środa, 19 lipca 2017

Czemu ludzie osiedli na południu Kulinu, i dlaczego popłynęli na Run

To co było jasne dla naszych przodków, doświadczających trudów morskich podróży, długich marszów,  borykających się z zimnem, głodem i chorobami – dla nas, ich spadkobierców, stało się tematem zażartych dyskusji mnożących pytania i nierzadko kierujących się ku błędnym teoriom. O ile uczeni byli w stanie prowadzić swoje dociekania w zgodzie z rozumem, to już reszta doszukiwała się w przeszłości zdarzeń bliższych magii, mitom i legendom, co zaowocowało w końcu przekonaniem o istnieniu Południowego Kontynentu, wizji na tyle atrakcyjnej, iż  uwiodła także wielu mędrców, na ogół nieczułych na tego typu sensacje, którzy poświecili całe lata na udowodnienie, że archipelagi Dalekiego Południa to pozostałości naszej prakolebki. W zarośniętych wzniesieniach chcieli widzieć szczyty gór, pod którymi rozciągały się rozległe miasta, pomniki dawnej świetności, mimo tysiącleci, cały czas miały tam czekać na swych odkrywców, zagrzebane w piasku i skrywane przez głębiny. Niektórzy stracili na te ustalenia całe życie.
Między prostym ludem, ale i na dworach, powszechne były opowieści o królestwach wilków, trolli i goblinów, jakie miały rozciągać się w głębi lądu, o krajach rządzonych przez magów i kapryśne bóstwa, tajemniczy wieżach, kręgach i zamkach z których się nie wraca – to jednak tylko opowieści. Gdyby wierzyć ich słowom, Kulin musiałby być miejscem magicznym – nic jednak po jednorożcach ani gigantach nie pozostało, a i dziś dwugłowe smoki widuje się nie częściej jak dwugłowe kozy czy owce.

Co zadecydowało o tym, że Wielki Kontynent* jest najgęściej zaludniony tylko w swej niewielkiej, południowej części? Czemu od tysiącleci najchętniej zasiedlano obszar Środkowego Południa oraz ujścia trzech rzek Południowego-Wschodu: Bawru, Ijakuru i Ksiegu, resztę krain pozostawiając samym sobie, w stanie dzikim, bądź interesując się nimi w stopniu nieznacznym?
Aby w pełni wyjaśnić co miało na to wpływ, gdzie tkwi tajemnica magnetyzmu akurat tych ziem, potrzebujemy porządnej mapy, takiej z prawidłowo naniesionymi ciekami wodnymi i w miarę dokładnie nakreślonymi górami – dobrze by było ażeby czytelnik ją sobie teraz rozwinął.


Po pierwsze, Kulin jest bardzo górzysty, poza południowym wybrzeżem, warzarskimi stepami i Ziemiami Północno-Zachodnimi, w krajobrazie dominują góry oraz pagórkowate wyżyny. Co więcej. na obszarze tzw. Bliskiej Północy zbiory udają się dużo gorzej, a o uprawie niektórych owoców nie może być mowy (choć rośnie tam też wiele takich których na Południu się nie uświadczy). Z trzech znanych nam kontynentów – Kulin ma najmniej równin, najrozleglejsze, najżyźniejsze tereny, takie których nie trzeba było karczować, bądź które przygotowały już wcześniej elfy i krasnoludy – znajdują się właśnie tam.


