czwartek, 29 czerwca 2017

Północne Wybrzeże

Północnym Wybrzeżem przyjęło się w naszej geografii określać zimne, górzyste ziemie za Wielkimi Jeziorami, tutejsi nazywają je Urza. To niegościnna, surowa kraina, bardzo jednolita w swym charakterze, przytłaczająca ogromem przestrzeni i głuchą ciszą, przerwaną jedynie świstem wiatru, odgłosami fal i wygłodniałego ptactwa, gdziekolwiek się nie udasz, wszędzie „szare, spękane skały wygładzone przez lody tysięcy zim, czarne kamienie, połamane wielorybie kości, niskie trawy i porosty. I nic ponadto. Pustka. Mróz przeszywający do szpiku kości zimą, chłodne wiatry latem, [...] spasione foki z długimi kłami wylegujące się na żwirze, uganiający się za nimi ludzie w skórach, futrach z tatuowanymi twarzami – Daleka Północ w całej okazałości”. Warunki podobne jak w górach Ostatniej Rubieży i Hure.


 Zimą, która trwa tu kilka księżyców dłużej niż na Południu, kiedy wody północnych mórz skuwa lód – odziani w grube futra myśliwi w pogoni za zwierzyną oddalają się od domostw o całe dnie drogi, nierzadko docierając aż do Białych Pustkowi. Przemieszczają się dzięki lekkim saniom ciągniętym przez udomowione, wyrośnięte lisy i miejscowe psy*. Silne kudłacze, którym nie straszne zimo i noce pod gwiazdami. Wyprawiają się na łowy w kilkuosobowych grupach lub samotnie. Trwa to niekiedy całe tygodnie, w czasie których pozostawione same sobie kobiety, dzieci i starcy muszą przeżyć na dotychczas zgromadzonych zapasach, topniejących z dnia na dzień. Często taka podróż jest formą inicjacji, wstępem do dorosłości – zwłaszcza jeśli odbywa się bez towarzyszy. Powracający z ze zdobyczą witany jest jak zbawca. I niekiedy faktycznie odgrywa taką rolę.


 Podczas krótkiego lata, na topniejących lądolodach tworzą się prawdziwe rzeki. Wyglądają jak rzeźbienia uczynione gigantycznym grotem, dna ich są gładkie i zeszlifowane, życia w nich nie ma – wyglądają jednak malowniczo, zwłaszcza widziane z góry, z lotni lub balonu. [...] Dwie największe rzeki Urzy – Uell i Bahan – uchodzą do morza w środkowo-zachodniej części wybrzeża; jedna z nich tworzy rozległą deltę, składającą się z setek błotnistych wysepek, porośniętych trawą i niskimi iglakami – gdzie latem można polować na ptactwo.
[...]
Jeśli zdecydujemy się na piesze wędrówki dolinami Urzy, badanie tamtejszych szczytów i skał, prędzej czy później natkniemy się na dzikiego człowieka. Jeśli będzie głodny – istnieje duże prawdopodobieństwo że zaatakuje. Niektóre samce robią to wręcz dla uciechy, bawiąc się potem na wpół żywą ofiarą, rzucając nią o głazy i rycząc z radości. Osobniki żyjące w małych grupach są z reguły spokojniejsze, ale zaniepokojone o los młodych, również potrafią być niebezpieczne. W trudnej sytuacji należy brać nogi za pas, kiedy się nie da, bez wahania wyciągać pukawkę, odpalić ładunek bądź świece dymną. To co mamy pod ręką, byle szybko. Wielu uratowały życie, nawet jeśli napastników było wielu, dlatego nikt przy zdrowych zmysłach nie włóczy się tam z gołymi rękami. Prócz huku dzicy boją się też ognia, płonąca pochodnia to dla nich coś niemalże magicznego. Sami nie umieją posługiwać się krzesiwem, i w ogóle, niewiele różnią się od zwierząt. Latem łatwo je poparzyć, w czasie chłodów ich futro jest zawilgotniałe i ogień się go nie ima.
[...] Tamtejsze gobliny są wyjątkowo bezczelne, mają na wyposażeniu proce, kościane dzidy i czekany, a czego jak czego ale kamieni pod ręką im nie brakuje: często atakują autochtonów, a ze szczególną pasją nękają ekspedycje z Południa, wyróżniające się ubiorem i zachowaniem. Chronią swych łowisk a jednocześnie liczą na łupy – wiele z nich nosi naszyjniki z południowych monet, potłuczonych szkieł i kolorowych sznurków.
[...]
Nie przebywałem tam długo, ale nie raz otarłem się o śmierć: omalże nie pożarł mnie niedźwiedź, cudem nie zostałem ukamienowany przez bandę zuchwałych goblinów, a spadając ze stromego stoku złamałem rękę i obiłem sobie żebra. W pierwszym przypadku wyratował mnie z opresji morski potwór, jak na moje oko jakiś przerośnięty smok, który wciągnął niedźwiedzia do wody. Trwało to ułamek sekundy, nie zdążyłem się mu nawet przyjrzeć: jego szare cielsko wysunęło się na brzeg, pochwyciło mego prześladowcę i znikło we wzburzonym morzu. Byłem cały mokry, ale cały. Dobrze że nie chapnął mnie! Gobliny odstraszył dobrze zorganizowany oddział gnomów. Wszystkie miały nabite strzelby i wspólnie oddawały serie. Wypalali, odkładali rurę, brali  następną. Kilku gadziopyskich dzikusów padło, reszta umknęła. Nie mogłem się z nimi dogadać, nie powiedziały mi skąd są ani co tutaj robią. Nie znały innej mowy niż własna, albo ignorowały mnie z rozmysłem. Jeden z nich miał przy pasie upolowane zające, dwóch niosło fokę z roztrzaskaną czaszką. Nie mogłem pozbyć się wrażenia że należą do miejscowych. Albo mieszkających po sąsiedzku, którym tutejsze realia najwyraźniej są nieobce. [...] Krążą słuchy o górskich tunelach, którymi elfy i gnomy podróżują ilekroć najdzie ich taka ochota. Jest tu ich ponoć od kilku do kilkunastu, a gdzieniegdzie powstają nowe, przy wielu są warowne obozy i przestronne, całoroczne komnaty. Pośród śniegów wysokich gór, w niedostępnej kotlinie – kryć się ma stała osada, większe jak wspomniane strażnice, gdzie wydobywa się złoto, srebro i rudy innych metali, a także olej skalny. Miasto Urza, nazwane identycznie jak kraina.

* Te parzą się niekiedy między sobą. Mają płodne potomstwo które łączy w sobie najlepsze cechy obu gatunków. Są silne i wytrzymałe: potrafią biec całymi dniami, bez chwili odpoczynku; karne i spokojne – nie sprzeciwiają się żadnym komendom. [...] Chronią ludzi przed niedźwiedziami – ostrzegają w porę, ujadając jak dzikie, bądź odważnie rzucają się na dużo większego przeciwnika, często tracąc przy tym życie. Łowcy karmią je rybami, które zawsze wożą ze sobą w skórzanych workach. Na mrozie robią się twarde jak kamień, ale psy kruszą je swymi paszczami bez większego trudu. Czasem dostają resztki z upolowanej zwierzyny lub specjalnie z myślą o nich ubitą fokę. Jedzą wszystko.

Oko z Kiollu (cytuje bez podania źródła, prawdopodobnie autora rodzimego).

wtorek, 27 czerwca 2017

Ziemie Północno-Zachodnie

Ziemie Północno-Zachodnie to wedle różnych szacunków jedna szósta bądź jedna piąta kontynentu. Znane są także jako Iekkur, Keull bądź Khurkull; są to nazwy stare, historyczne, które zachowały się w wielu językach mieszkańców kulińskiego Południa, Bliskiej Północy i Runu, w formach pierwotnych bądź nieznacznie przekształconych. Wybrzmiewały jednak w ustach nielicznych, głównie geografów, magów, ludzi nauki, bardziej zainteresowanych światem kupców; dla reszty, były to ziemie trudne do wyróżnienia na tle ogromu Północy, nieidentyfikowalne, nie budzące żywszych emocji. Iekkurem nazywały je ongiś elfy Nannaral i Pheir, które nim wymarły (z powodu zarazy przywleczonej przez ludzi), zamieszkiwały obszar dzisiejszego wschodniego Hatlanu. Odwiedzały te tereny regularnie, ale nie porzuciły tam nic co mogłoby naprowadzić nas na cel ich częstych wypraw. Pozostały po nich tylko niejasne, zdekompletowane pisma. Keullem były dla elfów z doliny rzeki Nintien i ziem sąsiednich, i to pod tą nazwą możemy napotkać pierwsze wpisy na ich temat w naszych kronikach. Khurkullem określały je od niepamiętnych czasów gnomy, krasnoludy i gobliny. Południowcy prawie się tam nie zapuszczali. Dopełniając zdanie jakie padło kilka linijek wyżej: dla nich była to jedynie część bezkresnej, nieznanej Północy – terenów surowych i niebezpiecznych, których zwykłemu śmiertelnikowi nie przyjdzie nigdy oglądać. Tak odległych że równie dobrze mogłyby być częścią innego kontynentu. Kazarowie, którzy mają doń znacznie bliżej, dla których to bezpośrednie sąsiedztwo, nazywają je Odległą Północą, a dawnymi czasy określali też mianem Domu Dusz – bowiem tam miały wędrować i kontynuować swój byt duchy ich najbliższych*.


Północny-Zachód to ogromny, wciąż niezbadany obszar,  zamieszkały tylko przez dzikie zwierzęta, goblińskie szczepy, garstkę ludzi i nieliczne elfy, na ogół zbiegów, banitów oraz wszelkiej maści kłótników nie mających już czego szukać między ziomkami. Sytuacja samotnego wędrowca jest tutaj nie do pozazdroszczenia: na przeżycie ma szanse niewielkie – żeby nie rzec znikome – a nawet jeśli mu się uda, to trudów doświadczy przy tym co nie miara, najpewniej osiwieje i będzie musiał radzić sobie z nieco mniejszą liczbą palców niż dotychczas. Z grupami jest jeszcze gorzej. Zwracają na siebie nadmierną uwagę – tak wymienionych przedstawicieli ras rozumnych jak i zwierząt strzegących swych żerowisk – bardziej się skupiają na słownych utarczkach, własnych słabostkach i antypatiach niż subtelnych oznakach choroby czy zmianach pogody, szybko ulegają panice; ogólnie rzecz biorąc – nadmiernie kuszą los, przerzucając odpowiedzialność jeden na drugiego. A wtedy o nieszczęście łatwo. Niewątpliwie, nie jest to kraj łaskawy dla lekkoduchów, ani tych  których serca pasowały lepiej do króliczej piersi.
Wielu wydaje się jednak bardzo atrakcyjny na tle sąsiednich obszarów. Ziemie Północy są na ogół górzyste, gdzie nie obrócić głowy tam jakiś szczyt bądź pagórek, spękane skały i głazy, na horyzoncie majaczą czapy lodowców i wielkie masywy; stale trzeba mieć się na baczności, poruszać bezdrożami, ścieżkami wydeptanymi przez zwierzęta, przemykać przez wąwozy, pokonywać wartkie strumienie. Pot się leje z człowieka, a teren to wznosi, to opada. Tutaj dominują otwarte przestrzenie – wzniesienia jedynie okalają rozległe równiny porośnięte niską i wysoką trawą, mchami i porostami, niekiedy tylko z lekka pofalowane, miejscami usiane niskimi wzgórzami. Krajobraz urozmaicają grupy skał i szerokie, wijące się jak węże rzeki, z licznymi wyspami i odnogami. Keull robi dobre wrażenie. „Od trzech stron oblewają go morza bogate w ryby, pełne wszelkiego stworzenia, prawdziwy raj dla poławiaczy skorupiakó, pracujących sieciami i harpunem; jego wschodnią granice stanowią elfie góry, siedlisko kozic i koziorożców [...] przypomina wybrzeże Środkowego Południa, można by tu wypasać kilkutysięczne stada owiec, koni czy wołów, a i tak by wszystkiego nie wyżarły” – pisał w zeszłym stuleciu Ian Kellan. Wyrysował w latach 1741-1743 dokładną mapę wybrzeża, uzupełnioną wskazówkami innych podróżników, powielaną po dziś dzień. Zrobił to starannie, mierząc jak należy przy pomocy stosownych instrumentów, w sposób naukowy. Nikt do tej pory nie wykazał by była błędna. Prócz przybrzeżnych rejsów, odbył też kilka lądowych ekspedycji, niestety – rzadko kiedy wracały na statek w takim samym składzie jak wyszły, a on sam stracił podczas jednej lewe oko i trzy zęby, cudem uchodząc z życiem. Oddam mu głos, bo prócz Stardara Zagraza nikt inny nie może rzec tyle o tych ziemiach, a nawet jeśli jest inaczej, to tych dwoje szczyci się największa rzetelnością, troską o detale i wiarygodnością: „Keull wedle geografów dzieli się na Północ Bliską i Daleką, ale faktycznie nie ma to większego znaczenia – owszem, na północy roślinność jest  inna jak na południu, klimat surowszy, ale granica między tymi obszarami jest niewyraźna, kraina wielkich traw przechodzi w krainę porostów i rachitycznych lasków powolutku, swobodnie i harmonijnie – oba brzegi Chariuzu, granicznej rzeki, wyglądają tak samo.


[...] Chariuz i Hikin to dwie największe rzeki regionu, równie szerokie w dolnym jak i środkowym biegu, nie do pokonania wpław. Obie płyną ze wschodu na zachód, są żeglowne i stanowią najlepsze szlaki, znacznie szybsze i bezpieczniejsze niż lądowe. Oprócz nich, w tym samym kierunku, płynie jeszcze wiele mniejszych, dużo spokojniejszych krętych rzeczułek i kamienistych strumieni. Wiele z nich zasila ich wody, praktycznie na całej długości, od północy i od południa. Dlatego jeśli ktoś zagubi się w dziczy, idąc brzegiem, wraz z nurtem, prędzej czy później dotrze do towarzyszy. [...] Nim wpadnie do Teritallu, [Chariuz] rozlewa się pośród łagodnych nadbrzeżnych gór, dzieląc przy tym na dziesiątki odnóg. Hikin uchodzi do Ujallu dwoma ramionami. W miejscu gdzie się rozwidla, tworzy duży zalew. W jego północno-wschodniej części znajdziemy opuszczone, butwiejące osady.
[...] Pomiędzy Górami Ostatniej Rubieży a tzw. Wielkim Pasmem Południowym (przez Kazarów zwanych Górami Duchów, bądź Górami Umarłych, dla większości jednak bezimiennymi) znajdują się tereny płaskie jak blat stołu, częściowo porośnięte rzadkimi, iglastymi lasami. Na północnym-wschodzie, za prawym brzegiem Chariuzu ciągną się pustkowia Lyurnn, sporo tam trąbowców i innych dużych roślinożerców. Niestety równie często można natknąć się na przemieszczające się ich śladem gobliny, grupy liczące od kilkuset do tysiąca głów. Oliwkowe gęby z czarnymi oczami, spiłowane zęby, pióra we włosach – wyglądem niewiele różnią się od pobratymców z innych stron, ale te tutejsza są wyjątkowo krzepkie. Zjedzenie wciąż drgającego serca ofiary to dla nich największa rozkosz, a sama pogoń za zdobyczą to niemalże święty akt, sens całego żywota, coś co rozpamiętuje się później przy ognisku z detalami, z troską o najdrobniejsze szczegóły. Mordują krwawo, niekiedy brutalnie, ale z szacunkiem dla ofiary. I nigdy nie robią tego dla zabawy. Sporo stały osad goblinów znajdziemy na półwyspach  Iewell (Eiwell)  i Ghurmangar (Ghur), niewykluczone że są i w głębi lądu. (Płynąc w nocy, bez świateł – zobaczyć można setki ognisk i lampionów). Gobliny świetnie radzą sobie jako rybacy, tak w płytkich wodach przybrzeża jak i na otwartym morzu, mają skórzane kajaki, długie harpuny, przyzwoite liny – niektóre korzystają z łuków. Obserwacja ich dostarcza wiele przyjemności, ale kiedy dostrzegają człowieka – od razu czmychają. Nigdy nie chcieliśmy wiedzieć czy zwołują posiłki, czy się ukrywają, i też umykaliśmy, w przeciwnym kierunku. [...] Żywo zaintrygowało nas, kiedy pewnego razu dostrzegliśmy jak polują na wieloryba – wyglądały przy nim jak mrówki na gnijącym raku, a mimo to zakłuły potwora. Wiele goblinów potonęło, nie obyło się bez ofiar, ale zwycięzcy tryumfalnie skakali po podziurawionym cielsku, wymachując dzidami. Wciąż ciepłym, ale już bez życia. Obijało się o mieliznę – pozostało im tylko wyciągnąć go na brzeg. Kilka kwadransów wcześniej, wiele razy zanurzał się i chował, ciągnąc za sobą boje przyczepione do ostrzy oraz co bardziej zaciętych rybaków; nim  zapędziły go na mielizny, między skały, walczył o życie ze wszystkich sił, potem, straciwszy dużo krwi – osłabł. Obserwujący to ze mną półelf, tutejszy, powiedział że to był jeszcze młody osobnik i łatwo im poszło, a zazwyczaj walka ciągnie się godzinami. Niekiedy całe dnie. Często osobnik umyka i zdycha gdzieś na pełnym morzu, a potem raczą się nim potwory i drapieżne ryby (których tu nie brakuje). Dlatego gobliny w miarę możliwości polują na mniejsze osobniki, czasami pędzą w zatoki całe stada. »Wtedy woda robi się purpurowa, jak barszcz, a obżarstwu nie ma końca« – stwierdził mój towarzysz. [...] Prędkie morświny to ich największy przysmak, lubią też morskie raki i małże. Nie pogardzą mięsem foczym ani padłym morskim smokiem. [...] Tak jak na całej Dalekiej Północy, tak i na tutejszych skalistych brzegach, rok rocznie letnią porą  gnieżdżą się wielkie kaczki, zwane uhuru (tj. miękkopiórami) – samice wyścielają gniazda puchem wyrwanym z własnej piersi, i nie oszczędzają się przy tym. Na początku lata znoszą od trzech do sześciu zielonych jaj, które wysiadują prawie miesiąc – jedne pisklęta wykluwają się wcześniej, inne później. Gobliny co drugi rok odwiedzają kolonie tych ptaków, zabierają jaja i wyciągają puch. Jaja zjadają, często na surowo (bo to rarytas) – pierzem wypychają odzienie, poduszki,  materace – niektórym służy jako waluta. Jest bardzo cenny, dlatego dbają o przerwy w zbiorach, tak by ptaków nie ubywało”.
Ziemie Północno-Zachodnie są domem włochatych trąbowców (żyjących także pośród gór Północnego Wybrzeża, w północnym Hrollnairdzie, południowym Hure i na Wschodnich Wybrzeżach). Tutaj mają najrozleglejsze pastwiska i jest ich najwięcej – już sam wygląd czyni je wielce osobliwymi, wyróżniającymi się na tle innych zwierząt, a legendy jakimi obrosły w ciągu tysiącleci tylko potęgują ludzką ciekawość. Na Południu już się ich nie widuje, a o tym że kiedyś było inaczej, świadczą tylko przekazy gnomów. Dorastają do ogromnych rozmiarów: dorosłe osobniki mają po dwanaście-trzynaście stóp, a ważą tyle co kilka ciężarnych żubrów, krążą też słuchy o jeszcze większych osobnikach, ale nie wszyscy badacze dają im wiarę. Potężne gabaryty zapewniają im niespotykane w świecie zwierząt bezpieczeństwo. Jedynym zagrożenie stanowią polujące stadnie duże jaszczury – grupa pręgowanych smoków potrafi odciągnąć na bok młode bądź słabe zwierze, i tam, poza wzrokiem stada, rozrywa je na strzępy.
Duże gabaryty utrudniają trąbowcom pokonywanie skał i przełęczy, poruszają się tylko starymi, dobrze znanymi szlakami, które jeszcze w młodym wieku pokazały im matki. Większość tutejszych nie opuszcza równin. Ich wielkie wędrówki ograniczają do dorzeczy Chariuzu i Hikinu.
Z pysków sterczą im długie, wygięte do góry ciosy, ciała porasta ciemne, gęste futro. Charakterystyczną cechą każdego osobnika są wysokie czoła i garby. Samce wiodą samotny żywot, bywają agresywne wobec pobratymców i innych zwierząt; samice żerują w stadach liczących kilkanaście-kilkadziesiąt sztuk, chronią młode matkując im latami – trąbowce dorastają powoli, podobnie jak ludzie. Choć jest to bardzo ryzykowne, gobliny od niepamiętnych czasów z pasją polują na te zwierzęta, pozyskując dzięki tym wysiłkom mięso, skóry, kości i ścięgna. Niczego nie marnują. Zakłuwają pojedyncze sztuki, bądź pędzą gromadnie na skraj urwiska. Zabicie trąbowca-włochacza to wielki powód do dumy. U niektórych plemion stanowi główny element inicjacji, czyniący ostatecznie młodego goblina pełnoprawnym członkiem klanu. Dorosłe osobniki mają piękne kły, jedną, rzadziej dwie-trzy pary. Kiedyś mówiono że noszą na nich szczątki swych ofiar, na zapas, by mieć je pod nosem gdy zgłodnieją – ale są to zwierzęta żywiące się wyłącznie trawą, porostami i roślinnością karłowatą. Mięsa nie tykają.


