło wiele czasu, a pojęli że nie ma tu dla nich miejsca pośród ruin i osuwisk. Mrugająca Gwiazda wskazała im kierunek: wyruszyli na północ. Kolejne wyprawy Najstarszych wsparły naszych przodków, i pomogły im zająć elfie wybrzeża. Zdeterminowani, zburzyli krasnoludzkie warownie i przepędzili długouchych. Kontynent Południowy znikał w falach Teritallu, coraz bardziej i bardziej, a towarzyszyły temu eksplozje i trzęsienia tak silne, że miasta rozsypywały się jak domki z kart. Pomiędzy nim a najbliższymi wyspami, krążyły masy zdezorientowanych badaczy, kupców i podróżników. Część z nich osiadła w Horanie, między wcześniejszymi przybyszami z pustynnego Efru. W czasach tych portale otwierano jeszcze wiele razy, choć zawsze trwało to krótko. Nigdy nie było stałych, trwały bram. Wówczas to zjawili się Kazarowie i nieznane nam ciemnoskóre gnomy, a także inne istoty, czarnookie chochliki oraz zwierzęta których wcześniej nie widziano. Zaczęły pojawiać się światła na niebie, błądzące kule i tarcze, które widuje się do dziś.
Resztki Południowego Kontynentu porosła puszcza. Część ocalałych trwała tam w cywilizacji, ale z czasem zdziczeli. Większość osiadła w Kulinie. Lud żeglarzy i podróżników, ludzi światłych i silnych, zapomniał o swej kolebce, zapomniał pieśni, modlitw i znaków pisma, a różnice i waśnie narastały. I tym żyli, niszczeni złą wiarą i pokrętnym słowem. Wielu Najstarszych szybko od tego pomarło, ot tak, ze smutku i cierpienia, rozczarowanych tym do czego przyszło im powrócić, jakby to powietrze przestało im służyć. Równie wielu od miecza, bo okazji po temu także nie brakło. Ci którzy wiązali się z naszymi prababkami, nie mieli już synów tak silnych jak oni, i to również było wiadomym znakiem że czas ich przeminął. Takie były nasze dzieje.
[...]
Prawie wszystkie rasy rozumne są ze sobą spokrewnione – dowodzi tego fakt iż mogą  się między sobą krzyżować, a średnio połowa dzieci z takich związków jest płodna. Rzadko do tego dochodzi, zwłaszcza jeśli poszczególne nacje bardzo się od siebie różnią, ale to tylko dlatego że są sobie niechętne, nie pociągają się wzajemnie – niemniej jednak, jest to możliwe. [...] Bez względu na intencje i okoliczności w jakich obcują: czarni mogą mieć dzieci z białymi, skośnoocy z Efryjczykami, krasnoludy z elfami i gnomami, i tak dalej. Orki czy gobliny – także mogą krzyżować się z wyższymi rasami, rodzą harmonijnie zbudowane dzieci (choć jest to często potomstwo kalekie umysłowo).

Ian Ianhar z Trugg, rok 1544

czwartek, 10 sierpnia 2017

Smoki

Dawniej to było tak, że mieszczanie – którzy często smoka na oczy nie widzieli, a jeśli im się kiedyś zdarzyło, to zwykle małego, okaleczonego i w klatce – obsesyjnie i z pełnym przekonaniem kładli do głów swej dziatwy oraz współbiesiadników, że istoty to krwiożercze, śmiertelnie jadowite, skrzydlate, którym z pysków bucha piekielny ogień, a najstarsze, wielogłowe, tylko czekają po puszczach i jaskiniach by poddać śmiałka próbom i przemówić doń ludzkim głosem. Tak przedstawiane smoki bliższe są heraldycznym gryfom, bajkowym syrenom i mitycznym pegazom, niewiele mają wspólnego z prawdziwymi zwierzętami, dobrze znanymi rolnikom i rybakom, żyjącym poza murami wielkich miast.
[...]
Dziś, ciężko już dociec co stało za takimi a nie innymi wyobrażeniami, czemu to nie wężom czy wygłodniałym rakom plamistym – dorównującym wszak ciężarem dorosłemu człowiekowi – przypisano tak demoniczne cechy. Pewnym jest że wyrosły w miejscach gdzie stwory te nie występowały, lub były bardzo rzadkie. Wszyscy którzy żyją blisko natury, dzięki którym stragany na targu nie świecą pustkami – pasterze, bartnicy, łowcy czy zbieracze – często przypisują określonym zwierzętom niezwykłe cechy, iście ludzki rozum czy ponadnaturalne zdolności, ale wszyscy oni wiedzą że smoki to takie same gady jak i inne, które nie mają pancernej skóry ani szponów ze stali, i nie zieją ogniem.
[...]
Smoki mają dziesiątki nazw: co wioska i przysiółek to inne miano, prości ludzie zwą je paskudami, smolarzami, burzowymi, leśnymi, popielakami, itd. – ogólnie dzielimy je na smoki leśne, do których zaliczają się rodzaje pręgowane i plamiste, różnej budowy, odmiennych gabarytów; smoki wodne – tj. rzeczne oraz morskie, o spłaszczonym ciele i sinej łusce; górskie – popielate, grafitowe i czarne; oraz bagienne, zwane też brunatnymi (niekiedy występujące w umaszczeniu czarnym). Ponadto, na Dalekim Południu żyją jeszcze inne odmiany – pustynne, kolczaste i błękitne, ale o nich wiele nie wiemy. [...] Smoki rosną przez całe życie (żyją zaś po 100-130 lat, niekiedy ponoć więcej*). Im są starsze, tym wolniej im to idzie – zazwyczaj spotyka się osobniki o długości siedmiu-ośmiu stóp. Większe mają już więcej jak sześćdziesiąt lat i są bardzo podatne na choroby. Co ważne, smoki nie mają skrzydeł, gady fruwające są odeń znacznie lżejsze, większe i żyją tam gdzie nie ma ludzi – w górach Efru, na Zielonych Wyspach i wybrzeżach Bliskiej Północy.
[...]
Między smokami które widujemy na herbach a tymi z rzeczywistości jest trochę różnic, i warto o tym pamiętać.

* Najstarszy miał dożyć 233 i czterdziestu dni.

Anonim, wigrichtyjski bestiariusz z roku 1711