 Druga ważna kwestia: kiedy nie znamy terenu, kiedy brak traktów a gęste puszcze uniemożliwiają szersze spojrzenie, wtedy głębokie leniwe rzeki stają pierwszymi szlakami.
Zarówno w Środkowym Południu, Hatlanie jak i na obszarze nieistniejącej już Cinubrii takowe były i płyną po dziś dzień. Tam najłatwiej zakładać porty, budować osady, prowadzić handel. Woda to życie – jak mawiał Zsur, styriakirski filozof.
[...]
Hatlańczycy są znacznie mniej liczni niż ludy Środkowego Południa czy mieszkańcy Imperium Ibryjskiego, mimo iż władają rozległymi terenami, nie zbudowali wielu miast i nie pływają na Zielone Wyspy. Czemu poradzili sobie gorzej niż sąsiedzi? W Hatlanie żyło niegdyś sporo goblinów, a nim elfy zdążyły zagospodarować te ziemie jak trzeba (tak jak to uczyniły między Nintien a Sanem) – wymarły w wyniku zarazy przywleczonej przez naszych przodków, zatem nie było nawet co kraść ani czego zajmować. Ciryjczycy zastali martwe wioski. Między innymi w wyniku pomoru, który wyprzedził większość konfrontacji, tereny dzisiejszego  Hatlanu cieszyły się złą sławą. Teraz, po upływie setek lat, kiedy wybito już wszystkich gadziopyskich, kiedy można by swobodnie zaludniać południowo-zachodnie rubieże, nadal nie jest to czynione na właściwą skalę: samych Hatlańczyków jest zbyt mało, a ich elity nie chcą wpuszczać obcych, poza tym stale borykają się z Warzarami.
[...]
Jeśli rozpatrzyliśmy już dokładnie problemy rozrastającego się bez opamiętania Hatlanu, warto zastanowić się chwilę także nad Ibryjczykami, którzy niemalże od początku pozostają nieco w tyle za osiągnięciami Środkowego Południa, i długo jeszcze nie będą w stanie dotrzymać mu kroku. [...] Nim na tereny między Sanem a Yssthoreą przybyli ludzie, były tam bagna i ogromna gęstwina. Elfy określały ten obszar Krajem Wschodniej Puszczy i poza garstką miejscowych plemion, nie szło tam  napotkać nikogo. Można było kluczyć tygodniami i nie spotkać nawet śladu innego wędrowca. Puszcza stanowiła naturalną barierę między ziemiami karłów i elfów a ludami Południowego-Wschodu. Pierwsze plemiona nufrińskie, nim się zjednoczyły i stały się Ibryjczykami, miał pełne ręce roboty – lasy karczowano i wypalano przez całe wieki, pokolenia pracowały w poczcie czoła, w pełnym słońcu, wiedząc że ich wysiłki przyniosą korzyść dopiero dzieciom i wnukom. Niemałe trudności sprawiało też osuszanie bagien. Wszystko to czyniono w okresie stałego zagrożenia ze strony wschodnich sąsiadów, najeżdżających ich wioski nawet z odległego Aszharu. Najazdy te nasiliły się kiedy Ibryjczycy zaczęli się bogacić, zdobywać bydło i uprawiać ziemię na większą skalę. Mieli więc zdecydowanie trudniejszy start, a późniejszy rozrost kraju, aż do stanu obecnego – także sprawił że kierowały nimi odmienne priorytety. W przeciwieństwie do Ciryjczyków i Brusów ze Środkowego Południa, nie przyszli na gotowe, i zamiast handlu, rzemiosła oraz rynku zbytków, musieli kłaść nacisk na rozwój militarny oraz kwestie podstawowe. Dzięki temu jednak zawojowali nie tylko swych prześladowców, ale też wszystkie ziemie aż po Góry Wschodnie i Horan. Obecnie, tak jak od stuleci, cesarstwo obciążają duże wydatki na wojsko i administrację, przez co nie ma dostatecznych środków by roztoczyć mecenat nad ludźmi sztuki i nauki, adekwatny do ich zdolności oraz potrzeb. Dlatego ci podróżują za San, gdzie jeśli są sprawni w swym rzemiośle mogą liczyć na wiele.
[...]
Na Run popchnęła ludzi wizja bogactwa, dowiedziawszy się o głębokich skarbcach, misternie zdobionych świątyniach i pełnych spichrzach, zapragnęli je zdobyć – doświadczenia z Kulinu przekonały ich że jest to osiągalne, i nie trzeba po temu wielkich nakładów siły. Już wówczas dochodziło do wielu zatargów między niedawno osiadłymi a stale przybywającymi pobratymcami, i wychodzono z założenia że w obliczu takich obiecujących perspektyw, błędem byłoby rozlewać bratnią krew. [...] Mimo iż to co zastali odbiegało od tego o czym słyszeli, bardziej opłacało się zapuścić korzenie niż wracać, zwłaszcza że warunki były podobne. Kolonizacje prowadzono z iście obłąkańczym zapałem. Trupy spływały rzekami jak pnie drzew. Krasnoludy były tu zdecydowanie liczniejsze jak na Kulinie, a elfy nie pierzchały tchórzliwie. Trudności jednak nie zniechęciły ludzi. Popłynąć hen za morze, ku nieznanym ziemiom, i walczyć przeciwko karłom i długouchym? Wiele rodów napawało to dumą. Bród i choroby jakie przywieźli, pomogły im równie mocno jak odwaga granicząca z szaleństwem. A potem, kiedy zajęli te wsie i miasta których nie puścili z dymem, zapanował okres względnego spokoju.
[...]
Tytuł tego artykułu zapożyczyłem z kroniki Iana z Tinwin Og, żyjącego na przełomie piętnastego i szesnastego stulecia duchownego, doradcy władcy Marbadu – Anara. Nim trafił na jego dwór, gdzie całymi dniami pisał swoje dzieło, pobierał nauki w rodzinnym Balleurze, a potem na dwadzieścia trzy lata osiadł w Kelfi, gdzie uzupełniał wiedzę. W swoich zapiskach wiele miejsca poświęcił czasom najdawniejszym, konsultując się z elfami które kierowały jego dociekania na właściwe tory. Myśli zmieszczone w tekście pochodzą z ksiąg jego i jego uczniów.

Agar z Hoell

* Mieszkańcy Runu nazywają Kulin „Wielkim Kontynentem” – w porównaniu z Runem, faktycznie jest ogromny.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz