czwartek, 31 sierpnia 2017

Imperium Ibryjskie

Na wschodzie, za Wielką Rzeką San, jest siła której obawiają się wszystkie kraje Środkowego Południa. Z którą liczą się najpotężniejsi, koronowane głowy, rady i zgromadzenia, a żaden zamożny kupiec ni bankier, nie będzie sobie gwizdał na kto tam aktualnie zasiada na tronie, i w jakim jest humorze. Gdy Ibria tupnie – Środkowe Południe drży: księstwa, republiki i królestwa.  W końcu jest większa niż wszystkie one razem wzięte, i jak wiele razy w swej historii miała okazje udowodnić – zwykle realizuje swe cele (bez względu na cenę). Skala zagrożenia jest oczywiście różna, inaczej myśli się o konflikcie w Myfrze czy Wigrichcie, inaczej w Szykwalku, ale funkcjonuje przekonanie, że przyjdą jeszcze czasy kiedy Ibryjczycy zapragną władać zatokami Południa. Są takie przepowiednie. A niektórzy twierdzą, że już objawiły się im znaki zapowiadające ich rychłe ziszczenie. Inni z kolei mówią że przekroczenie Sanu byłoby początkiem końca nufrińskiego państwa, próbują dowodzić absurdalności takich lęków, i wskazują przykład udanej obrony Myfru, kiedy to w roku 1811, w ciągu zaledwie kilku tygodni, Myfryjczykom udało się wyprzeć ibryjskie korpusy inwazyjne. To oczywiście prawda, ale warto mieć na uwadze ogromne straty jakie poniosło wówczas księstwo. Głodne tłumy, umykające przed kulami, niszczące sady i roznoszące choroby, konfiskata srebra, doprowadzająca do bankructwa zaradnych dotychczas kupców, skutkująca zastojem w lokalnych interesach, pola spalone przypadkiem, od źle wygaszonych ognisk oraz pola puszczone z dymem celowo, by ten zasłonił kierunek odwrotu, gwałty i kradzieże – okołowojenne zamieszenie było równie dotkliwe co bezpośrednie starcia, walki zbrojnych i rzezie wiosek. Każdy wie czemu do tego doszło, każdy rozumie że jedna decyzja człowieka który nie musi się liczyć ze zdaniem nikogo, mająca swe źródło w zwyczajnym kaprysie lub nocnym koszmarze – może kosztować życie miliony. Dlatego nikt Ibrii nie lekceważy.


 Imperium Ibryjskie to kraj sprzeczności i kontrastów. Mimo, że onieśmiela swym ogromem, ma piękne świątynie o pozłacanych dachach, szerokie trakty, miasta często nie gorsze jak u nas, dysponuje kilkoma zawodowymi armiami i zdolne jest do szybkiej mobilizacji dużej ilości wojsk – nie umie sprawnie zarządzać swoimi prowincjami. Niektóre są zbyt odległe, inne zbyt rozległe, a cześć taka i taka. W wielu mieszkają ludzie nie znający ibryjskiego, a władzom lokalnym nie zależy by ten stan rzeczy się zmienił. Nie znając języka, miejscowi nie są w stanie dochodzić swoich praw w sądach i urzędach, mają gorszą pozycję, a o dobrze płatnej pracy w administracji mogą jedynie pomarzyć. Szereg posad zarezerwowanych jest wyłącznie dla rdzennych Ibryjczyków. Tworzy się szczególny dualizm, gdzie obok prawa państwowego (które i tak jest łamane, o co nietrudno kiedy zna je dostatecznie tylko jedna ze stron), funkcjonuje prawo zwyczajowe, oparte na dawnej tradycji, przekazywanej ustnie. Prowadzi to licznych nadużyć, patologii i kuriozów. Podróże między prowincjami są możliwe tylko kiedy poddany wystara się o odpowiednie dokumenty, które będzie musiał następnie słono opłacić, niekiedy zaś zostawiając także coś w zastaw – bo władze boją się ucieczek. Nie obejdzie się przy tym bez łapówki. Biedny ibryjski poddany nie może sam zadecydować o zmianie zamieszkania, swobodnie podróżować, kupować ziemi ani opuszczać kraju. Ludzi podróżujących bez dokumentów karze się wysokimi grzywnami, zsyła do kopalń bądź osiedla przymusowo w Kurfurze, gdzie pracują od świtu do zmierzchu przy wyrębie lasu. Znacznie więcej swobody ma tamtejsza szlachta, ale to jakaś jedna dziesiąta, jedna dwudziesta tamtejszego społeczeństwa – raptem margines.  Słowo władcy znaczy tu więcej niż wszelkie kodeksy. Niekiedy tylko święte księgi mogą je pohamować, a i to rzadko.

„Niełatwo nakreślić jej granice, powiedzieć gdzie się kończy, gdzie zaczyna, czym jest” – napisał kiedyś pewien Ibryjczyk, po dłuższym namyśle, poproszony o rozwianie kilku wątpliwości co do jego ojczyzny. Ja uważam inaczej. Wystarczy rzut oka na mapę: na zachodzie jest Ibria Właściwa, zwana przez Ibryjczyków Macierzą, a wszystko co za rzeką Istorią (Yssthorea) to już Południowy Wschód. To trochę jak z Hatlanem, z tym że oni mają wielki, bezkresny zachód. Bezludny. A tutaj ludzi i nieludzi sporo. Ibria ma w swym składzie wszystkie ziemie należące niegdyś do legendarnej Cinubrii, stąd też spotkać się można z opiniami że imperium podbiło imperium – ale to nieporozumienie, bo kiedy nufrińscy przodkowie Ibryjczyków zjawili się w Kraju Wschodniej Puszczy,  leżące na wschód odeń Wielkie Państwo Cin było już tylko wspomnieniem (istniało między 1400-341 r. Starej Ery). Choć nie da się ukryć że sytuacja w której jeden kraj podbija kilka innych, rozwiniętych równie dobrze jak on, jest w perspektywie historycznej zjawiskiem co najmniej nietuzinkowym. Ibryjczycy czystej krwi, Nufrinowie, to mniej niż połowa ludności imperium. Jak w perspektywie tego wszystkiego co wyłożono wyżej cesarstwo działa, trwa i może wzbudzać lęk w duszach mieszkańców Środkowego Południa?


 Wedle oficjalnych pism, obwieszczeń, ksiąg i rozporządzeń: wszystko dzięki „głównemu zarządcy tego cyrku” (jak lubią go określać krasnoludy), którego sądzić mogą jedynie niebianie i przyszłe pokolenia. Z dłuższej perspektywy czasu. (Oceniając z bliższej można stracić głowę). Chroni go straż przyboczna składająca się z najprzedniejszych atletów i mocarzy. To jedni z najlepiej opłacanych ludzi w państwie. Jeśli taka ich wola, przechodzą w stan spoczynku po dziesięciu latach służby, a potem mieszkają w pięknych willach i mogą liczyć na regularnie wypłacany zasiłek. W złocie. Wysoko plasuje się też rada cesarska, złożona z ludzi osobiście wyznaczonych przez władcę, zwykle jego krewnych, niekiedy faworytów. Niżej stoi szlachta, możni, którzy zarządzają wielkimi połaciami własnych ziem i tworzą trzon imperialnej administracji. Dużo mniej znaczący na tle wymienionych są mieszczanie, rzemieślnicy, wytwórcy i konstruktorzy, którym w prawdzie sporo wolno, jednak nie na tyle by mogli chociażby przemieszczać się swobodnie poza terenem miasta, nabywać bez przeszkód ziemie czy decydować o sprawach własnej społeczności. Najgorzej dzieje się tym którzy są najliczniejsi, prostemu ludowi, masom na łasce swych panów, gnębicielom pospólstwa u którego starają się wyżebrać choć kilka drobniaków. Faktycznie nie mają żadnych praw. Odpoczywają tylko zimą, kiedy nie trzeba robić w polu, mają spracowane ręce, obolałe krzyże i rzadko kiedy umieją czytać. Można do tej grupy zaliczyć również całe rzesze ludów podbitych, dawnych koczowników, pasterzy i rolników. Stare elity wciąż grają swoje dawne role w miastach i na szczeblu lokalnym. Oni nie. Dla nich wiele się nie zmieniło. Niekiedy cesarska administracja sprytnie to wykorzystuje, jątrzy, obiecuje złote góry, a potem kieruje ich gniew na dawnych panów, by rękoma czerni usunąć tych, którzy zanadto obrośli w piórka bądź stali się niewygodni. Najbardziej porywczych, mających krew na rękach, niekiedy całe wsie które załatwiają sprawę cepami i przydrożnymi kamieniami – przesiedla się na trudne, niezorganizowane tereny. Taka to ich spotyka nagroda.
Nielicznych przedstawicieli wyższych rodów zrównano w prawach ze szlachtą ibryjską, więcej w tym jednak kalkulacji i pragmatyzmu niż rzeczywistego uznania. Fakt faktem jednak, ich potomkowie zachodzą wysoko w imperialnej hierarchii, i nikt nie czyni im wyrzutów z tytułu pochodzenia.




Największym miastem imperium, ponoć najwspanialszym, a na pewno najbardziej działającym na fantazję – zwłaszcza podróżników, poetów i prowincjuszy – jest Tuzur, stolica. Ukochany temat ich barwnych opowieści, pieśni i rycin. Gród dziesięciu bram. Ongiś znany jako Tuissir Deantar (Białe Miasto). Nie ma w całej Ibrii grodu rozleglejszego, bogatszego, mogącego pochwalić się równie niebosiężnymi wieżami i równie wielkimi kopułami pałaców. To tutaj płyną podatki ze wszystkich prowincji, tutaj znajduje się siedziba imperatora, sąsiadujące z nią reprezentacyjne hale i komnaty, piękne parki, ogrody, kilkupiętrowe kamienice o misternie zdobionych portalach (wielokrotnie przebudowywane i podwyższane), osiem wielkich rynków, tuzin pomniejszych, a także uniwersytety, biblioteki, teatry, łaźnie, zamtuzy i gospody. Wszystko. Na jego szerokich ulicach, przyozdobionych posągami, w nocy jest równie jasno jak za dnia. Dbają o to kiepsko opłacani latarnicy, a także nadzorcy domów. Kto się nie zastosuje – słono zapłaci. Pod ulicami przekopano kanały, dzięki czemu nieczystości nie zalegają w rynsztokach, i nie gniją w zaułkach (jak to zwykle bywa gdzie indziej). Dzielnice środkowe okala wielki mur, zewnętrzne oraz przedmieścia kontrolowane są przez nieregularnie rozmieszczone stołpy. Zbrojni cyklicznie patrolują ulice, działa też straż ogniowa, a biedniejsze rejony odwiedzane są przez medyków których zdaniem jest gaszenie wszelkich ognisk choroby i dbanie o czystość studni. Miasto stale się rozrasta. Ludzie płacą ogromne łapówki by móc się tam osiedlić. Do stolicy ciągną różni ludzie, zewsząd, nawet bez zgody władz – ryzykując tym samym karne zesłanie na północne bądź wschodnie kresy, między skośnookich. Nadzieja na lepsze życie przesłania jednak zwątpienie, lęki, i wielu faktycznie się udaje, pod zmienionymi imionami – zaczynają nowe życie.
Tuzur znajduje się w samym środku ibryjskiej macierzy. Ma w herbie czarnego, trzygłowego smoka, zwróconego w lewo. Pancerny jaszczur, malowany na białym tle, przypomina nieco rękę widzianą z boku, której najmniejszy palec i kciuk przylegają do dłoni, a pozostałe trzy wyginają się w łagodne łuki. Nie jest to byle jaki smok, ale Kaszmyr Oudyn, legendarny przeciwnik herosa Tazara Aaetarna, który zginał z jego ręki dokładnie w miejscu gdzie dziś wznosi się Tuzur. Rzekomo. Inni mówią że była tu niewielka elficka osada, którą puszczono z dymem.

Symbolem Ibrii jest sześcioskrzydły sokół z łbem uniesionym w lewo, na którego piersi znajduje się stołeczny herb w zdobnym obramowaniu, otoczony kręgiem pentakli z symbolami żywiołów i wszystkich krain imperium. Sokół w lewym szponie trzyma berło – symbol władzy cesarskiej, w prawym dzierży szablę. Malowany jest na  tle złotym. Wieloskrzydłym ptakiem jako symbolem władzy posługiwali się już pierwsi Ibryjczycy: do naszych czasów zachowały się srebrne i złote wisiory, medaliony, klamry oraz tarcze prezentujące ptaka w różnych wariantach i proporcjach; mówi się że Nufrinowie zapożyczyli go od elfów, inni zaś twierdzą że wywodzi się legend przywiezionych z Dalekiej Północy, gdzie jak wierzą Ibryjczycy znajdowała się kolebka ich ludu. A jak było naprawdę – nie wie nikt.

Ibria jest imperium w pełnym tego słowa znaczeniu, a więc krajem wielonarodowym: gdzie każda prowincja ma jeden bądź kilka języków własnych, rodzimych i jego niezliczone warianty. Ibryjski dominuje w tylko w Macierzy. W prowincjach usłyszymy przede wszystkim języki południowo-wschodnie oraz dialekty ibryjskiego. Jeśli podróżujemy do duży miast, bądź miejsc ibryjskiego osadnictwa, wystarczy nam sam język urzędowy, na głębokiej prowincji nie obejdzie się jednak bez tłumacza.

Ibria bije kilka monet: główną jest nor, dzielący się na sto mithrinów; dwadzieścia norów warte jest tyle co jeden nrod. W obiegu są także półnrody o wartości dziesięciu norów. Jeśli tego nie opanujemy, okantują nas przy pierwszej lepszej okazji. I to mimo ciężkich kar za takie przewiny: ucięcia palców wskazujących, całej ręki, lub napiętnowania (tj. wytatuowania znaku na twarzy, a jeszcze do niedawna wypalenia go rozgrzaną pieczęcią). W tym ostatnim wypadku, bywa tak, że trwale oszpeceni ludzie muszą opuścić swa społeczność. Wtedy żyją z grabieży, albo ciągną do miast, na żebry. Starają się ukryć tatuaże przepaskami, w cieniu kaptura lub pod ciężkimi czapami. Każdy kto zabije tak oznaczonego człowieka, czy to będzie wysoko urodzony, czy zwykły chłop – nie poniesie za to żadnych konsekwencji. Nikt nie postawi go przed sądem, a rodzinie zabitego nie będzie przysługiwać żadne finansowe zadośćuczynienie.
[...]
Dużym problemem dla władz ibryjskich na terenie całego wybrzeża są tzw. Czarne Koty, młodzi spiskowcy z Neuwy i Bael. To organizacja założona w roku 1860 lub 1861, chroniąca interesy autochtonów. Mają na swym koncie wiele ataków, zabójstw i zamachów wymierzonych w członków administracji i wszystkich tych którzy podejmowali się z nimi współpracy, a także porwań i wyłudzeń. Inspirują się starożytnymi wojownikami Ai-den. Organizacja utworzona została ze zbuntowanej frakcji Paktu Otwartego Morza, z południowo-zachodniej Neuwy, oraz zbójeckich band z baelskich miast Taw i Uoczen, którym zamarzyło się uzyskanie dominującej pozycji w regionie. Grupa wzorowana była na strukturach Otwartego Morza, stawiających wysoko honor i ślepe posłuszeństwo. Mimo deklarowanych szczytnych celów, jest to organizacja przestępcza. Dobrze zakamuflowana i bardzo niebezpieczna.