Zapiski Cihrilla Kenua, handlarza i łowcy przygód rodem znad Sanalu, także stanowią nieocenione źródło wiedzy, niżej przytaczam kilka fragmentów z lat 1863-1867 i 1869-1871 i 1876, kiedy przemierzał te ziemie: „Nad naszymi głowami ujrzeliśmy wielki, trójkątny kształt – pewnikiem wielki ptak, zawyrokował mój towarzysz. Z wrażenia przystanąłem i zmrużyłem oczy, ale nie umiałem wyłowić szczegółów. Wiatr dmuchał jak dziki. Nie – sztywny jakiś taki, nie rusza się – poprawił się po chwili. Ja nie mówiłem nic – patrzyłem.
Kształt obniżał lot, bardziej i bardziej, aż w końcu przekręcił się jak liść na wietrze i zniknął za wzgórzem, bezgłośnie. Podeszliśmy. Bezsprzecznie nie był to ptak. Coś jak wielki latawiec, tyle że nie ze szmat.  Spod płachty i połamanych żerdzi wygramolił się wyjątkowo niski gnom w przykurzonych goglach. Pozdrowił nas i spytał czy mówimy massifem – odparliśmy że tak. I dwoma innymi językami! Uśmiechnął się. Powiedział że testuje właśnie nową konstrukcję, a przy okazji wypatrzył na wschód od nas wielkie stada trąbowców. Poszliśmy z nim na najbliższe wzgórze (to które przysłoniło nam widok na jego upadek), trochę kuśtykał, ale twierdził że to dlań nie pierwszyzna. Wiatr doniósł do nas charakterystyczną woń. Pokonaliśmy skały, i faktycznie, pod naszymi stopami pasły się rudobrązowe cielska włochatych gigantów: monstra z wielkimi łbami zakończonymi »piątą nogą« i zębiskami siejącymi długością kilku łokci, niektóre miały jedną parę, inne więcej... Mimo że byliśmy daleko, zdawało nam się że ziemia i tu trzęsie się pod ich nogami, grubości świątynnych kolumn albo i lepiej. Piękne stworzenia, ale nie chciałbym stanąć na ich drodze”.

„Kiedy się zbudziliśmy, po ciemnym niebie przesuwały się błędne ogniki. Krążyły bezszelestnie, wprost nad naszymi głowami, na wysokości kilkudziesięciu łokci. Niewielkie – jedne jak dojrzałe jabłka, inne wielkości wyrośniętych dyń. W porównaniu z tymi które widzieliśmy na morzu, wielkimi jak stodoła – te były mikrusami. Poruszały się inteligentnie, jak zwierzęta – ich ruch był płynny, czujny, ciekawski. Jedni mówią że to dusze zmarłych, inni że powietrzne stwory, coś w rodzaju świetlików których oblicza nie widzimy, bo na równi przysłania je mrok i kryje światło. Trzeci, którzy mogli oglądać je o zmierzchu, kiedy mrok nie może kryć jeszcze wszystkich detali uparcie utrzymywali że to istoty składające się wyłącznie ze światła. Kiedy błędny ognik dotknie człowieka – ten traci przytomność. Skryliśmy się do namiotu i zakopaliśmy w koce, czekając niecierpliwie świtania”.

„Dzika Północ. Między skałami zobaczyliśmy niewielką czaszkę ze złotymi zębami: krasnoludzka – zawyrokował bez cienia zastanowienia mój towarzysz. Obok leżała druga, między nielicznymi zębami były kościane uzupełnienia. Proteza wytrzymała dłużej niż jej właściciel – zażartował. A potem, wydał szereg sądów o krasnoludzkiej sztuce protetycznej, których tu nie przytoczę. Wszędzie walały się kości tych nieszczęśników, częściowo objedzone przez lisy i ptaki. Zbutwiała odzież, fragmenty pancerzy. Zmarło im się rok, może dwa temu. Czego tu szukali? Kto ich zabił? Moją uwagę przykuł wyszczerbiony toporek, złamany miecz i lufa arkebuza. Zbóje nie zostawiłby ani złotych zębów, ani oręża – to musiało być jakieś zwierzę. Z oddali przyglądały nam się wielkie, cętkowane koty o gęstej, szarej sierści – wróciliśmy do obozu. To mogła być ich robota. Tej nocy paliliśmy ogień aż do świtu”.