PROWINCJE IMPERIUM



 Macierz, czyli Ibria właściwa. Zyskała sobie to miano w czternastym stuleciu nowej ery, kiedy Ibryjczcy zaczęli wyprawiać się w głąb Południowego Wschodu – osiadać między tamtejszymi ludami i kolonizować pustkowia. Kiedy pojęli że nie sposób tak po prostu poszerzyć granic ojczyzny, zignorować lokalnego kolorytu i żyć po staremu, wedle znanych tradycji i przyzwyczajeń, zaczęli idealizować kraj pochodzenia i dziedzictwo przodków.
Od czasów najdawniejszych, aż po przybycie pierwszych ludzi – rosły tu gęste lasy rozdzielane mokradłami, skrzypowiska i szuwary. Niżej położone tereny regularnie zalewały dopływy Sanu i Yssthorey, nieistniejące już jeziora i stawy były domem dla stuletnich raków, olbrzymich sumów i błotnych salamander. Obszar naturalnie rozgraniczał ziemie elfiego osadnictwa od imperium Cinubrii. Długousi zwali go Krajem Wschodniej Puszczy – nieliczni z ich plemienia decydowali się tutaj zamieszkać, osuszali wtedy bagna i stawiali kilkuosobowe chaty, żyli samotnie, pośród trolli i wilków; ludy Południowego Wschodu zapuszczały się w te lasy rzadko, kiedy szły z poselstwem, w poszukiwaniu ziół, lub w czasie jesiennych łowów, nie stawiały tutaj niczego trwalszego niż szałasy czy namioty. Murielowie pozyskiwali tu budulec.

Rdzennie ibryjskie ziemie są zaludnione dużo rzadziej niż kraje Środkowego Południa i prowincje nadertitallskie. Przecina je siedem ważnych traktów, z których większość prowadzi przez stołeczny Tuzur. W północnej części kraina jest wyżynno-górzysta, w południowej równinna. Jej zachodnia granica opiera się na Sanie (Alaran, Alarhaan – Wielkiej Rzece), wschodnia na korycie Yssthorey, na północy zamykają ją niebosiężne góry Isentar, a na południu ma dostęp do morza. Południowo-zachodnia cześć prowincji to historyczna Erelia. Prócz stolicy, najznaczniejsze grody to Cinufriel i Tern nad Sanem, Ternall nieopodal szeroko rozlanej Yssthorey (na zachód od Wielkiego Porohu), oraz północny Kambar. Kambar był kiedyś miastem zamieszkiwanym przez rodziny krasnoludzkie, żyjące w okolicach od tysiącleci – ale wymordowano wszystkich przed czterdziestu laty i teraz mieszkają tam sami Ibryjczcy. Stanowiły czwartą część jego obywateli, ponoć najbogatszą, i to przekonanie było główną przyczyną ich śmierci. Mordowano całe kamienice – jak kogo zastano: w łożu, przy stole, podczas kąpieli. Nie oszczędzono dzieci ani kobiet. Tych którzy w czasie pogromu przebywali na ulicach, topiono w beczkach, masowo wieszano na rzeźnickich hakach lub belkach osadzanych między oknami wąskich ulic. Szczególnie makarbycznym widokiem było wyrzucanie przez okna kalek i starców, wprost na bruk. Nie oszczędzono nawet ich kotów i psów. Ocaleli nieliczni, ci którzy w porę uszli za mury bądź zostali ukryci przez sąsiadów. Nikt z nich jednak po tym co zaszło nie wrócił do Kambaru. I nikogo to chyba nie dziwi. Dzień ten zapisał się w zbiorowej pamięci ibryjskich krasnoludów jako Hjur Mgar – wielki mord – najgorszy z pogromów jaki do tej pory im zgotowano. Echa tych wydarzeń zaniepokoiły nie tylko karłów. Ibryjczycy nie tolerują odmieńców. Poza stolicą i Ternallem, gdzie trzecia cześć mieszkańców to Baelczycy, niewielu tam cudzoziemców czy mniejszości.

Prastarą puszczę, dawniej porastającą te tereny od Alaran do Yssthorey, nieprzerwanie, tak iż żwawa wiewiórka mogła przebyć ten dystans ani razu nie dotykając łapką ziemi – wyrżnięto niemalże w całości. Jednak to co zostało, daje pewne pojęcie o ogromie tych lasów: między polami wciąż można napotkać tysiącletnie dęby, rozłożyste jesiony i gęste graby, pod nimi zaś grzybnie rozrośnięte w promieniu kilku-kilkunastu łokci, dzikie odmiany leczniczych porostów (gdzie indziej hodowane już tylko w szklarniach), oraz powalone konary opasłych gigantów, niegdysiejszych towarzyszy, których długie, spokojne życie – dawno już dobiegło kresu.



Niwa Ild – Ziemia Południowa, dawniej integralna część Styria Kiru, zamieszkiwana przez lud Kaelleo. Przed Ibryjczykami rządził tam wielki ród Damn-Sokke, rok rocznie składający hołd wielkiemu panu z Ziem Środka, majętny i szanowany. Rządził dobrze, a jeśli wierzyć pieśniom z Wid Daaru, Kuk, Iaeren i Tekke, żyło się tam niemalże jak w raju wyznawców Boga Bez Imienia – cudnie i beztrosko. To jedyne ziemie jakie Styriakirczycy utracili na rzecz sąsiadów, wielka trauma i wstyd. Rdzennych mieszkańców przymusowo przesiedlano na północ, w głąb Ibrii, gdzie szybko marli – zmuszani do całodziennego wyrębu bądź kopania kanałów, wielu bez skrupułów zabito, nieliczni się wynarodowili. Nikt prawie się tam nie ostał, na ich miejsce sprowadzono rdzennych Ibryjczyków, obiecując tony srebra, ziemskie nadania, ulgi i protekcję. Większości się to opłaciło. Pierw zabrali się jednak za porządki, usuwając pozostałości po dawnych mieszkańcach. Kiedy poddani imperatora puścili już z dymem wszystko co było większe od kurnika i chciało się palić, zdecydowali o budowie nowego grodu stołecznego – Ildarum, co znaczy tyle co południowy przyczółek. Pierw stanęła silnie ufortyfikowana osada, potem mury w kształcie gwiazdy, na koniec przekopano kanał w kierunku wschodnim i złażono Port Ildarum. Budulca nie brakowało, bo na południe od obu ciągną się jeszcze Góry Styriakirskie, których porzucone kamieniołomy pełne były obrobionych bloków i kruszywa.

Rod z Kerwu, młody kupiec przebywający na północnym Styria Kirze w roku 1402, w czasie inwazji, widział śmierć wodza Ullina, niszczycielską siłę pocisków zapalających, gwałty, grabieże i wszystko co typowe dla wojennej zawieruchy w wydaniu ibryjskiego wojska. Był jedynym człowiekiem ze Środkowego Południa który mógł zaświadczyć co zaszło, jak dokonywano mordów na spanikowanych rybakach, co czyniono z ich dobytkiem i jak wiele pięknych, drewnianych świątyń musiało stanąć w płomieniach, tylko po to by zasiać strach i podkopać morale; sumiennie wylicza ile kamiennych posągów zatopiono w tamtejszych rzekach, rozkruszono bądź wykorzystano jako podpory tymczasowych mostów. Po latach, kiedy kończył już swe życie, stwierdził na kartach swych pamiętników: „dużo podróżowałem, i widziałem różne kraje, ale nigdy takiego który ceniłby tak nisko ludzkie życie jak Ibryjczycy, i to bez różnicy, czy to wróg czy cesarski poddany, kobieta czy mężczyzna, dziecko czy dorosły. To co wydarzyło się w dzisiejszym Niwa Ild, a dawnej domenie rodu Damn-Sokke, nie było zwykłym zagarnięciem ziemi, było całkowitym usunięciem pamięci o przeszłości tej krainy, włącznie z usunięciem jej mieszkańców”.



Muria, górzysta prowincja za rzeką Yssthoreą, dawniej zamieszkiwana przez niewielki lud nazywający siebie Muriel, Ludźmi Księżyca. Niewiele o nich wiadomo. Zostali niemal całkowicie wymordowani przez Ibryjczyków, a nieliczni ocalaleli ulegli na przestrzeni lat asymiliacji, noszą dziś ibryjskie imiona i nazwiska, nie umieją czytać starych pism i nie znają mowy przodków. Poza lekko skośnymi oczami, niewiele ich różni od mieszkańców Macierzy.
Tylko garstka Ibryjczyków ma w sobie krew ludu Muriel, i nie jest to pożądane, chwalebne dziedzictwo, ale są tacy którzy twierdzą inaczej, i to dzięki nim wiemy to czego próżno szukać na kartach kronik czy w imperialnych archiwach. Po rzezi wszystkich tamtejszych miast, wody Adżu i Yssthorey stały się czerwone, a trupy tamowały przewężenia i porohy. To złamało wszelki opór i górale szybko złożyli broń w nadziei na łaskę i ocalenie. Druga wojna murska, w czasie której rozegrały się te wydarzenia, była ostateczna. Do pierwszej Ibryjczycy wyruszyli nieprzygotowani, niezbyt liczni i bez zapasów – wyciągnąwszy wnioski z porażki, uderzyli z pełną mocą i odnieśli spodziewane, choć mało chwalebne zwycięstwo.
[...]
Adż, stanowiący południową granice Murii bierze swój początek w Szarym Jeziorze, miejscu świętym i magicznym, nad którym wnosiła się onegdaj ich kamienna stolica, będąca dziś raptem ruiną i cieniem dawnej  świetności. Obecnie serce Murii bije w Kahren.
[...]
Tutejsi nazywali siebie ludźmi księżyca, wierząc, że początek ich plemieniu dały promienie odbijające się w tafli Szarego Jeziora. Obecni mieszkańcy są po prostu Ibryjczykami z Murii, i często nie wiedza nic o przeszłości swych ziem.
[...]
 Muria jest krainą wyżynną, pełną skał i wzniesień, o kamienistej glebie, słabo zalesioną. Uboga w jadalne rośliny – wielu nie wyżywi.



Od Yssthorey aż do doliny Bawru, ciągną się ziemie ludu Bael.  Płodnych skośnookich rolników, sprawnych rzemieślników i chytrych handlarzy – tworzących w przeszłości wielkie, niezależne królestwo, wcześniej zaś, jego wschodnia część wchodziła w skład Cinubrii, a ziemie zachodnie i południowe były odeń zależne. Baelczycy poczuwali się do roli sukcesorów idei dawnego imperium, zgłębiali dawną filozofie i astrologię, rozwijali medycynę, sztukę i literaturę, nie dbając jednak należycie o armie i podatki. Kiedy przyszli tu Ibryjczycy, kraj był tak słaby że zajęcie go nie stanowiło większego problemu.

Baelowie liczebnie znaczniej przewyższają rdzennych Ibryjczyków, żyje ich w cesarstwie jakieś trzydzieści milionów, i liczba ta stale wzrasta. Zachowali swoją mowę i zwyczaje. Uliczne szyldy mają na ogół znaki ibryjskie, w takim języku prowadzona jest też tu administracja – ale domy nauk są już dwujęzyczne. [...]
Baleowie należą do Nirów, dzielą się na różne grupy dialektowe, z których z naszego punktu widzenia, najbardziej wyróżniają się tzw. Baleowie Zachodni, tj. mieszańcy – zamieszkujący tereny od Wielkiego Porohu aż po wody Teritallu. Mają wyraźnie odmienne rysy, a ich język zdradza związki z Nufrinami. Ich miasta to Iokkur  (Okhur) i Koma, oba lata świetności mają już za sobą. Szacuje się ich liczbę na trzy-cztery miliony dusz. Większość Baelów szanuje ich odmienność, ale nie chce wydawać za nich córek ani nocować w ich domach.
[...]
Baelskie miasta, takie jak Aotan, Uoczen czy Taw są do siebie bardzo podobne. Solidne, kamienne, zbudowane z kanciastych brył, kompletnie pozbawione formy okręgu. Od szerokich ulic pełnych straganów, beczek i skrzyń, odchodzą zawsze mniejsze, wąskie – gdzie także kwitnie handel, tyle że bardziej pokątny, mniej śmiały, prostytucja i hazard. [...] Bardzo popularnym zwyczajem jest wnoszenie zabudowanych tarasów, wspartych na belkach i palach, zwykle tylko nad częścią ulicy, niekiedy zaś łączących dwa stojące naprzeciw siebie budynki. Rozwiązane to stosują chętnie zarówno oberżyści jak i zwykli mieszkańcy. Kiedy pogoda pozwala, na tarasach pije się hadżmur, je i odpoczywa. Starcy grają w kości, a kobiety plotą dywany, biedocie służą za warsztaty i sypialnie.
„Taw jest dziesięć razy większe niż ibryjska stolica. Dziesięć razy. Jedna jego dzielnica jest jak cały Tuzur. Miasto jest rozległe, ale zwarte. Wysokie. Można by się w nim bronić miesiącami. Do dziś zachodzę w głowę jak państwo mieniące się spadkobiercą tysiącletniego imperium Cinubrii mogło paść pod nawałą garstki zacofanych zbrojnych. I to żeby jeszcze z Środkowego Południa, ludzi pokroju Kagazara Sinego Kruka (Kagha Zar), albo Hago Młota, najdzikszych z Barnijczyków! Dawnych wigrychtyjskich piratów albo zaciężnych z Marbadu, którzy dekadami doskonalą się w swym fachu. Czy choćby naszych rewellskich pikinierów, nie gorszych od wojsk marbadzkich, równych siłom myfryjskim, Ciryjczykom z dziada pradziada... Nic z tych rzeczy! Nieokrzesani Nufrinowie! Czym się taki zapijaczony Ibryjczk różni od niedomytego Erela? Czym się oni różnią od dzikich z Dalekiego Południa poza kolorem skóry? [...] Ibryjczycy podbili kraj większy niż ich rodzime ziemie – i to bez większego wysiłku.
Jak upadła jedna z najmocniejszych monarchii tej części Kulinu, stale porównująca się do Wielkiego Państwa Cin? Uczeni do tej pory zadają sobie to pytanie. Bael dysponowało ogromną wiedzą, techniką, dobrze rozwiniętą medycyną, rozległym terytorium... a jednak padło na kolana, a nieokrzesany Ibryjczyk brał co chciał. Tak się nakradli że do dziś co najmniej połowa złota stolicy stamtąd pochodzi. Tak przynajmniej mówią, a ja w to wierzę! A skarbiec u imperatora  w końcu niemały. [...] Ibyryjczycy narzucili im język i obyczaje. Narzucili pismo. Proste. Tak proste jak oni sami – nie takie jak nasze, piękne, zdobione – przystające do myśli wzniosłych, głębokich. [...] Dawnymi czasy Baelowie pielęgnowało swoje zwyczaje. Dziś mało kto rozumie stare księgi, mało kto potrafi je odczytać. Mieli w użyciu dwa alfabety – oba po dwadzieścia znaków. I ideogramy – bez mała czterysta, jak nie lepiej. A ostały im się tylko proste, chaotyczne znaki ludowe – zaczerpnięte z tych trzech systemów. Dziś stare księgi butwieją w ciężkich szafach. Znajdą się ci którzy władają tutejszymi alfabetami, ale nie ma nikogo kto by znał wszystkie znaki, nie ma nawet żadnego katalogu. Na naszych uniwersytetach mamy dziesiątki kopii odpisów ich tradycji piśmienniczej, ale zapewne z błędami porobionymi przez ibryjskich uczonych, zwykłych nieuków i kombinatorów. [...] Ibryjczycy z Macierzy zajęli nadmorskie miasto Auszan (Ausz-An) i założyli tam port. Port Ir – który cały czas jest w budowie. Wszystkich rdzennych mieszkańców wysiedlili, a niechętnych przeprowadzce położyli trupem na miejscu, nie patyczkując się z nikim. Wiadomo – południowo-wschodnia dzicz. Jeśli napotka się tam skośnooką twarz, można być pewnym że to służący, ogrodnik albo sprzedajna dziewka. Pośród kupców ibryjskich, mieszka wielu pośredników z krajów bruskich i ciryjskich, nie zawsze zgodnie z prawem, które każe wystarać się obcym o stosowne zezwolenie pobytu. Dla tego akurat miasta kosztuje niemało i wielu woli udawać obywateli cesarskich. Z uwagi na wiecznie pijanych strażników i przekupnych celników – udaje się to bez większego trudu”.
(Fragment pochodzi z pisma „O Ibryjczykach w Bael” – pióra rewellskiego anonima).



Na obu stronach górnego Ijakuru znajdują się ogromne pustkowia, zwane od niepamiętnych czasów Aszharem (Krainą Traw). Dzisiaj dzieli się na dwie prowincje: Aszhar – Kraj Zachodni i Aszhar – Kraj Wschodni. Pierwszy leży między Bawr a Ijakurem, drugi rozciąga aż po kurfurskie lasy. Najważniejsze miasta zachodniego Aszharu to Czuk i Tokoda, wschodniego – Czewra, Dżuran i Dżurmak a także leżący na północy, w górach – Hun, dotychczas wchodzący w skład Prowincji Północnej. Poza pofalowaną środkową częścią Aszharu wschodniego, gdzie rosną rzadkie lasy, praktycznie nie ma tam drzew. Był to ongiś sam środek Cinubrii, ale jej kultura nigdy nie dotarła poza główne miasta, do konnych koczowników którzy po dziś dzień przemieszczają się po obu prowincjach, tak jakby czas stanął w miejscu. Świetnie strzelają z długich łuków i mają szeroką wiedzę na temat rosnących tu traw, ziół i porostów. „Stepowi jeźdźcy plotą amulety z zasuszonych ptasich nóżek, sczerniałych dziobów i malutkich czaszek. Chowają je w małych woreczkach, noszonych na szyi – traktują jako wielkie skarby, przedmioty intymne, nieprzeznaczone dla oczu obcych. Dana cześć ciała zwierzęcia daje im podług przesądu część jego duszy. Wojownicy noszą niedźwiedzie pazury; matki skorupki gadzich jajek, skóry nasączone wonnościami i kłębki wełny; kości są dla dzieci, a dla starych uszy lisów (by lepiej słyszeć). Do takich woreczków dodaje się też sproszkowaną korę i drobne kamienie, najchętniej z ptasich żołądków. Na kamieniach wyryte są numery i symbole, naśladujące baelskie pismo. Na ogół niszczy się je zaraz po śmierci właściciela, nikomu poza nim nie wolno ich używać, a nawet nań patrzeć”.



Między dolnym biegiem Bawru a środkowym Ijkaurem, rozciąga się mała prowincja o kształcie pieroga, mająca dostęp do morza tylko pośrednio, poprzez Zatokę Bawryjską. Nosi nazwę Ihil, co oznaczało pierwotnie ziemię wyludnioną, niezamieszkałą – kres. W zasadzie w tej materii niewiele się zmieniło. Przed ibryjskimi podbojem, stanowiła lenno sąsiadującej z nią od południa Neuwy. Miejscowy język znowu zanika, tym razem na rzecz ibryjskiego. We wschodniej części prowincji znajduje się stołeczny Thik, jedyne duże miasto na tym obszarze.
Ihil znane jest z sokolnictwa i hodowli psów obronnych Jeśli komu miła cisza i brak towarzystwa, winien się tam udać.



Prowincja Północna (Isentar) – terytorium o specjalnym statusie, pod zarządem Północnej Kompanii Handlowo-Górniczej, funkcjonujące praktycznie niezależnie od Tuzuru (zachowując jednak pewne pozory zależności, i śląc do stolicy uzgodnione ładunki rudy, srebra i złotego kruszcu). Na terenie prowincji oprócz wojsk cesarskich (które strzegą granicy w górnym biegu Istorii, szlaków murskich i baelskiej rubieży) stacjonują niezależne straże kompanii, uzbrojone w długą i krótką broń palną, toporki i szable, zawsze we wzmacnianych kurtach oraz grubych płaszczach. Ich liczba jest tak duża, że jeden strażnik przypada na dwóch osadników.
W skład prowincji wchodzą tereny nie tak dawno proklamowanych, niezależnych królestw krasnoludzkich (pierwszych od upadku karlej państwowości na kontynencie), oraz słabo zagospodarowane stoki i kotliny, atrakcyjne górniczo ale niezdatne do zasiewów. Częste bunty zasiedziałych, miejscowych krasnoludów, oraz tych które niedawno przybyły tu z całego Środkowego Południa w poszukiwana własnego kawałka ziemi – nie sprzyja nufrińskiej kolonizacji. Stale dochodzi do zamieszek i wymiany ognia. W dodatku od czasu do czasu przełażą tu gobliny, dające we znaki nawet brodaczom, zwłaszcza tym nowoprzybyłym, miejskim, odwykłym od wojaczki.
Kompania radzi sobie ze zmiennym szczęściem, stara się trzymać miejscowych twardą ręką, ale realna władzę ma jedynie w miastach, i silnie obsadzonych kopalniach. Pojedyncze posterunki i pośpiesznie stawiany stołpy, są często nękane przez młodych brodaczy, którzy dla zabawy podpalają drewniane elementy bądź ciskają w nie garncami z nieczystościami i starym olejem. Kiedy te drugie się rozbijają – wystający zeń płonący knot podpala płyn. Wielu strażników w wyniku tych zabaw spłonęło żywcem, inni ciężko poparzeni, wrócili do domów jako kalecy.
Część krasnoludów już się poddała, ale wiele starszyzn zachęca młodych do oporu, twierdząc, że to ostatni skrawek ziemi jaki im pozostał. I że nie wolno go stracić. Ibryjczycy utrzymują że widują na terenie prowincji przybyszy z Zugrawu, mających rzekomo wspierać rebelie. Utrzymywane są także szlaki przerzutowe przez bezpańską Bliską Północ, tzw. Dzikie Ziemie, gdzie niekiedy uchodziły całe osady. W wyniku owej konspiracji, jakiekolwiek próby wymuszani pokory głodem biorą w łeb.
Od wschodu do zachodu, przez całą prowincję – ciągną się wysokie pasma górskie składające się na legendarny Isentar, znany południowcom głównie z opowieści, jako granica między nizinami wybrzeża a dziką Północą. Światem znanym i obcym, niepoznawalnym bo niedostępnym. Pełno tu ostrych skał, osuwisk – wszędzie można natknąć się na gołoborza między którymi walają się kości tych którzy źle porachowali swoje siły, ofiar mrozu i gadziopyskich, a obecnie także rozeźlonych krasnoludów, którym miłe jest marzenie o własnym kawału ziemi. Sępy i niedźwiedzie chętnie dojadają te szczątki. Duże ptaki często unoszą obdarte z mięsa czerepy, po czym zrzucają, by rozpękły i pozwoliły dobrać się do wnętrza. Tak jak nasze kruki i wrony czynią z orzechami. Na południu rośnie sporo iglastych drzew, zwłaszcza nad rzekami i na łagodnych zboczach niższych pasm, im dalej na północ tym więcej skalistych szczytów. Panują tam surowe warunki, ale krasnoludy twierdzą że to kraj w sam raz dla nich. Że nikt go nie chciał, bogowie zostawili go im, i wara od tego tym którzy mają więcej jak pięć łokci wzrostu. Północną Prowincję przecinają głębokie doliny rzeczne i kaniony, którymi płyną między innymi Bawr, Sz i Bukt. Dla porządku: Bukt zasila Sz, Sz wpada do Bawr – to tutaj największe rzeki, bardzo zdradliwe, pełne bystrzyc, skalnych progów i wodogrzmotów. W zachodniej części prowincji bierze swój początek Yssthorea. Prócz dużych rzek, w górach nie brak bezimiennych strumieni i płytkich jezior, nienaniesionych na żadne mapy. Ibryjskie wojska założyły tu trzy miasta-warownie, oddane następnie pod opiekę Kompanii Handlowej: Illrun, Ukrun i Dabr. Pierwsza ma za zadanie kontrolować obszar zachodni, druga centralny, trzecia wschodni. Illrun i Ukrun są już ukończone, ale budowy Dabr końca nie widać. Na zachodzie znajduje się Ksudr, gdzie wielu krasnoludów uszło po pogromie jaki zgotowano im w Kambarze, niestety – dorżnęły ich stacjonujące tu straże i cesarscy, traktując jako „podżegaczy”, „wichrzycieli” i „wrogów wewnętrznych”. W środkowej części, blisko złóż srebra, krasnoludy pobudowały sobie Harimaks, Hafruks i Ksor – zajęte obecnie przez ibryjskich kolonistów, którzy nawet je nieco rozbudowują (zburzyli jednak zaczątki murów obronnych). Krasnoludy nie mają prawa stawiać tam innych domów jak drewniane. W górnym biegu rzeki Bukt, wznosi osada o tej samej nazwie, powstała przy pobliskiej kopalni kamieni szlachetnych. [...]

Ian Hufr, medyk na kontrakcie Północnej Kompanii Handlowo-Górniczej, z zamiłowania zbieracz skamielin i rzadkich kamieni, włócząc się swego czasu wśród gór Isentaru, między rzeką Sz a Buktem, natknął się na wystraszone poranione dziecko, które doprowadziło go do społeczności nazywającej siebie Bae Ma Har. Jest ich zaledwie kilka tysięcy, po ciemnej cerze i skośnych oczach idzie wnioskować że mają wiele wspólnego zarówno z Kchmurami jak i ludami żyjącymi bliżej wybrzeża, w Bael i Neuwie. Noszą ciężkie futrzane czapy, mieszkają w jaskiniach, żywią się mięsem i porostami. To jedyni znani nam rdzenni mieszkańcy tych stron. Niektóre ślady w postaci naskalnych rytów wskazują że mogły żyć tu i inne rasy, ale nie ma pewności ani co do ich znaczeń ani pochodzenia.



Daleko, za aszharskimi stepami, prawie na samym krańcu Imperium, znajduje się ogromna, lesista kraina – Kurfur. W większej części nietknięta ręką człowieka. Miejsce zsyłek oraz królestwo duchów. Jesienią zachwyca bogactwem złotych i pomarańczowych liści, w porze letniej intensywnością zieleni. Zapewne właśnie tak wyglądała Kraina Wschodniej Puszczy, nim stała się Ibrią, tj. przed systematycznym karczowaniem; przybycie tam, jest jakby podróżą do przeszłości kontynentu. Ma kształt zbliżony do odwróconego trójkąta z obtłuczonymi rogami, najchętniej napisałbym po prostu  że wygląda jak popularne w Ibrii ciastko ze słodkim nadzieniem, i na tym zakończył, ale boje się że kolejne kulinarne skojarzenie pozostawione bez komentarza odbierać będzie tekstowi powagę. Od zachodu graniczy z Aszharem, od wschodu jej kraniec wyznacza rzeka Ksieg, a na północy ziemie Muhrów i Kchmurów. Dla wygody, dzielona na Zar, Kullun i Mahawr. Od północy, aż po sam środek prowincji, gdzie skręca na wschód by zasilić Ksieg, płynie głęboka Hok. Szerokim korytem, powoli i nieśpiesznie, wpadają do niej Kurir i Iril, które w swych dolnych biegach nadają się do żeglugi, a w górnych to zaledwie strumienie pełne żab i traszek. Tylko dzięki tej rzece możliwa jest sprawa komunikacja między leśnymi osadami, a także spław drewna. Wycinka ma miejsce wyłącznie wzdłuż jej brzegów, i tylko tam prowadzone jest osadnictwo – które przebiega w miarę bezproblemowo, bo nie ma tam żadnej ludności tubylczej, a goblinów prawie się nie spotyka. Zagrożeniem są natomiast duże koty, niedźwiedzie, leśne węże, smoki pręgowane i ptaki-nieloty, na ogół polujące na szczury i gronostaje, ale skłonne także do ataku na grubszego zwierza, drwala czy dziecko.
Przed przybyciem Ibryjczyków, pośród okolicznych ludów, Kurfur cieszył się złą sławą – u niektórych był to lęk wynikający z religijnej żarliwości, podsycanej przez zaślepionych kapłanów, dla innych po prostu miejsce przeklęte, z którego się już nie wraca. Nawet myśliwi, spragnieni zdobyczy – nie obozowali na terenie tamtejszej puszczy, klucząc jedynie jej skrajem, kiedy inne łowiska były już zajęte. Nie są to obawy nieuzasadnione – kotów ludojadów tam nie brakuje, a i rozeźlony żubr może napędzić niezłego stracha, poza tym – w pochmurny dzień można szybko stracić tam orientacje.
Zar to część północno-zachodnia, między Kurirem a Hokiem, Mahawr znajduje się między Hokiem na Ksiegiem – na wschodzie. Kullunem określana jest południową część. Nazwy te biorą się od wielkich głazów, zalegających w okolicy gdzie Kurir uchodzi do Hoku. Jeśli wierzyć starej opowieści szamana-przewodnika z plemienia Uen, jednej z tych które przekazywane są z pokolenia na pokolenia, są to skamieniałe kości trzech braci-olbrzymów, którzy polegli tutaj podczas sporu o schedę po ojcu, bogu lasu. Każdy chciał władać całośćią. Wedle ludu Uen – to właśnie to zdarzenie miało uczynić owe ziemie przeklętymi. Bezpańskimi, bez opieki, bez miejscowego bóstwa do którego można by się zwrócić o ochronę. Jako nieliczni, raz do roku przeprawiali się tutaj z Andaru, by złożyć duchom ofiary, wierząc że posilone – kiedyś w końcu się odrodzą. Urzędnik – zapewne w głębi duszy miłośnik takich historii – zanotował wszystko, i bez wahania naniósł nazwy na mapę.

Pierwszą stolicą prowincji była nieistniejąca już osada nad dolnym biegiem Ksiegu – Nowy Ternnall, założona przez osadników z ibryjskiego południa. Przenoszono ją wiele razy, a z czasem porzucono plany osadnicze w tym miejscu, udając się bardziej na północ. Powstało tam stałe osiedla w okolicy dzisiejszego Belgarniru, na prawym brzegu Hoku. Z czasem sprowadził się tam cesarski namiestnik, zadecydował o wytyczeniu siatki ulic i wykreśleniu planów miejscowych (konsultując to uprzednio z astrologiem). Belgarnir nazywał się początkowo Leśną Przystanią, i dopiero na wyraźne życzenie dworu uhonorowano go imieniem imperatorskiego syna. [...] Na granicy między Kurfurem a Aszharem, rdzenni mieszkańcy stepów wnieśli Czerkiejstun. Osada składała się z kilku chat-ziemianek i skórzanych namiotów, otoczonych wałem i palisadą – obecnie dotrzeć tam można traktem przecinającym cały Aszhar. Prowadzi się tam wyręb lasu i poluje dla skór. W północnym Mahawrze, nad środkowym Hokiem, ludność przesiedlona przymusowo z Neuwy zbudowała drewnianą osadę Kigwin, gdzie docelowo ma powstać porządne miasto, z kamienicami i dominującym ratuszem, naocznie poświadczającym władztwo cesarstwa; na drugim krańcu Mahawru, nad Ksiegiem w podobnych okolicznościach założono powoli rozrastający się Jumin (jak sama nazwa wskazuje, także rękoma Neuwczyków). Mniej więcej w połowie drogi między Kigwinem a Juminem, znajduje się Kuiwir. Obecnie jest to już małe miasteczko, stojące dumnie na niewielkim wzniesieniu – nieopodal którego znajdują kopalnie złota, przyczyna jego powstania. Natrafiono na nie przypadkiem, podczas przemarszu wojsk wbijających słupy graniczne. Sława tego miejsca jest o wiele większa niż znajdujące się pod nim złoża, ale i tak większości poszukiwaczy nie dzieje się tu źle, o ile rzecz jasna nie wciągnie ich zbyt mocno klimat tamtejszej karczmy. Sytuacja jest na pewno na rękę miejscowym gorzelnikom, dyktującym ceny i chętnie przyjmującym złote grudki, choćby najmniejsze. Najbardziej zdeterminowani szczęśliwcy wracają do domu z samorodkami wartymi więcej niż ich zadłużone gospodarstwa i kamienice. Poza wymienionymi miejscowościami, podróżnik płynąć wzdłuż największych rzek natknie się i na inne osady, większe i mniejsze, ale te są pod szczególna kuratelą namiestnika, i można być pewnym, że w ciągu najbliższych lat ich ludność nie będzie przesiedlana, a one same nie znikną.



Neuwa – duża, gęsto zaludniona prowincja obejmująca tereny ujallskiego wybrzeża, od rzeki Bawr po Półwysep Horański. W jej skład wchodzą ziemie historycznie przynależne Królestwu Neuwy, jednemu z kilku samozwańczych spadkobierców tradycji Wielkiego Państwa Cin. Wyjąwszy lenna i obszary etnicznie obce, czasowe zdobycze terytorialne, obejmuje wszystkie siedem krain, jakie u zarania dziejów mieli zamieszkiwać przodkowie Neuwczyków.
Z północy na południe przecinają ją dwie wielkie rzeki – Ijakur i Ksieg, płynące na jej obszarze szerokimi dolinami. W czasach historycznych, królestwo wielokrotnie zmieniało stolicę, ale kiedy przyszli Ibryjczycy, było nią Kindżu. Po dziś dzień zachowało świetność: ulice i place wytyczono tam względem siebie symetrycznie, przecinają się zawsze pod kątem prostym, a stojąc pod Północną Bramą, możemy dojrzeć były Pałac Królewski i majaczącą w oddali Bramę Południową. Założono je na niewielkim płaskowyżu, blisko źródeł dających początek dwóm rzekom, z których jedna wpada do Ijakuru, płynąc w kierunku wschodnim, a druga wprost do morza, na południe. Nie sposób skorzystać z nich jako dróg wodnych, w górnym odcinku pełno w nich bystrzyc i są raczej płytkie. Miasto zostało z rozmysłem założone w głębi lądu, co miało uchronić je przed ostrzałem. Okoliczne skały dostarczały budulca przez dziesięciolecia, i pozwoliły w pełni zrealizować pierwotne założenia – postawić wysokie mury z regularnie rozstawionymi basztami, wyłożyć ulice płytami, przygotować system podziemnych kanałów odprowadzających nieczystości – itd. Nic nie pozostawiono tutaj przypadkowi. Pozostałe ważne miejscowości to Bagataj, Buknur, Hjorwal i Kykiw.
Rdzenni Nuuwczycy zaliczają się do Nirów, jak wszyscy w tych stronach są skośnoocy, żyje między nimi jednak dużo potomków Efryjczyków o ciemnej cerze – można ich spotkać w miastach i na terenach przygranicznych z Neuwą Wschodnią; mają niską pozycję i trudnią się mniej szanowanymi zawodami, a niekiedy wręcz kradną i żebrzą. Neuwskie elity powoli mieszają się z Ibryjczykami i coraz chętniej przyjmują ich imiona, kulturę i wierzenia. Władca prowincji, wywodzący się z tutejszego rodu – nadal posiada dwie małżonki, ale żadna z nich nie umie już mówić rodzimym językiem ani czytać tutejszych znaków. [...]

Nieopodal północnej granicy, na łuku rzeki Ksieg – znajduje się kopiec skrywający pochówek legendarnej Królowej Nilotanu, właścicielki magicznych białych kamieni, które miały mieć cudowne właściwości, i przez blisko sto lat wchodzić w skład klejnotów koronnych władców Neuwy nim nie zaginęły w niejasnych okolicznościach. Jest to miejsce święte, gdzie regularnie pielgrzymują całe rodziny i wioski. Poza okresem zimowym, należy zdecydowanie omijać okolice kopca i wiodące doń trakty – łatwo tam stracić sakiewkę, kilka zębów i buty. W tłumie pielgrzymów zawsze znajdzie się kilku rabusiów, bywają też samotni oszuści, naciągający przejezdnych na kupno strawy („panie, nie jadłem wiele dni, poratuj”). W tym miejscu należy się czytelnikowi kilka słów wyjaśnienia – Nilotan to królestwo z bajań Neuwczyków i pokrewnych im ludów zamieszkujących sąsiednie krainy; rozciągało się rzekomo na stepach dzisiejszego Aszharu. Wszystko wskazuje że jest to jedynie kraj mityczny, który nigdy nie zaistniał, a w samym kopcu także spoczywa zapewne ciało innej kobiety niż się mówi. Są pewne wskazania, że przed wieloma wiekami miejsce pochówki królowej wskazał mag Tiurhan, i to za jego namową władca Neuwy zlecił usypanie kopca. [...] Tiurhan nie był Neuwczykiem, pochodził z Gór Wschodnich i płynęła w nim prawdopodobnie krew horańska. Po swej śmierci widywany był ponoć ośmiokrotnie – co zresztą zapowiedział oprawcom, niezadowolonym z wysokiej pozycji „czarnookiego przybłędy”. Ćwiartowano go żywcem i lżono godzinami nim wyzionął ducha, a szczątki rozrzucono w lesie, na żer lisom i ptactwu. Część skruszonych oprawców pozostawiła przerażające świadectwa ostatnich chwil jego żywota, w odwecie zgotowano im podobny los. Tiurhan twierdził, że wysoko urodzeni Nilotańczycy, tak samo jak rody Neuwy – pochodzą od przybyszów z gwiazd, którzy pierwotnie dożywali trzystu lat. Te i inne opowieści zaskarbiły mu sympatie możnych i dały dostęp do wielu ważnych projektów – takich jak budowa dróg, kanałów czy polityki wobec sąsiadów. Dziś grobowiec Tiurhana stoi nieopodal kopca do którego budowy się przyczynił, zebrano tam wszystkie szczątki jakie odnaleziono, a także niektóre przedmioty osobiste. Ponoć dotknięcie kanciastego bloku oczyszcza ciało i umysł. [...] To nie jedyna postać otaczana tam czcią, jest ich wiele, i są do siebie pod pewnymi względami bardzo podobne – na przykład mędrzec Hai-Czei, władca ognia – wedle pozostawionych pism żył blisko trzysta lat, i żyłby pewnie jeszcze dłużej, gdyby nie nieszczęśliwy splot wydarzeń. Urodził się w prowincji Hio Arfall (Hjorwal), jako ósme dziecko, w prostej chłopskiej rodzinie. Rodzice nie mając pieniędzy na jego wyżywienie, oddali go do klasztoru Szandor, położonego pośród skał na północnym brzegu Ksiegu, nieopodal kurfurski lasów. Czytał tamtejsze księgi, jadał raz dziennie, mleko i miażdżone orzechy, ćwiczył ciało oraz umysł – wszystko pod okiem tamtejszych mistrzów. Wedle legendy, podczas pielgrzymki do Gór Wschodnich, gdzie dawnymi czasy znajdował się zburzony klasztor Hau Pur, napotkał pumę śnieżną obdarzoną darem mowy. Ta zdradziła mu jak rozpalić wewnętrzny ogień w umierających i przywrócić wigor chorym – w zamian zażądała tylko aby ją uśmiercił, bo nie mogła sama tego uczynić, a żyła rzekomo między ludźmi lat tysiąc i świat śmiertelnych zdążył ją już znużyć. Od tego momentu leczył dotykiem, podróżując po całym obszarze dawnego Wielkiego Państwa Cin, wyprawiając się ponoć również do Kchmurów, którzy także przekazali mu unikatową wiedzę z zakresu wędrówki dusz i ziołolecznictwa. Mimo iż wyratował wielu, zraził do siebie kilku wpływowych urzędników, a ci zaczęli go podtruwać. Nie będąc w pełni świadomym co dzieje się z jego ciałem, nie uporządkował swej wiedzy. W aszharskim Dżurmaku, który był niegdyś miastem neuwskim (i gdzie cały czas żyją głównie Neuwczycy), stoi jego pomnik.



Neuwa Wschodnia obejmuje północne stoki Taran Hamman, zamieszkałe przez słabo zorganizowane ludy które znalazły się kiedyś pod jarzmem władców z Kindżu. Przed nimi żyli tu Horańczycy. Niezmiennie jest to dzika, niezagospodarowana kraina, czekająca na baczniejsze zbadanie. Przez środek prowincji ciągnie się głęboki kanion, którego dnem płynie kamienisty Ksoinir. Pokonać tę rozpadlinę można jedynie poprzez wiszące mosty, silny nurt wciąga każdego, ciska na głazy i szybko odbiera życie, w ciągu kilku sekund. Rzadko kończy się na jednej ofierze – spragnieni błyskotek lub pragnących pochować ciała pechowców, sami dzielą ich los. To błędne koło. Swego czasu utopiło się tam za jednym zamachem dziesięciu Ibryjczyków. W ciężkim rynsztunku, pijani – nie byli w stanie nic zrobić. Aby ich duchy nie wiodły ku zgubie innych, miejscowi znoszą tam świece.
[...]
We wschodniej części prowincji, u podnóży czerwonej góry Cekhyr, leży Hahys – nazwa wskazuje, że miasto to było ongiś przyczółkiem ludności horańskiej. Nie znajdziemy tam murów obronnych, a kamienne domy mają kształt sześcianów. Piętrzą się na stokach niczym pokruszone kryształy. Lata świetności Hahys ma już za sobą. Obecnie prowadzone są tam wykopaliska pod nadzorem Tuzurskiego Towarzystwa Historycznego – pośród prymitywnych przedmiotów codziennego użytku, mocno nadgryzionych zębem czasu, często ciężkich do rozpoznania, uczeni odnaleźli złoto: naczynia, biżuterię i narzędzia, a także zagadkowe kamienie oraz inskrypcje, wydłubane w srarohorańskim, niezrozumiałym dla obecnych lokatorów.



Andar i Mehbarg. Andar to kraina nad rzeką Lun, położona między Ksiegiem a Górami Wschodnimi. Zdecydowanie dominują tutaj skośnoocy Andarowie, mieszkający też w sąsiednim Mehbargu, gdzie przed wiekami zmieszali się z potomkami Horańczyków. Przed przybiciem cesarskich, Mehbarg był krainą odeń zależną, ale nie było to poddaństwo dobrowolne. W zamian za współpracę i liczne deklaracje lojalności, administracja imperium pozwoliła tutejszym elitom zachować symboliczną władzę i oficjalnie scaliła obie ziemie, cicho licząc na ożywienie starych zatargów, które pomogą im w przyszłości trzymać podzielony lud w szachu. Andarowie mają szereg osad nad rzeką Lun i Ksiegiem, zajmują się łowiectwem i wypasem rogacizny, pielęgnują niewielkie stada obłaskawionych żubrów, które są symbolem ich nacji. Nie stworzyli rozwiniętej kultury ani pięknych budowli, jednak to oni zawsze rozdawali karty w tych stronach. Żyli nieniepokojeni, nawet przez Neuwczyków, biorąc się za łby tylko między sobą. Na wzniesieniu, tam gdzie Lun wpada do Ksiegu – założono Hafkar, dziś już prężnie rozrastające się miasteczko. Pod osłoną nocy – wymachując potem papierami czerwonymi od laku i stempli – spalono wiele okolicznych osad. Gwałtem przesiedlono tam zdezorientowanych pogorzelców, zmuszając jednocześnie do budowy kamiennych umocnień, nowych domów  i siedziby godnej cesarskiego namiestnika. Zadbano by nie spłonęły wioski andarskie, a jeśli tak, to tylko te niechętne ibryjskiej władzy. Na robotników wyznaczono wyłącznie mężczyzn należących do pomniejszych ludów żyjących między Andarami, tym drugim przypadła rola nadzorców.

[...]
W Andarze żyje sporo tygrysów – okoliczne ludy, w tym sami Andarowie, wierzą że dożywają sędziwego wieku, a nawet że są nieśmiertelne i zmieniają swą formę. Najbardziej znanym jest Haran z Thardaru – tysiącletni tygrys który już w pięćsetnym roku życia potrafił przeistaczać się w człowieka. Potrafił szybować jak ptak i rzucać uroki – będąc w ludzkiej postaci za pomocą Rękawicy Siły jednym uderzeniem kruszył kamień; jego zimny wzrok porażał, odbierał ofiarom władzę nad ciałem i wolę walki. To jeden z dziesięciu znanych wielkich kotów które osiągnęły na tyle sędziwy wiek by móc panować nad tzw. magią filarów ziemi. Legendarny Thardar to zniekształcona forma Taer Dai. Miasto faktycznie istniało na pograniczu z Horanem, jeszcze pięćset lat temu, ale zapadło się w czeluście ziemi. Mit Harana jest żywy w tradycji wielu nacji wschodu – we wszystkich krainach gdzie przetrwał mit Cinubrii, w Górach Wschodnich, a także w Horanie. [...] Tutejsi łączą lokalne wierzenia z ideami typowymi dla Baelów i Neuwczyków, robią to tak mocno, że ciężko je im po setkach lat rozgraniczyć. Tak jest też w przypadku medycyny: „Starcy z gór, robią ze skór koziorożców bębny, a z ich racic grzechotki. Mają też gongi które koją swym dźwiękiem, a dłuższe poddawanie się ich wibracjom ponoć leczy guzy na jelitach, migreny, i wahania temperatur. W celu poddania takiej kuracji, kładą obciążonego dolegliwością na kamiennej ławie bądź wprost na ziemi, i uderzają w misy kiedy owe znajdują się nieopodal twarzy lub w okolicy klatki piersiowej. Towarzyszą temu ciche pieśni i zaklęcia. Niektórzy znachorzy utrzymują że skóry ich bębnów zdarto ze zwierząt magicznych, niespotykanych w przyrodzie, wielogłowych, bądź posiadających dodatkowe kończyny”. Gongi są głęboko zakorzenione w kulturze Bael i Neuwy, ale reszta powyższego opisu to elementy charakterystyczne dla Gór Wschodnich i Bliskiej Północy.



Nren – najdalej na wschód wysunięta prowincja imperium, obejmująca tereny nadbrzeża, położone za Wschodnimi Górami. Od północy graniczy z Kchmurami, od południa z Horanem. W ibryjskim jej nazwa oznacza kamienisty brzeg. Cesarscy urzędnicy administrują całym obszarem z Thenollu, póki co niewielkiego miasta, który ma być docelowo przekształcone w prawdziwy port, z magazynami i stocznią – te miałby obsługiwać jednostki wyprawiające się do pustynnego Efru, a w przyszłości, po nawiązaniu kontaktów handlowych, także efryjskie. Aby móc prowadzić swobodny handel – w górach kute są kamienne przejścia, prowadzące do Neuwy i koryta Ksiegu. [...] Nim przybyli tu Ibryczycy, ta część Wschodnich Wybrzeży prawie nie miała stałych mieszkańców. Można tu było napotkać kchmurskich myśliwych lub ludy przybyłe zza gór, w okresie zbiorów białych jagód urbun. Do dziś się to nie zmieniło, bo ibryjscy osadnicy nie chcą żyć na krańcu świata, i mimo kar – uciekają za góry. Ostała się ich raptem garstka, a żaden z nich nie przybył tu z własnej woli.



Historia rozwoju terytorialnego państwa ibryjskiego i znaczące wydarzenia




Około roku 460 Nowej Ery – przybycie przodków Ibryjczyków do Kraju Wschodniej Puszczy, wpłynięcie w głąb dzisiejszej Macierzy rzeką San (walki z osiadłymi już tam Erelami) i Bawr, założenie osady Ternnall; w kolejnych latach dalsze posuwanie się w głąb bezludnych, lesistych terenów – głównie korytami pomniejszych rzek, rzadziej pieszo. Tymczasowe osady, wzrost dzietności, karczowanie puszczy.

Między 600-700 r. – następuje powolne, etapowe zjednoczenie przybyłych grup, liczne walki i waśnie między konkurującymi stronnictwami. Brak rzetelnych, kronikarskich zapisów (dzieje rekonstruowane na podstawie przekazów ustnych).

ok. 900 r. – ginie Illin Uyn, syn Buhara, Wielki Król – władze przejmuje Dher Haar Kogg, kładzione są fundamenty Tuissir Deantar, grodu mającego chronić Haar Kogga i jego następców.

911 r. – częściowo wzniesiono już mury stołecznego zamku, siedziba władcy jest jednak drewniana; świeżo zjednoczone klany zrywają sojusze: oddziela się wschód, północ odmawia danin.

912-22 r. – na te lata budowa zamku zostaje wstrzymana, Ibria (Nasza Ziemia) która zaczęła właśnie używać tego miana, pogrążona jest w chaosie.

923 r. – syn Dhera Haar Kogga, Kor Zar – pacyfikuje wschód, powstają warowne obozy nad Istorią. Buntownik przewodzący tamtejszym możnym, Huddur zwany Srogim, wraz z synami – Hafkirem i Haftranem zostają wbici na pale na wzniesieniu niepodal miasteczka Kio, a ich trupy czernieją tygodniami nim Kor Zar zezwoli ich pochować.

966 r. – Kor Zar kończy budowę zamku (dziś to zaledwie część rozległego kompleksu); na przeszło dwieście lat rody znad górnego biegu Wielkiej Rzeki San, zjednoczone przez gród Cinufriel – oddzielają się od reszty Ibryjczyków.

1206 r. – władcy Cinufriel i północy składają hołd Zar Itillowi, potomkowi Kor Zara Haar Kogga, przyjmują jego monetę, opiekę i Prawo Siedmiu Pieczęci („spisane na siedmiu kartach, wyryte na siedmiu kamieniach, które zna na pamięć siedmiu mędrców”). Wszystkie ziemie zamieszkałe przez Ibryjczyków jednoczą się pod władaniem Wielkiego Króla z Tuissir Deantar (Tuzuru).

1243-1299 r. – zagarnięcie ziem należących słabo zorganizowanych Erelów, wschodnich kresów ich ojczyzny. Nie cieszący się sympatią dworu ni rodziny Haar zostaje otruty przez własnego brata, Ceitella – który koronuje się nowym władcą.

1301 r. – Wielki Król Ceitell, wzorem wschodnich sąsiadów, obwołuje się cesarzem; poza przyjęciem tytułu nic w państwie się nie zmienia. Cisza przed burzą.

1302 r. – Kronikarski początek tzw. Walk o Południowy Wschód; pierwsza wojna murska: nieliczne zatargi na pograniczu o charakterze łupieżczym stanowią bodziec do źle zaplanowanej interwencji zbrojnej, zakończonej fiaskiem. Większość niezbyt licznych, źle uzbrojonych wojsk nie wraca.

1307 r. – druga wojna murska i rozpoczęcie kampanii na południu wymierzonej w Styria Kir.

1308 r. – wielka klęska na południu. Wojna w Murii trwa.

1309 r. – Ibryjczycy po długich działaniach zajmują Murię. Idą za ciosem, rozpoczyna się staranie o przyłączenie Bael – także rękoma podbitej ludności Murii. Zachodnia część Bael poddaje się bez walki rok później. Wschodnie tereny po kilku miesiącach także przechodzą pod władanie Ibrii – miasto po mieście, prowincja po prowincji. I tak aż do 1311. Choć to słaba władza, to jednak cesarscy odnajdują się pośród tamtejszego chaosu. Za sukcesem Ibryjczyków stoi nie bitność ichnich wojsk, nie skala przedsięwzięcia a słabość wschodniego sąsiada – co wynika między innymi z redukcji tamtejszej zawodowej armii, dawnej dumy Bael, a także licznych wewnętrznych napięć. Z Murii wywieziony zostaje tajemniczy kamień, Ean Reill, złożony potem w wieży Ital. Anonimowy historyk pisze o tym tak: „Ean Reil – bursztynowa bryła w której zatopiona została traszka nie przypominająca żadnego ze znanych nam gatunków (albo zdeformowany smok). Święty artefakt murskich mnichów – złożony po wojnie w Wielkiej Białej Wieży Ital, znajdującej się na zachodzie kraju, z inicjatywy możnych z Cinufriel – panów tych ziem; wieża była wielokrotnie przebudowywana i nie zachowała się do naszych czasów w stanie pierwotnym. Pod jej fundamentami leży ponoć gwiezdny kamień. (Według innej wersji nie ma tam go od 1288 – kiedy to został skradziony, zaś Ean Reill umieszczony został tam niejako w zastępstwie). W Białej wieży pochowany leży Rhus Ciryjczyk i jego syn Thernen”.

1310 r. – wielka bitwa o tzw. Ziemię Południową przynosi straty obu zaangażowanym stronom. Ibryjczycy wycofują swe wojska do Ternu i na ziemie wydarte niedawno Erelom.

1311 r. – ponowna próba zawładnięcia północą Styria Kiru. Rzucone do walki oddziały nie są  tak liczne by  mogły złamać opór miejscowych. Natarcie oceniono potem jako nieprzemyślane. Później, mimo braku działań zbrojnych – trwa napięty okres między Kaello a Ibryjczykami.

1314 r. – zostaje zawarty pokój pomiędzy Styria Kirem a Ibrią, nie idą za tym jednak żadne deklaracje polityczne, nie zostają wypłacone kontrybucje. Pod koniec roku umiera Ceitell I. Zastępuje go syn, długowieczny (jak się potem okaże) Cidur.

1320 r. – umacnia się ibryjska władza w Bael, zmiany administracyjne.

1322 r. – w wyniku zmiany wewnętrznych granic prowincji Bael i odsunięcia od władzy dotychczas uprzywilejowanych rodzin na południowym-wschodzie wybucha bunt inspirowany przez lokalne elity. Ibryjczycy sześć lat likwidują siatkę konspiratorów i krwawo represjonują uczestników zamieszek.

1366 r. – gorące lato, dalszy rozrost Ibrii o aszharskie stepy i pagórki. Opór autochtonów jest znikomy. Wojska przeprawiają się przez Bawr mostem złożonym z setek łodzi (zbudowanym przez baelskich inżynierów w ciągu niespełna miesiąca). Pierwszy etap wojennej wyprawy idzie bardzo pomyślnie jednak na kilka tygodni przez przesileniem zimowym zła pogoda doprowadza do klęski wyprawy. Mróz i śnieżyce pozbawiają życia większość armii. W rok później i kolejnych – kolonizacja Aszharu rdzennymi Ibryjczykami spod Cinufriel. Zdatne do uprawy żyzne ziemie doliny Bawru szybko się zaludniają.
Po dwumiesięcznym tłumieniu tzw. powstania Aotan (w którym ginie większość mieszczan górnego miasta, i jedna trzecia dolnego) dochodzi do nieszczęśliwego wypadku na rzece Bawr, jedna z łodzi traci stabilność – tonie osiem z dziesięciu armat jakie ciągną ze sobą ibryjskie wojska. Strata okaże się brzemienna w skutkach, kiedy wojska docierają do Tokody. [...] Tokoda, dawna warownię cinubryjska o kształcie sześcianu, widoczna już z daleka, stała samotnie pośród równin aby kontrolować aszharskich jeźdźców i zaznaczyć władzę stolicy. Kiedy pod jej wysokimi murami stanęli Ibryjczycy, była już od stuleci zajęta przez autochtonów. Zdobycie Tokody, obarczone dużymi stratami, przez lata obrosło w legendę i stanowi część ibryjskiego mitu o heroicznego podboju Południowego Wschodu.  Wielu koczujących nieopodal twierdzy zostało zabita podczas snu już w pierwszej nocy oblężenia. Skrytobójcy mogli działać pewnie i na dużą skalę z uwagi na fakt, iż czujący się bezpiecznie wojacy nie wystawili żadnych wart. Kanciaste miasto-twierdza, pomnik dawnych panów tych ziem – milczało. Po nocnej rzezi, na murach warowni pojawiły się tylko zmasakrowane ciała wysłanych wcześniej posłów. Haksa Borin, służący pod generałem Gawiarem Hagillem, pisał o tym tak: „Staliśmy pośród falujących równin, przed nami było bezkresne pole, za nami rzeka Bawr i ujarzmione Bael, a nad naszymi głowami kłębiły się szare chmury. W zasięgu wzroku nie było żadnych zabudowań, zwiadowcy nie donosili o niczym od tygodni: ani na północy, ani na południu, ani na wschodzie. Wydawało się że dobrze znamy już te ziemie. To co miało rozegrać się za kilkanaście dni, do dziś nie pozwala mi spać spokojnie. Ta przeklęta twierdza, gdy tylko zaczęła majaczyć na horyzoncie... była jak ostrzeżenie, a myśmy poszli ufni, jakby to był jakiś dobry omen. [...] Wzmocnione wrota nie chciały puścić, jak się później okazało były zamurowaną od wewnątrz atrapą (miejscowi dostawali się do zamku po sznurze, drabinkami i windą na mobilnym dźwigu); strzelali do nas, ciskali kamieniami. Masę ludzi wycieli już pierwszej nocy pod murami, podczas snu. Dopiero za szóstym wystrzałem udało się zrobić wyrwę siódmego armata by chyba nie wytrzymała wrzuciliśmy im do środka szmaty nasączone łojem, aby zdusić ich dymem, i zasiać panikę. Potem z kijów do namiotów zbiliśmy drabiny, i tak wschodziliśmy. Po zajęciu twierdzy pod wyrwą był cała góra ciał naszych. [...] Najgłupsza śmierć jaką widziałem. Po co szturmowaliśmy to miejsce, czemu nie zdecydowani się wziąć ich głodem? Po co nam to było?”. Towarzysz Haksa Borina, niejaki Ciejen Burhais który po zajęciu twierdzy, wrócił ciężko raniony na zachód, takimi słowy dał wyraz swej goryczy: „Po prostu szło się, z nadzieją że kiedyś się wróci. [...] Czurtur, Bagald, Kingz, młody Timrik. Wszyscy nie żyją. Wihr, nasz grupowy też. [...] Czurtur i Timrik to byli trochę skośnoocy... to jakby ich właśni bracia wycieli. Z Ósmego [korpusu] przeżyła może połowa, z Siódmego nie dało się złożyć nawet dwóch grup. Co za głupi szturm. Po co to było? Czemu nie czekaliśmy? Ponaglenia z Tuzuru? Orderów się Hagillowi zachciało, nadania jakowyś? [...] Śmierć nam była pisana – straciliśmy armaty w rzece [podczas przeprawy] – i to już był zły znak. Bogowie chcieli nas zawrócić. Modliłem się co noc do Kohimira, ale nie pomógł. Poginiemy tam na Wschodzie wszyscy... a tam nic nie ma. Po co tam iść?”.

1368 r. – Zdobycie dalszych terytoriów, rozdział na Aszhar – Kraj Zachodni i Aszhar – Kraj Wschodni. Budowa nowych garnizonów.

1402 r. – Zdobycie Niwa Ild – Ziemi Południowej. Pokonany Styria Kir zmuszony jest do wypłacenia olbrzymich kontrybucji, te jednak nie docierają nigdy do Tuzuru. W kolejnych latach ma miejsce początek budowy Ildarum. Styriakirczycy wywożeni są do ciężkich robót na północ. Ginie Cidur, zwany przez nieprzychylnych Niszczycielem, na jego tronie zasiada syn, Ceitell Trid, który przechodzi do historii jako Ceitell II.

1404 r. – dwa lata po ibryjskiej inwazji mają miejsce próby odbicia ziem klanu Damn Sokke (określanych teraz jako Niwa Ild). Głowa rodu, jego małżonka i trójka młodszych dzieci, mimo pozornie bezpiecznego schronienia w górach, zostaje przypadkowo odkryta i pojmana. Na zleceni imperatora – wszyscy zostają zamordowani, a ich ciała odarte z odzieży i zakopane w nieoznakowanych grobach – gdzieś w górach. W walce ginie syn głowy rodu Ulke –Theolin oraz siostrzeniec Turila Llaise – Migrill Baile. W dalszy latach mają miejsce pomniejsze potyczki na nowej granicy, nieopodal Muwbakat – z dużymi stratami dla obu stron. W 1404 ma miejsce przekształcenie małej, bezimiennej dla Ibryjczyków woski rybackiej w obóz wojskowy, a później w Port Ildarum.

1438 r. – zagarnięcie Ihil, lenna silnego lokalnego mocarstwa, Neuwy. W tym roku rozpoczyna oficjalnie stuletnia wojna z tym królestwem, które już wcześniej odmówiło ustalenia stosunków dyplomatycznych, nie godząc się z przejęcia kontroli nad Bael, z którym od zawsze było w bardzo dobrych stosunkach. Ostatecznie Neuwa, wraz z lennem Ihil i swoimi zdobyczami terytorialnymi na wschodzie, określanymi jako Neuwą Wschodnia – zostają włączone do imperium jako dwie nowe prowincje: Ibryjczycy zajmują Kindżu, Bagataj i Buknur i ustalają swoje warunki. Władca Neuwy traci tytuł, i jedzie do Tuzuru pokłonić się cesarzowi. Zostaje oszczędzony i ogłoszony namiestnikiem.
W kilka miesięcy po tym spektaklu i po powrocie byłego władcy w nowym charakterze namiestnika, generał Mur Bar wypowiada mu posłuszeństwo i na własną rękę toczy otwartą, a potem szarpaną walkę z Ibryjczykami. Ginie wbity na pal nieopodal Buknuru. Dla dzisiejszych Neuwczyków, nisko urodzony Mur Bar, z pochodzenia Baelczyk, ma status bohatera narodowego i wzoru cnót utożsamianych ze spadkiem kulturowym Cinubrii.
Imperator zakazał czci jego pamięci. Sto dwadzieścia lat po śmierci generała, w wiosce Hanar wzniesiono ku jego czci kamień z inskrypcją. Został rozbity w drobny mak, a twórcę i fundatora powieszono.

1499 r. – Ibryjczycy penetrujący tereny na północ od swych nowych ziem, spotykają się z niechętnym przyjęciem ze strony gnomów i krasnoludów, od niedawna osiadłych w bezludnych kotlinach Isentaru i tych żyjących tu od pokoleń. Póki co nie dochodzi do ekspansji cesartswa w tym kierunku.

1521 r. – do Neuwy Wschodniej dołączane są bezludne kotliny pośród Gór Wschodnich, i obszary zamieszkałe przez niezorganizowanych autochtonów. Niewielkie skrawki.

1600 r. – początki kolonizacji lesistego Kurfuru. Na tronie od trzech lat zasiada Koirill – syn Hafikra i cesarzowej Poppel. Pogrobowiec – nim ukończy stosowny wiek, w jego imieniu rządzi matka.

1607 r. – wielki napływ osadników do Kurfuru, tak z Macierzy jak i z prowincji wschodnich: drwali, rzemieślników, rolników. Ibryjczycy urodzeni za Istorią, w prowincjach wschodnich, okazują się o wiele bardziej skorzy do zmiany miejsca zamieszkania niż ich przodkowie.

1681 r. – ciężkie walki ze zbuntowaną ludnością w Kurfurze, nie godzącą się na wysokie podatki i przymusową prace poza swymi działkami. Ibryjska administracja zostaje wycięta w pień. Działania te Tuzur odbiera jako próbę oderwania Kurfuru od cesarstwa. Zbuntowanych osadników zsyła się na ciężkie roboty do kopalni na pograniczu przyszłej Prowincji Północnej. Większość ginie w walkach z krasnoludami lub z zimna.

1686-1691 r. – do Kurfuru przybywają dodatkowe wojska aby pilnować porządku, z czasem zastępuje je powołana w tym celu straż leśna. [...] Kolejne fale osadnictwa z różnych stron imperium, w tym z Neuwy. Ullan Ciężkoręki zasiada na tronie.

1688 r. – Andar i Mehbarg stają się częścią Imperium.

1701 r. – Ibryjczycy przechodzą przez Góry Wschodnie, na bezludne, kamieniste wybrzeże – która określają początkowo Nowymi Kresami, Zagórzem, a później Nren. I pod tą nazwą wchodzi w skład państwa jako kolejna prowincja – jeszcze przed tym nim geografowie ustalają jej granice. Ullan Ciężkoręki umiera, umęczony chorobą prawego boku. Zastępuje go brat Ksur.