„Wszędzie chaotycznie porozrzucane przez bogów kamienie, ślady ich walk o świat i dusze ludzi, toczonych u zarania dziejów kiedy wszystko  było większe, intensywniejsze, silniejsze; jak okiem sięgnąć porosty, niskie trawy, mech i pojedyncze drzewka, które u nas nazywano by krzewami. Nad naszymi głowami przemyka od czasu do czasu bure ptactwo. Idziemy, noga za nogą, powoli. Nieśpiesznie – sycąc wzrok tymi widokami i malującymi się w oddali górami – aż tu nagle, pośród tego naturalnego bałaganu, ślad ręki istot rozumnych – goblińskie kręgi. Niewielkie, wybrukowane łupkami... otoczone sześcioma, siedmioma głazami ustawionymi pionowo. Żadnych ofiar, śladów krwi. Stoimy na mogile – rzucił mój przewodnik, nawykły już do tego widoku. Poszliśmy ku otwartemu kurhanowi  [...] po obu stronach wejścia były wielkie, rzeźbione kamienie. Dostaliśmy się do środka prawie na czworaka (gobliny wszak wielkie nie są). Zapaliliśmy świeczki – na ścianach były prymitywnie wyciosane sylwetki zwierząt, na podłodze kły i pazury, oczy, sierść i łuski. Pod ścianą leżał martwy goblin. Zaniepokoiło to mego towarzysza. Od razu chciał wracać. Powiedział żeby niczego nie zabierać. [...] Goblin jak goblin – za życia o skórze w barwie oliwy, brunatno-zielonej, teraz był całkiem ciemny (a może o wina światła?). Na brzuchu miał dwie rozległe rany szarpane, jeden oczodół był zapadnięty. [...] Niewielki nos, czarne martwe oko którego nikt nie zamknął, zaniedbane, długi paznokcie, czarne od brudu i ziemi. Łysa czaszka, jakieś rytualne nacięcia na ramionach i tatuaże. Obok była włócznia z metalowym ostrzem, najpewniej zrabowanym, jakieś garnce z nasionami, mięsem i śmierdzącą cieczą. Za kilka dni przyjdą tu i pomalują go białym pyłem, a potem złożą do grobu – rzekł przewodnik. –  Zbierajmy się, bo jeśli nas tu zastaną – będziemy towarzyszyć zmarłemu. Albo i nas zeżrą... kto wie? Żaden człowiek nie da rady chmarze goblinów, i nie ma tu żadnego znaczenia że największe będą sięgać mu do piersi”.

Na koniec treść odezwy ojca Maharkala, kapłana Okli, opiekuna chorych i sierot w barnijskim mieście Ulea, ku refleksji: „Jeśli dobijesz na kamieniste plaże Keullu, usiane wielkimi skałami między którymi baraszkują płochliwe foki, zobaczysz tamtejsze spękane brzegi, przejdziesz się krawędzią czarnego klifu a potem spojrzysz na zielone równiny – uznasz że to piękne ziemie. I że błędem jest iż po dziś dzień pozostają bezpańskie. Kolonizacja byłaby tania, a klimat od Wielkiej Zatoki Kazarskiej aż po wody rzeki Chariuz jest całkiem znośny. Są tam łatwo dostępne rudy miedzi i żelaza – w wielkiej ilości, praktycznie na samej powierzchni, nie trzeba nawet kopać. Nikt się tym nie interesuje. Mówi się też coraz częściej o złocie na Ostatniej Rubieży, warto by to sprawdzić. Jej skały skrywają dobrej jakości olej ziemny, błogosławieństwo kiedy niepogoda i brak drewna. I nie trzeba się z nikim bić, nikogo przesiedlać – garstka Kazarów, trochę długouchach bandytów, bękartów i trędowatych... To nie stanowi żadnego problemu. [...] Sami bogowie wynieśli nas ponad inne rasy – czemu więc mielibyśmy spocząć w naszych staraniach, zbastować, siedzieć gdzie siedzimy? Czy nie powinniśmy wymagać od siebie więcej? [...] Czeka nas wielki trud. Już niedługo. Nie ważne czy jesteś Ciryjczykiem, Brusem czy Nufrinem, czy czytasz te słowa w oryginale czy w przekładzie, ważne że jesteś człowiekiem. Wielu wydaje się że czas krasnoludów i elfów dobiegł kresu – ale mamią się takimi gadkami, są słabi, lenistwo mąci im osąd. Oszukują i siebie i innych. Oni się tylko przyczaili. Nie pozwólmy im wykonać kolejnego kroku. [...] Największe z królestw Środkowego Południa powinny założyć tam swoje kolonie – tak, właśnie tam, a nie na Zielonych Wyspach, których większość nie będzie nigdy oglądać. Jeśli nikt tego nie zrobi, prędzej czy później wejdą na te ziemie elfy. Dziś jest ich garstka, samotne drużyny myśliwych, szajki obszarpańców nocujące w szałasach i brudnych półziemianach... ale kiedyś te obozy przeobrażą się w miasta. [...] Ciąża u goblina nie trwa więcej jak pięć miesięcy. Kiedy ich populacja wzrośnie do tej z czasów dziesiątek kalendarzy, czasów kiedy nasi praszczurowie nie dawali sobie z nimi rady? [...] Na Północy wyrośnie potężne państwo które kiedyś zgniecie Południowców”. Można się z nią zgadzać bądź nie, ale jest to tak popularny druk, czytany przez tak wielu, iż musiał się tutaj znaleźć. Elfy nie chcą wracać na ziemie ojców, a gobliny są jak duże żaby z kijami. No, może tylko nieco bystrzejsze. Absolutnie nic nam z ich strony nie grozi. Ale na Północny-Zachód warto żeglować, choćby dla krajobrazów, tutejszych ziół i minerałów.