1709 r. – z Kurfuru wyrusza wyprawa w celu zbadania nieznanych ziem leżących na północnym-wschodzie, rzekomej kolebki białych ludzi. Nikt nie wraca. Jesienią tego roku ma miejsce kolejny fatalny epizod, tzw. rzeź pod wioską Burzun – ponad dwieście osób, które idzie w góry do kopalni srebra ginie w niejasnych okolicznościach, prawdopodobnie z rąk miejscowych. Mord przeżył jedynie niejaki Hurwa, ale postradał zmysły i nie był w stanie powiedzieć co zaszło. Na jego ciele były symetryczne ślady nakłuć bądź siniaków – układające się w poziome prostokąty złożone z równo rozmieszczonych punktów. Takie same ślady znaleziono na ciałach zabitych. Wywołało to wielki strach. Młodą andarską osadę opuścili wtedy wszyscy koloniści, przenieśli się na drugi brzeg Ksiegu, do Kurfuru i północnej Neuwy, bliżej swoich.

1711 r. – Ibryjczycy obserwując zwiększającą się liczbę krasnoludów podróżujących przez ich kraj w kierunku isentarskich kotlin, czynią pierwsze kroki by zbadać potencjał obszaru na północ od swych granic. Nie podoba się to osiadłym tam brodaczom.

1712 r. – grupa ibryjskich badaczy przepada bez wieści na terenach opanowanych przez krasnoludy. Cesarz Ksur ginie w niejasnych okolicznościach, po nim tron obejmuje Ullan II, po latach otrzymuje przydomek Czarny Pancerz.

1720 r. –  w górach Isentar znikają posłowie i członkowie dworu.

1730-1780 r. – cesarscy szpiedzy informują o losie żyjących po sąsiedzku karłów, o licznych kopalniach srebra, omijających Ibrię od północy karawanach oraz wsparciu ze strony innych krasnoludów, zwłaszcza z Awrii.

1801 r. – po jesiennej równonocy wojska ibryjskie wschodzą przez brody na Istorii w góry Isentar, do siedzib karłów. Wnuk Ullana II,  Mufra – w czasie kampanii podupada na zdrowiu.

1801-1811 r. – pierwsza wojna północna, jej finałem będzie utworzenie Północnej Kompanii Handlowo-Górniczej, mającej tymczasowo administrować ibryjskim Isentarem.

1811 r. – próba destabilizacji a docelowo aneksji Myfru – nieudana. [...] W ciągu kilku tygodni wypierają Ibryjczyków, a potem w odwecie ostrzeliwują Cinufriel, leżący przy wschodniej odnodze granicznej rzeki San; ucierpiały wtedy świątynie, klasztory i zabudowa śródmiejska.

1821-1826 r. – druga wojna północna, Ibria opanowuje kolejne przełęcze i kotliny, zwiększa się obszar terytorialny prowincji Isentar. Mufra umiera po latach ciężkiej choroby, bezpotomnie. Dochodzi do zmiany dynastii, przygotowywanej jeszcze za życia cesarza, jego małżonka ściąga do Tuzuru swego brata z rodu Krall, który zasiada a tronie jako Koirill III.

1831 r. – bunt krasnoludów w Harimaksie. Krwawo stłumiony. Przywódców i osoby uznane za bezpośrednio zaangażowane rozstrzeliwuje się na głównym rynku, co trwa kilka godzin, „od obiadu aż do zachodu słońca,” – jak zanotował jeden ze strzelców. W tym roku ma też miejsce próba przejęcia przygranicznych dolin w Taran Hamman, między innymi tzw. Orlego Przejścia. Horańczycy wypierają jednak najeźdźców za góry.

1833 r. – zamieszki w Ksudrze, krasnoludy palą budynki ibryjskiej administracji i burzą mosty na Istorii.

1844 r. – w Nrenie powstają osady Turudun, Theiz i Snhurgardh. Kute są kolejne tunele pod Górami Wschodnimi – w dużej mierze rękoma przymusowo przesiedlanych karłów. Moment ich ukończenia to wciąż odległa przyszłość. („Co dziesiąty znika pod ziemią” jak donoszą raporty – desperaci umykają na północ, w nadziei dotarcia do gnomskich kolonii w Hure).

1868 r. – stan obecny; w Thenollu wzniesiona zostaje kolumna i tablica honorująca poległych na wschodzie geografów, podróżników i kolonistów. Namiestnik Paewrill inicjuje budowę świątyni ku czci boga morza Harakusza Mahara. Obok „starego” Thenolu i fundamentów świątyni  wnoszą się pierwsze kamienice dzielnicy Haraka.

Co do przyszłości Ibrii, drukowana w milionach egzemplarzy anonimowa przepowiednia mówi tak: „Czarny sokół pożre gwiazdy, złamie kark lwu, i osiądzie w górach Baraik” – sugeruje to, iż Ibria powtórnie uderzy w swego sąsiad zza Sanu, i tym razem zajmie jego teren, trwale, a po pokonaniu wojsk myfryjskich zaangażuje się w konflikt z Rewell, który także zostanie zakończony zwycięstwem. Następnie wejdzie do Awrii, którą również podporządkuje swej władzy.

T.K. Knoll, Kal Mall Har, Tadar Bakka

piątek, 25 sierpnia 2017

Styria Kir

Styria Kir – czyli półwysep Smocze Szpony. Rzut oka na mapę tłumaczy skąd takie miano. Pierwotnie pewnie nazywano go inaczej, ale kiedy miejscowi poznali kształt swej ojczyzny, zaczęli kreślić mapy – skojarzenie musiało przyjść samo. Zresztą smoki – morskie czy lądowe, których tam masa, i których za specjalnie się nie tępi – to ważny element krajowych wierzeń: widoczny niemalże na każdym kroku, w rzeźbie i obrazie, sztuce tatutażu, w rycinach – wszędzie. Mimo iż wyżerają spore ilości ryb – cieszą się ogromną sympatia mieszkańców. Rybacy stawiają im kapliczki, a nawet pasą co starsze, zniedołężniałe. Wiele z tych, którym wiek już nie pozwala polować, ślepych i ociężałych – żyje tylko dzięki ludzkiej życzliwości. I religijnej żarliwości, jaka jest wyraźnie wpisana w te praktyki. Bo miejscowi to przesądni, bogobojni ludzie. Mimo iż klepią biedę, w swoich niewielkich chatkach, mimo że im się nie przelewa, zawsze podzielą się jadłem z udręczonym wędrowcem. Może zamiast izby zaproponują do spania szopę, może niedotrzymają towarzystwa przy ogniu, niemniej nie zostawiają nikogo na pastwę losu. To coraz rzadsza postawa na terenie Runu czy Środkowego Południa, przynajmniej w miastach. Półwysep leży na skraju cirobruskiego kręgu kulturowego, a jego tradycje to połączenie naszych wartości i naszej krwi z żywiołem rodem z pradawnej Cinubrii. Mieszkańcy Styria Kiru zwani są przez ludy bruskie i ciryjskie Kaleoth, co jest zniekształceniem miana jakie nadali sobie sami w swej ojczystej mowie, w czasach najdawniejszych: Kaelleo. Oznacza to „tych którzy wyszli ze skał”. (Po dziś dzień święcie wierzą że ich przodków zrodziła matka-ziemia). Ibryjczycy zwali ich zawsze mieszańcami. Proste i trafne określenie.




Pierwotna ludność Styria Kiru i otaczających go wysp, była czystej krwi Nirami, nie różniącymi się wiele od swych krewniaków z kontynentu: skośne oczy, czarne włosy, raczej niscy. Typowi jak na ten obszar. Jednak w czasach podboju Środkowego Południa, zmieszali swoją krew z naszymi przodkami. Cirowie, Brusowie, a z rzadka i Nufrinowie – brali sobie za żony miejscowe kobiety po czym szybko wrastali w tamtejszą kulturę. Działo się to kiedy Styriakirczycy byli o wiele mniej liczni, słabsi, i nie mieli jeszcze dobrze zorganizowanego państwa. Przybysze zza morza podobali się tutejszym kobietom, zazwyczaj byli przyjmowani dobrze, tolerowano ich obecność a nawet obdarzano specjalnymi przywilejami, choć bywało i tak, że tylko dzięki terrorowi uzyskiwali względny posłuch i prawo do życia. Niezależnie od metody, okoliczności – zadamawiali się. Były to czasy kiedy  większość dzisiejszych zamków nie istniała, ba – nie istniały podówczas nawet kamieniołomy z których pozyskiwano materiał do ich budowy. Nie było usypanych nabrzeży, nie wbijano pali pod pomosty, nikt nie wykuł tuneli umożliwiających sprawną komunikację w obrębie sąsiadujących dolin. Góry i wartkie rzeki wyznaczały granice które wydawały się nie do sforsowania. Styriakirczycy byli tam dopiero od 400-500 lat, i często brali się miedzy sobą za łby – a to nie sprzyjało skomplikowanym projektom budowlanym czy choćby budownictwu użytkowemu. Wiele klanów było skłóconych, przez co w wysokich przybyszach chciano widzieć sprzymierzeńców, wsparcie, kolejną parę rąk która może chwycić za broń, gdy będzie taka potrzeba. Potomkowie z mieszanych związków cieszyli się wszystkimi urokami Styria Kiru i zapominali to, co chcieli zaszczepić w nich ich ojcowie: język, z trudem podtrzymywane zwyczaje, a także poczucie odmienności od reszty Kaelleo. Ich potomkowie cieszyli się na ogół wysoką pozycją, płodzili sporo dzieci i mieli dużo do powiedzenia, ale nie postrzegali się już jako obcy, nietutejsi. To właśnie oni doprowadzili do zjednoczenia półwyspu, i to przede wszystkim im  Styriakirczycy zawdzięczają swoje elity. Językiem klasy rządzącej jest tzw. mowa panów – kiallunn um, dialekty pozostałych to tzw. tema, tj. mowa potoczna (dosłownie „gadulec”). To w zasadzie dwa różne języki, posiadające jednak wiele elementów wspólnych. Niemniej to za mało, by mowa elit był zrozumiały dla warstw niższych. Ten dualizm wynika z tradycyjnego izolowania się warstw wyższych od niższych. Co ważne, tylko kiallun um jest spisywana i ma charakter stały. Narzecza reszty stale się zmieniają. Niezrozumiałość mowy panów, tkwi między innymi w jej archaiczności.

Wyżej napisałem, że Kaleoth są mieszańcami i jak wyglądali niegdyś – nie napisałem jednak nic o tym jacy są dziś: ich wschodnie rysy uległy złagodzeniu: oczy nie są tak zdecydowanie skośne, skóra pojaśniała. Nadal są czarnowłosi, ale zdecydowanie wyżsi od innych ludów Południowego Wschodu, mają zielone, niebieskie i szare oczy, podczas gdy większość Newuczyków czy Baleczyków ma po prostu brązowe. Są to subtelne różnice, wystarczające jednak by ich widok był milszy naszemu oku. Nim Ibryjczcy poszli na wschód, Baelowie nie mający wiele styczności z ludźmi o naszej aparycji, bardzo się im dziwili. (Do Horańczyków ciągnących tam karawanami i statkami byli przyzwyczajeni, a z „karłami z północy” widywali się bardzo rzadko).

Środkiem płatniczym na Styria Kirze jest niewielka srebrna moneta z kwadratową dziurą w środku – morrien. Ozdabiają ją dwa goniące się po okręgu smoki, nienaturalnie wydłużone i pierzaste. Poza tym, złoto w każdej postaci i tzw. żeleźniaki – drobne którymi uregulujemy bazarowe zakupy i zamówienia czynione w karczmie. Owych zaśniedziałych krążków widzi się w użyciu najwięcej. Często spotykany jest też handel wymienny, a władze poszczególnych regionów wydają miesięcznie dla każdego mężczyzny (głowy rodziny) określoną ilość zboża bądź kaszy, zależnie od tego co zgromadzono w spichlerzach. Bezdzietni nie otrzymują nic.




Styria Kir jest górzysty, mniejsze i większe wzniesienia pokrywają praktycznie cały półwysep; niższe porastają lasy, ale na ich stokach prowadzi się również uprawy, wyższe są nagie i skaliste. Wiele z tych gór jest świętych, a na prawie każdej mieszka jakiś bóg. Wszystkie doliny są wykarczowane, i gdzie to tylko możliwe, zagospodarowane pod zasiewy. Plaże półwyspu są piaszczyste i kamieniste, linia brzegowa bardzo złożona: klify i zalane doliny górskie. Wszechobecne wielkie nagie skały określane są przez miejscowych jako spękane łuski, należą ponoć do smoka drzemiącego pod ziemią. Kiedy ziemia się trzęsie – tj. kiedy smok rusza łapą – znak to iż powoli się wybudza... bądź śni o przyszłości świata, i nie są to sny które mogłyby pokrzepiać dusze śmiertelnych. Nie dochodzi tam do tak dużych kataklizmów jak w Horanie, ale nieregularne drżenia kilka razy do roku są wyraźnie wyczuwalne. Ma to jednak dobre strony, bo gdzie ziemia się trzęsie, gdzie dymią góry, tam i woda tryska gorąca: strudzony podróżny odnajdzie wiele ciepłych źródeł, gdzie będzie mu dane wypocząć. Na ogół w ich sąsiedztwie powstają dwory, osady i świątynie.

Dzisiejszy Styria Kir to kraina dobrze zagospodarowana, solidnie ufortyfikowana, i broniona tak, że jej zdobycie nastręczałoby niemałe trudności (piętrząc koszta przekreślające opłacalność takiej inicjatywy). Od niedawna zwiększa się tam wydobycie srebra, prócz tego także pozyskiwanej od stuleci siarki i innych minerałów. Całe wioski łowią sieciami niewielkie ryby i robaki morskie – głównie na własny użytek. Zbierają też skorupiaki i glony.

Niżej fragmenty relacji pewnego zakonnika, nieznanego nam bliżej z imienia, który przed przeszło dwudziestu laty odwiedził Kaleothów, i zdał przełożonym obszerną relację.  Niestety tekst nie jest zadowalający, obszerne fragmenty niezwiązane ze Styriakirczykami i ich ojczyzną musiałem pominąć, niemniej nie znam niczego tak obszernego, ciekawego i zgrabnie napisanego, na temat półwyspu, jak to:

„Rozłożyłem przed sobą mapę, chwilkę to zajęło, bo od wielokrotnego składania i rozkładania miałem ją już w kawałkach – nie raz zamokła, nie raz była zalana, a od wielokrotnego suszenia cała się pomarszczyła, ale z grubsza nadal ukazywała mi ojczyznę skośnookich Kaleothów: Półwysep Smocze Szpony. Patrzyłem na nią po raz Bóg wie który, licząc na jakiś znak, na ideę która dopomogłaby mi w tej wędrówce, podpowiedziała – co i jak. Poradziła, gdzie skierować pierwsze kroki. Czy tłumacz którego mam spotkać na granicy, opłacony przez zakon – okaże się pomocny? Czy w ogóle czeka?




Stałem nad brzegiem Imtrisu, w ibryjskiej prowincji Niwa Ild, na dawnej ziemi Styriakirczyków, i modliłem się w duchu aby Bóg w którego imieniu idę do tego ludu, pomógł mi odnaleźć rodzinę Yeaan, i wykupić relikwię świętego Aetta Om Firnira, którą tak niesprawiedliwe sobie przywłaszczyli, ogrywając w kości naszego biednego brata, pojąc go pod przymusem wielkimi ilościami podłej gorzałki, i trzy dni przetrzymując między rozwiązłymi kobietami, w zamtuzie, brukając tym samym czystość jego ducha, jego myśli i serca! Rozpalając jego pożądliwość, najgorsze, najniższe pragnienia! Biedny brat Onko, do tej pory nie doszedł do siebie, i nic już nie wskazuje by było mu to dane! Ale może moc relikwii go uleczy? Choćby po to warto iść w te ziemie! Jeśli można jeszcze uratować tego chłopaka, to warto! Dobrze by było też nawrócić choć kilka zbłąkanych dusz, aby mogły szerzyć wiarę w Boga najwyższego, nieskalanego złą myślą – który jest samym dobrem, i dobra pragnie – pogromcy Kuszara: BOGA BEZ IMIENIA! [...]

[I tak dalej przez kilka stron – czego czytelnikowi łaskawie jako redaktor oszczędzę, dalsze skróty w tekście spowodowane są podobnymi wybuchami neofickiego entuzjazmu, religijnymi dygresjami natury teologicznej oraz opisami leczenia poranionych stóp, itp.]

Styria Kir jest ogromny, rodzina Yeaan mieszka zaś w samym jego środku, nad kamienistym brzegiem Ifrilu, blisko stolicy. Tyle wiem. Tyle się wywiedziano – resztę miałem ustalić sam. Ludzie to rozpustni, rozmiłowaniu w piciu i chutliwi – tak mi powiedziano, żeby uważać, żeby na złą drogę mnie nie zwiedli. Mają tam ponoć młyn i gorzelnie. I ponoć piją niemniej jak sprzedają. A że to co ważą jest cenione – wiedzie im się nienajgorzej, stąd i te kościane rozrywki i inne nieprzystojne zabawy, kwotami o których uczciwy człowiek może co najwyżej pomarzyć. [...] Piszę wszystko co do głowy mi przyjdzie, co frapuje i co cieszy – będzie z tego dokument dla brata archiwisty – mam też notować wszystkie wydatki. Co też czynić będę. [...]

Nie ma wiele czasu na pisanie. Zbyt dużo się dzieje a zmęczenie sprawia że powieki ciążą jakby ważyły więcej niż ważą. Wróćmy do spraw kluczowych. [...]
Styria Kir – od zachodu uderzają weń fale Sairin (Saii Rin), od południa wody Morza Wichrów, a od wschodu głęboki Teritall. To spory kawałek ziemi, powierzchnią zbliżony do Holmu i równie górzysty. Góry łyse, skaliste, z nagimi czubami, towarzyszą nieco niższym, całkowicie zalesionym, między którymi pełno rzecznych dolin, kotlin, krętych jarów i wąwozów. Na szczytach dostrzec można niekiedy budowle poświęcone ichnim bogom, znaki ułożone z kamieni, drewniane słupy i kamienne stele. Półwysep duży, jest gdzie stawiać, to i stawiają. Faktycznie przypomina smoczą łapę: jego największe szpony-paluchy to oblewane niespokojnymi wodami wichrowego morza Daest, Eriar i Bar. Ustępujące im nieco Tunur oraz Wid Daar sterczą w przeciwnym kierunku, a najmniejszy, Tekke, skierowany jest ku zachodowi. U brzegów półwyspu znajduje się wiele większych i mniejszych wysp – skupisko na wschodzie to Kahssar (strzępy, okruchy), u brzegów Baru znajduje się wyspa Tajje, przy Przylądku Ognia, na krańcu Eriaru, piętrzą się pośród fal kamienne szczyty Ptasich Wysp; naprzeciwko krańca Tekke znajduje się ziemia nazywana przez miejscowych Szponem, a największe wyspy zamieszkałe przez Kaleothów to Iaeren i Kuk, znajdujące się u jego północno-zachodniego wybrzeża. Są i inne, ale wymieniam tylko te najważniejsze, nanoszone na ogół na mapy, na których jest coś po co warto się udać, a nie tylko ptasie gniazda. Rzek, strumieni i stawów tam w bród. Masa. Nie raz, nie dwa, tam gdzie brakuje mostu – trzeba skakać z kamienia na kamień, albo brnąć po pas w wodzie – a ta zimna i rwąca. [...]

Idziemy już kilka dni, pokonaliśmy Wrota Uesa – jedyne lądowe przejście w głąb półwyspu.
Kiedyś, strategiczny wąwóz umożliwiający lądowy handel i ruchy wojsk, dziś silnie ufortyfikowane, rzadko uczęszczane wąskie gardło – gdzie intruz dostanie kulę między oczy nim pojmie kto i skąd celował. Ues, który dał imię przejściu, jest bogiem Szarych Gór, tutejszych skał i kamieni, jego wykuty w pionowej ścianie posąg, choć pokiereszowany przez Ibryjczyków – nadal czuwa nad przechodzącymi na południe. Mierzy ze dwadzieścia-trzydzieści łokci, i pamięta pewnie czasy kiedy nasi przodkowie mieszkali za morzem, na Dalekim Południu. Cały jest spękany i częściowo porośnięty mchem. Jego ziemie, tam gdzie dawniej rezydował klan Damn-Sokke, znane obecnie jako Niwa Ild, były integralną częścią państwa w którego głąb zmierzam. Jednak dalej Ibryjczykom nie udało się wkroczyć.
Tłumacz czekał na mnie w obozowisku jakie wyrosło u stóp posągu, w karczmie dla nielicznych podróżnych i pasterzy. Wszędzie w okolicy pasły się owce, tysiącami – szare, brunatne, czarne. Kiedy przedarłem się przez stadko odgradzające mnie od progu gospody, od razu mnie pozdrowił. Poznał mnie po ciemnej, zakonnej szacie. Powiedział że pływał często do różnych krajów Środkowego Południa i trochę się orientuje w tamtejszych obyczajach i nastrojach. Prawie nie miał akcentu. Nie zwlekaliśmy dłużej niż to było konieczne – przeszliśmy pieszo cały wąwóz i wszystkie kontrolne bramy. I weszliśmy w głąb półwyspu. Teraz, gdy to piszę, mam już za sobą kilka rzek, mokrych, zimnych, rwących i spokojnych, dziesiątki gór i dolin, oraz gorących kasz z tłustymi sosami, niezliczone noclegi w stodołach, między ptactwem i końmi, nadgraniczne miasto-warownię Muwbakat i szereg innych mieścin nad Kanałem Iaereńskim, gdzie pełno dusz mamionych przez Kuszara, a dziś stoimy przed Semą, za nią jest już Kul, idąc wzdłuż której dotrzemy do Środkowej Kotliny, gdzie znajduje się Czabansehir i Halm, dwa stołeczne miasta, duma tamtejszego władcy. Na wschód od tej ziemi jest już Ifril, wypływająca z Czarnego Jeziora, i domostwo gdzie mieszkają ci którzy mieli czelność okpić biednego brata Onko! [...]

Miska kaszy kosztuje tu ćwierć morriena – tj. dwadzieścia pięć małych monet o wielkości paznokcia. Karczmarze nie lubią drobniaków, i wolą kiedy zamawia się od razu więcej, minimum za morriena. [...] Miejscowe wino to koszt pięciu, dziewięciu morrienów – gorzałka jest droższa, jej ceny zaczynają się od dziesięciu srebrnych monet z dziurką. To droga przyjemność i niewielu sobie na nią pozwala. Może to i dobrze. To i pijaństwa mniej, i rozpusty. [...] Wbrew temu co mi mówiono, ludzie żyją tu raczej spokojnie. Większość czasu zajmuje im uprawa roli, zbieranie skorupiaków i połowy. Rynek usług oceniam jako niezadowalający – w wielkim mieście znajdziemy prawie wszystko (choć nie ma wyboru), ale poza nim trudną się zaopatrzyć, czy choćby nakłonić napotkane niewiasty do zacerowania odzieży, zrobienia przepierki czy nagotowania strawy. [...] Co się tyczy kobiet, takie same jak nasze, ale drobniejsze. Brzydsze jakby. Wszystkie są do siebie podobne, wszystkie czarnowłose. Uprawiają czary na skraju wsi i modlą się do figurek, zostawiają im kasze w małych miseczkach i palą świeczki. Ze świeczek pożytek niewielki – wszystkie które wziąłem krótko się paliły, ale przynajmniej leśne ptaki mają co jeść (bo przecie duchy tego nie wyżerają). Przesądne kobiety wiążą dzieciom na szyjach talizmany. Zadziwiające, jak wiele w tych stronach rozwiązują zaklęcia i amulety: z ptasich piór, korali, zasuszonych owoców i ozdobnych kamieni. Sznureczki, dzwoneczki, ponacinane morrieny. Cieszą oko, niekiedy wyglądają na misterną robotę... ale jak to ma ich chronić? Tłumacz mówił mi o tym co nieco, ale nieprzekonywająco. Miały zabezpieczać i od przekleństw starych kobiet, i młodych zawistnic, wspomagać siły męskie, leczyć niepłodność, zgagę oraz katar. Niebywałe! [...]

Kiedy dotarliśmy do celu, jesień coraz bardziej dawała nam we znaki. Wszyscy gotowali się do zimy, robili ostatnie zapasy i uszczelniali chaty. Liście na drzewach były żółto-pomarańczowe, a wiatr szarpał nimi tak mocno, iż stare konary zdawały się ożywać, jakby brzozy i jesiony sposobiły się do ucieczki w jakieś cieplejsze strony. Odnosiłem wrażenie, że mają świadomość mej obecności pośród znanych im ludzi, mej obcości. Przychodziły do mnie i inne irracjonalne myśli, których nie odpędzały nawet najżarliwsze modlitwy – przeto dałem sobie spokój i pozwoliłem by mamiły mnie we śnie i jawie. I dobrze się stało – bo bez nich nie zobaczyłbym tego wszystkiego co tak odmienne, niezwyczajne i rzadkie w naszych stronach, a co stanowi przecież obraz bogactwa dzieła Boga. [...] Z okien domostw dolatywał zapach warzonych kasz, gotowanych z miodem owoców, i warzywnych, kwaśnych przetworów, które miejscowi trzymają potem w wielkich beczkach, w ziemiankach i piwnicach. Wszystko to czynione było by w chłodnych, śnieżnych miesiącach, niczego nie zabrakło. Dom którego szukałem znany był wszystkim w okolicy. Był wspaniały – prowadziły doń płyty z kamieniołomu, obtłuczone w nieregularnych kształtach, i ułożone tak że tworzyły ścieżkę pośród traw. Piszę o tym dopiero teraz – bo sporo się działo i najzwyczajniej nie mogłem znaleźć chwili by zanurzyć pióro w kałamarzu. Dom, a raczej pałac – miał piaskowe ściany, jego dół obłożony był głazami, a wejścia strzegły dwie figury ni to psów, ni to smoków, z uniesionymi do góry pięciopalczastymi łapskami. Kiedy weszliśmy w bramę, od razu zainteresował się nami wąsaty odźwierny, a po chwili podeszło dwóch innych, wyższych mężczyzn, młodych z ogolonymi głowami. Nim się zorientowaliśmy – wyciągnęli z fałd szat drewniane pałki i tak obtłukli nam golenie iż nie mogliśmy na nich ustać. Wiliśmy z bólu jak piskorze. Kiedy tłumacz wyjawił im cel naszego przybycia – zaczęli bić jeszcze mocniej, tym razem po całym ciele – nie wiem jakby się to skończyło, gdyby nie zjawienie się pana domu. Popatrzył krzywo na swe sługi, ale nie zganił ich – był solidnie zamroczony winem. Kiedy przywitałem go, skłoniłem by okazać szacunek i wyjawiłem z jaką misją sprowadza mnie mój Bóg, odparł po chwili namysłu że faktycznie syn rok temu przyniósł  jakąś skrzynkę, i że były w niej kości ręki i pukiel włosów, ale pozbyli się tego – zakopując gdzieś w lesie. Gdzie – nie pamięta! Kapłan któremu pokazali szczątki Om Firnira uznał je za siedlisko złego ducha. Wszystko stracone! Dopytywałem czy to prawda, czy mnie nie mami – tłumacz nie chciał jednak przekładać tego co mówię, płakał i sugerował by się stąd zbierać, bo właściciel spuści psy-ludojady, żywi stamtąd nie wyjdziemy i nikt się o nas nie upomni. Że to miejscowy bogacz z którym nie ma żartów, i że pozwalamy sobie trochę na zbyt wiele, bo co ujdzie w Środkowym Południu, to tutaj jest zniewagą. I cóż było robić – uszliśmy, ociekają potem i krwią z rozciętych łuków brwiowych, warg, kolan i trwale skrzywionych nosów. Teraz leczę te rany. Nie mam nic. Zawiodłem. A tłumacz ani myśli nawrócić się na wiarę w Boga Prawdziwego, Boga Bez Imienia. Zatem porażka na całej linii. To co zostało z Om Firnira, jego dłoń która leczyła niegdyś chorych, słabych i przygłupich – spoczywa teraz między korzeniami, nie wiadomo gdzie! [...] Piszę te słowa będąc w głębokim żalu i goryczy. [...]

[Tutaj w oryginale jest fragment nt. kwestii wiary, doktryny zakonu i osobistych lęków, który w całości pomijam.]

Ha! Przedwcześnie porzuciłem mą wiarę! Boże, wybacz mi że w ciebie zwątpiłem! Wybacz!
Mija drugi tydzień jak śpimy na sianie u dobrego człeka, który donosimy nam co dnia garniec kaszy i suszone owoce. I w końcu prócz jego poczciwej starczej twarzy – zajrzała do nas inna, równie skośnooka, ale młodsza. Chłopak, lat około dwunastu, może nieco więcej. Przyniósł skrzynkę! Pustą. Przez tłumacza dowiedziałem się, że służy w domu Yeaanów, i że ma szczątki świętego, ale odda je tylko wtedy kiedy dostanie sto morrienów. Co miałem zrobić? Dałem! I cóż, tego samego dnia, wieczorem, jak powiedział, jak przyobiecał – przyniósł całość! Tyle że połamane – ale są to zaginione szczątki Om Firnira! Sukces! Chwała Bogu!”.

Nim zakonnik wrócił do swoich, spędził jeszcze trochę czasu na Styria Kirze, i poczynił wiele ciekawych obserwacji, których „grzechem byłoby nie przytoczyć”, wykłada też podstawowe informacje na temat państwa:

„Władza na Styria Kirze skupia w rękach kilku rodzin panujących, będących dziedzicznymi opiekunami poszczególnych części półwyspu, wszystkie one podlegają jednemu władcy zwierzchniemu, rezydującemu w centralnej krainie – Hasr, która przed wiekami pochłonęła wiele ziem słabiej zorganizowanych sąsiadów, tak wrogów jak i przyjaciół, z reszty, tych mocniejszych – czyniąc sobie lenników. Czas uświęcił ten podział i dziś nikt nie myśli poważnie o możliwości jego podważenia, nikomu zresztą nie byłoby to na rękę. Kiedy krainy były niezależne, wszystkie, bez wyjątku, prowadziły ze sobą krwawe boje, zawierając od czasu do czasu nietrwałe sojusze (tak jeszcze przed zmieszaniem swojej krwi z naszymi przodkami, jak i później) – nie sprzyjało to ani handlowi, ani poprawnemu skomunikowaniu poszczególnych ziem. Teraz, kiedy nieprzewidywalna Ibria jest silna jak nigdy wcześniej, nikt nie chce kolejnej wojny domowej. Wszystkie rody mają świadomość tego jak wiele zależy od zgody. [...] Na północy i półwyspie Wid Daar rządzi się ród Euklaine, na Tunurze – Ulke, na Barze – Baile, na Eriarze – Llaise, na Daest – Klan Brunatnych Myszy, na wyspie Iaeren, Kuk i pomniejszych rządzą Mebe Likle i Dahean, a na utraconej obecnie Północy, na kontynencie (w Niwa Ild) rządzili Damn-Sokke”.

„Największe miasta nad Zatoką Piwną (która bierze swe miano od barwy tutejszych wód), to Goe, Starda, Kalsur i Iukki. (Pomijam położony w głębi lądu Muwbakat, którego nazwa oznacza zieloną skałę, a o którym pisałem już wcześniej). [...]
Port Iukki położony jest w głębi zatoki, nieopodal ujścia rzeki Zi-ja. Chroniony od strony lądu wysokimi skałami, a od wybrzeża otoczony dwoma pierścieniami szerokich murów, nienajwyższych, ale porządnych. Znajduje się tam grobowiec Mai Idara, mnicha który zginął przeszło pięćset lat temu w sposób niepodobny do tego w jaki kończy żywot większość przedstawicieli jego profesji, poprzez co zasłużył sobie na szacunek i wieczną pamięć. A było to tak: latem, kiedy noc jest najkrótsza, w czasie czuwania przy posągu boga Kjura na zewnętrznym pierścieniu murów miejskich, spostrzegł w dole oddział Ibryjczyków, wspinających się po naprędce skleconych drabinach, a w oddali, przy pomoście: tuzin pełnomorskich statków. Wszystkie z ibryjskim oflagowaniem. Po chwili zawahania, pchnął posąg: ten spadając zmiażdżył barki kilku żołnierzy. Krzycząc i biegając jak oparzony zaalarmował  całe miasto, dzięki czemu udało się postawić na nogi wszystkie oddziały straży i zwołać przedstawicieli większości cechów rzemieślniczych, odpowiedzialne za bronienie wyznaczonych odcinków murów. Nikt nie spodziewał się ataku. Iukki nie wierzyło że sąsiad z północy zdecyduje się na atak właśnie na nich. Była to jedna z najśmielszych akcji jakich dopuściły się wojska Imperium na terenie Półwyspu. I tak jak poprzednie, zakończyła się klęską, choć trzeba przyznać że Kaelleo z wielkim trudem udało się wybić najeźdźców. Kilka załogom udało się uciec, a ich statki nie ucierpiały przy tym w najmniejszym stopniu. [...] Jeszcze tego samego dnia Kjur wrócił na mury, zdobyczne jednostki zacumowano w porcie, oszacowano straty i policzono martwych, ale Mai Idara, którego imię było na ustach wszystkich – nigdzie nie było. W końcu znaleziono go przy drewnianych zabudowaniach, nieopodal środkowej bramy. Leżał przebity sześcioma bełtami, pod ciałami kilku strażników, którzy w czasie obrony najpewniej osunęli się w dół. Ściskał w dłoni zakrwawione ostrze, znak, że nie oddał życia bez walki. W dowód uznania, wystawiono mu spory grobowiec przyozdobiony jego wyidealizowaną podobizną. Nie ma dnia by nie paliły się tam znicze.”.

„Zatoka Kocich Łbów jest bardzo płytka, w wielu miejscach jej głębokość sięga zaledwie sześciu-siedmiu łokci, i tylko z dala od lądu jest żeglowna – choć jak mawiają miejscowi »zdarzają się przykre niespodzianki«. Można żyć tu i sto lat, a człowiek dobrze nie pozna całego dna. Tu i tam sterczą wierzchołki zdradzieckich głazów, kamienne słupy i inne dziwne twory. Wiele zależy też od tego czy jest aktualnie przypływ czy odpływ. Jest bardzo niebezpieczna dla statków pełnomorskich o dużym zanurzeniu. Na ogół poruszają się po niej tylko niewielkie łodzie, należące do miejscowych zbieraczy alg i wodorostów, jeśli zabłąka się tam coś większego – nie jest to statek styriakirski. [...] Zatoka wygląda bardzo malowniczo w promieniach wschodzącego słońca. W jej wodach żyje wiele morskich raków, dużych krabów a także żywiących się nimi smoków. Te pierwsze są niemal tak wielkie jak dziesięcioletnie dzieci, te drugie zaledwie o połowę ustępują im masą. Dożywają dwustu-czterystu lat i nigdy nie przestają rosnąć. Ich mięso jest tu bardzo cenione, podobnie jak małży, które hoduje się tutaj w klatkach. Jest to bardzo popularne. Pielęgnuje się całe kolonie tych żyjątek, które z czasem się uszczupla (najczęściej w czasie świąt). Zatok odgradza od pełnego morza archipelag niewielkich, skalistych wysp Kahssar, żyje tam mnóstwo smoków. [...] Wyspy te są bezdrzewne, z lotu ptaka muszą wyglądać jak mech posypany popiołem”.

„Na Daest, tam gdzie wartka Suthienlikle wpada do morza, znajduje się Wyspa Czarcich Ognii. Bierze swe miano od jasnych kul, które w nocy – od niepamiętnych już czasów – krążą wokół centralnego szczytu. Widuje się je także na przybrzeżnych wodach, kilka razy w miesiącu, zwłaszcza podczas sztormów. Miejscowi są już w większości oswojeni z ich widokiem. Takie światła krążą też w innych zakątkach Zatoki Ebedurm, z dala od lądu, i na wybrzeżu Eriaru, zazwyczaj suną leniwie, jak niesione wiatrem babie lato – bez wyraźnego celu i logiki. Rybacy mówią o płynących w powietrzu pojedynczych mikrusach, które łatwo pomylić z gwiazdami ale i o większych kulach, lecących nisko, niekiedy grupowo. Różnie o nich ludzie gadają, ale większość uważa je za duchy opiekujące się tymi wodami lub istoty z wnętrza ziemi. Podobne kule widuje się też nad wyspami Kahssar. Tam mówi się że to bogowie odwiedzają się między wyspami. (W końcu tutaj każde drzewo, kamień i jezioro ma swojego boga)”.

„Bar, jak reszta Styria Kiru jest bardzo górzysty; jego wnętrze zajmują wysokie szczyty między którymi, promieniście, rozchodzą się mniejsze i większe doliny, dające niewiele miejsca do siewu, ale dobre dla wypasu bydła (co jednak nie jest tam popularne), ich dnem płyną wartkie strumienie i zdradliwe rzeki, które można pokonać tylko tratwami i łódkami o niewielkim zanurzeniu. Z uwagi na progi skalne, wodogrzmoty, wiry i płycizny, zdają tam egzamin jedynie te konstrukcje, które można łatwo wyciągnąć na brzeg by ominąć przeszkodę. Niedoświadczeni wioślarze mogą bardzo łatwo przegrać walkę z żywiołem. O tym, że dzieje się to od czasu do czasu, wcale nierzadko, świadczą kamienne stele z imionami topielców poustawiane wzdłuż brzegów, tam gdzie wyłowiono ciała, bądź tam gdzie znikły na zawsze. Charakterystycznym widokiem są tutaj chwiejne mostki, naciągane między wysokimi brzegami – z łańcuchów bądź grubych lin. [...] Bar to kraina nie biedniejsza jak sąsiednie, rządzą się tam Baile, ich główne siedziby to Suthiensehir (sosnowy gród) na zachodzie i Bukadar (czarny dwór) nad Lihidlikle (olchową wodą). Bukadar jest bogatszy, tak pałac jak i wyrosłe u jego stóp miasteczko – cieszą oko. Co się tyczy siedliszcza władcy, jego ściany obłożone są czarnym kamieniem przywiezionym z wysp Kahssaru i Neuwy. Jest dziełem kilku ostatnich pokoleń rodu Baile, którzy nie szczędzili czasu ni pieniędzy aby wszystko wyglądało jak należy. Gościłem tam tylko jeden dzień, ale zrobił na mnie ogromne wrażenie: rzeźbione portale, wszechobecne ornamenty, kamienne smoki niewiele mniejsze jak prawdziwe. Pałac ma setki komnat, na jego dziedzińcu są gorące źródła, które zimą ogrzewają sypialnie i pokoje gościnne”.

„W połowie drogi między wodami Saii Rin a granicą Tunuru, ukryte za wysoki szczytami, osłonięte od wiatru, znajduje się Damnbuk, Czarne Jezioro. Miejsce święte, o płytkich brzegach, ale wedle słów tytejszych chłopów – w środkowej części bezdenne. Brocząc po płyciźnie, depcząc ciemne kamienie, natkniemy się na srebrne monety. Pod żadnym pozorem nie wolno ich jednak wyławiać. Cisi strażnicy, choć nie rzucają się w oczy – śledzą każdego kto zbliży się do tafli jeziora. Użynają za to ręce. Samo jezioro ma bardzo regularny, krągły kształt, jakby było w przeszłości jakimś zapadliskiem. U jego brzegów zbudowano kilka prostych, kamiennych ołtarzy, nie ma tam natomiast żadnych pomostów, nikt nie łowi ryb ani nie wygrzebuje skorupiaków – byłoby odebrane jako świętokradztwo... [...] Ludzie samotnie i grupowo, obmywają się w jego wodach, licząc, że to ich uzdrowi, robią tak starzy i młodzi, kobiety i dzieci. Niech im prawdziwy Bóg przebaczy! Płacą za to srebrem, a niekiedy własną krwią. Czarne Jezioro kryje ponoć niejedną tajemnicę, a w jego głębi mieszka bóg który wie wszystko o wszystkich Kaelleo, tych co się narodzili, i tych którzy mają się narodzić. Jezioro faktycznie, ma ciemną barwę – zmieniającą się zależności od pory dnia. Bierze w nim swój początek Ifril który wpada do Zatoki Fir (Południowej), jest to największa rzeka półwyspu, najszersza i najzieleńsza, pełna raków i ryb, a płynąca na zachód odeń Wikla jest drugą co do wielkości i podobna jej charakterem – między nimi leżą Czabansehir, Halm (serce) i Hean (dąb). [...] Hean, leżący w tam gdzie Lik wpada do Wikli, to miasto-twierdza gdzie często przebywa rodzina władcy (jego żony, nałożnice i liczne potomstwo poniżej lat piętnastu). W Czabansehirze i Halm znajdują się wszystkie urzędy, rady, i siedziby głównych kapłanów, tutaj też, jako dowód swej wierności, władcy krain zależnych od Hasr przysyłają swoje dzieci, formalnie na nauki. Szkoły doskonalące w różnych dziedzinach, domy wiedzy i uniwersytety – działają tam nieprzerwanie od stuleci. Prócz tego nie brakuje łaźni, kramów rzemieślniczych i towarów importowanych prosto z podbitego przez Ibrię Bael, Środkowego Południa czy nawet Zielonych Wysp. Może mniej tego jak u nas, jednak to i owo jest, i jakość ma niezgorszą. Stolice zaskakują ogromną ilością przeróżnych świątyń, odmiennych w zależności od uprawianego tam kultu, oraz miejsc modlitwy pod starymi drzewami i przy świętych skałach, gdzie tracą czas tak miejscowi, jak i pielgrzymi. To ile oni sobie nawymyślali tych bożków, to głowa mała. Tak swoją drogą, to raczej duchy opiekuńcze miejsc – ale tłumacz konsekwentnie używa słów „bóg” lub „bogini”, jakby nie chcąc umniejszać ich rangi. Może faktycznie nie współgrałoby to z szacunkiem jakim je darzą. [...] W rzece Funlikle żyje ponoć bóg który przybiera postać smoka, a tym się różni od prawdziwego zwierzęcia, że jego ciało jest przezroczyste jak kropla wody, że wygląda jakby był wyrzeźbiony w lodzie. [...] Nad zatoką Liklegildig napotkałem rybaków którzy trzymają czarne, tresowane ptaki, które łowią dla nich ryby. [...] Mają specjalną opaskę, ciasno opinającą szyję, aby nie mogły połknąć zdobyczy. Mężczyźni wypływają z nimi łódkami o świcie, a tamte robią za nich cała robotę; popodcinano im lotki – żeby nie latały, a długie sznury pozwalają im swobodnie nurkować. Chowa się je od pisklęcia. [...] Jedząc posiłek nieopodal plaży, poznałem człowieka z Emdaru (nadmorskiego miasteczka na północy półwyspu, oddalonego o około dzień drogi od Muwbakat), kupca który znał kilka języków, w tym i mój, i powiedział mi żebym nie pozostawał tu zbyt długo, bo nieprzychylni ludzie wiedzą że jestem sługą Boga Bez Imienia. Wyróżniał się na tle miejscowych ubiorem. Wyznał mi że zna Nauki i sympatyzuje z czcicielami Prawdziwego Boga, że wiele lat spędził w Wigrichcie, a na dowód swych słów, wręczył memu tłumaczowi list gończy z opisem mojej osoby, z pieczęciami Rady Państwa. Tego dnia postanowiłem opuścić Styria Kir, a przybysz z Emdaru, z drugiego końca półwyspu, wrócił do interesów i więcej się nie spotkaliśmy. Nie pytałem skąd ma to pismo, ale tłumacz twierdził że opłacił mord tropiącego nas wysłannika rady. Nie szło dłużej zwlekać, nie wolno mi zawieść Zakonu. Relikwia którą zdobyłem z takim trudem nie może znowu przepaść. Nie mitrężąc dłużej, udaliśmy się ku naszym ziemiom – ja miałem w sercu świątynie i braci, on swoje pogranicze. [...] ...starczy tych przygód ”.

„Domy Kaleothów zawsze mają pierwsza kondygnacje na wysokości kolan bądź człowieczego pasa (krasnoludowi to do brody sięgają, albo i lepiej); niekiedy tuż obok wejścia są schodki, stoi jakiś głaz, a kiedy nie ma nic – trzeba unieść wysoko nogę (o dziwno, starcy świetnie  sobie radzą). Rzadko kiedy pomieszczenia są na poziomie gleby, czy poniżej. Po domu chodzi się tu boso, takie rozwiązanie pomaga zachować czystość, a także pozwala trzymać się z dala od wilgoci i robactwa”.

„Człowiek-żółw, po ichniemu Kaeike Keope. Mówiono mi, że mieszka w grocie za miastem Ytrei, na Barze, niewysoko w górach. Każdy tam może do niego zajść, idąc dobrze utrzymaną ścieżką: po radę, po prośbie. I że on jest bardzo mądry, zaznajomiony z życiem, bo i lat liczy sobie niemało (żyje już ponoć przeszło czterysta). Doradzić umie, widzi przyszłość, potrafi przejrzeć dusze człowieka, ozdrowić. Do bandytów serca nie ma, tych morduje od razu – wystarczy jedno jego słowo, jedno spojrzenie, a serce niegodziwca staje, i ten już leży, a z ust, uszu – krew mu cieknie jak z rynny. Tak, takie cuda się tam rzekomo dzieją. Ma skostniałe wargi i brązowe oczka, przesunięte ku skroniom – jak prawdziwy żółw. Brunatną cerę, łuski i po cztery palce u każdej łapy, bez kciuków. Zawsze siedzi, nigdy nie wstaje. Należy przyjść doń, pokłonić się, przedstawić, i złożyć dary”.

„Suszony hadżmur, stanowiący bazę tradycyjnego naparu, popularnego tak wśród biednych jak i bogatych, przywożono tutaj od tysiącleci: karawanami, przez śmiałych posłańców, przypływał też horańskimi dwumasztowcami. Na miejscu nie uprawia się krzewów tej rośliny. Ponoć zbiory się nie udają. [...] Warto zauważyć że hadżmur dotarł do Środkowego Południa dzięki rozmiłowanym w nim Kaleothom”.




„Pismo styriakirskie składa się z 31 stosunkowo prostych znaków [...] wyglądają one podobnie: wszystkie mają poziomą belkę, od której pod kątem, bądź pionowo, odchodzą różne, dłuższe i krótsze kreski (wygląda to trochę jak modyfikacje zapisu gnomskiego znaku T). Pozioma belka, podstawowy element każdego znaku, jest pozostałością po czasach kiedy rżnęli swe księgi w drewnie. Nanosili wtedy linie na poszczególne deseczki, tak by ułatwić sobie robotę, by zachować porządek: skrobać równo i czytelnie. Teraz najczęściej malują znaki pędzelkiem, na papierze (przejęli technikę jego wytwarzania od Baelczyków, około 600 roku starej ery). Najstarsze zabytki piśmiennictwa przechowuje się w klasztorach, świątyniach i na dworach. Liczą sobie od kilku do kilkunastu cienkich deseczek, przeżartych najczęściej przez korniki i wygładzonych wieloma palcami sunącymi z lewa do prawa*, linijka po linijce (o ile znaki są niezatarte – tamtejsi ślepcy odczytują je bez trudu)”.

* Styriakirczy piszą jak my, od lewej do prawej.