* To pierwsze określenie (Odległa Północ) dotyczy wszelkich ziem na północ od ich półwyspu, włącznie z państwami elfów, drugie (Dom Dusz) jedynie południa Keullu.

środa, 21 czerwca 2017

Hure

Hure (Hyyree) – górzysta kraina Dalekiej Północy obejmująca północno-wschodnią część kontynentu, rozległy, rozbudowany półwysep. Całą jego powierzchnię pokrywają strome wzniesienia o wiecznie ośnieżonych szczytach; między nimi, w dolinach, skrywają się szerokie, wędrujące masy lodowe. Ich wyraźny, powolny ruch, nie ujdzie niczyjej uwadze. W zależności od pory roku – jest to tempo łokcia bądź kilku dziennie. Niektóre pokrywy lodowe zalegają w nieckach i rozpadlinach nieruchomo, ale większość pełźnie powoli ku morzu, gdzie spada z hukiem albo powoli zaściela wąskie piaszczysto-kamieniste plaże – rzadkość w tutejszym krajobrazie. W wysokie brzegi o niemalże pionowych zboczach wrzynają się głębokie zatoki, przypominające ślady gigantycznych korzeni. Wszystko to składa się na obraz dosyć niegościnnego, surowego miejsca, miłego jedynie stworzeniom nawykłym do mrozu. Lata są tu raczej chłodne, drzew się nie spotyka – dominują mchy, trawy i porosty, w przybrzeżnych wodach napotkamy jadalne glony oraz różne ruchliwe żyjątka które znajdują w nich schronienie, miejsce żeru i rozpłodu. Aż dziw bierze, że ich tu tyle. W ciągu większości roku, nadbrzeżne porosty są rudobrązowe, zielenią się krótko, w czasie lata – żywią się nimi ciężkie, długowłose woły, zające i małe gryzonie. Miejscowi zapytani o te ostatnie entuzjastycznie wymieniają znane im gatunki, na migi wskazują ich wymiary, i za każdym razem dodają, że wszystkie są bardzo smaczne. Jacy miejscowi?


Żyje tu garstka ludzi którzy jedzą surowe mięso, ubierają się w skóry i korzystają z kościanych narzędzi. Prócz glonów, i niewielkiej ilości korzonków – nie mają w zwyczaju jadać żadnych pokarmów roślinnych, a mimo to nie chorują. Polują na foki – tak te znane w naszych wodach, jak i ich spasione, ociężałe krewniaczki, którym sterczą z pysków długie szable. Doglądają niewielkie stada wołów, od oswojonych samic pozyskują mleko, a słabsze sztuki, kiedy inne nie widzą, zarzynają. Czasami polują na białe niedźwiedzie, głównie dla futer. Ich  łupem masowo padają zające i lisy, najwięcej jednak rybaczą: nie na sieci, nie na wędki, a z użyciem cienkiego harpuna. Ze skór, kości, a niekiedy drewna które przyniosły prądy – budują łodzie którymi potem wyprawiają się na wieloryby. Bardzo lubią tłuszcz i krew, zwłaszcza kiedy te są jeszcze ciepłe, świeżo wyprute z niedawno uśmierconego osobnika. Uważają je za najzdrowsze i najszlachetniejsze pokarmy. [...] Wszystkie narzędzia wykonywali od niepamiętnych czasów z kości, dopiero dzięki sporadycznym kontaktom z podróżnikami z południa, dryfującym wrakom i zagubionym kufrom – weszli w posiadanie żelaznych ostrzy.
Z uwagi na futra jakie noszą, łatwo można ich pomylić z dzikimi ludźmi – którym bliżej raczej do zwierząt. Istoty te żyją z dala od tutejszych łowców, ale powszechnie występują w ich opowieściach, przesądach; matki starszą nimi dzieci.
Kiedy człowiek stoi daleko od dwunożnej sylwetki, ciężko mu ocenić czy ma do czynienia z kimś kto zdarł futro ze zwierzęcia, czy też jest nim porośnięty – rzeczowe stawiają sprawę miejscowi. Pomyłki bywają śmiertelne, choć lokalni łowy twierdzą że dzicy ludzie wydzielają bardzo charakterystyczną woń (zwłaszcza w okresie godowym), i zawsze wiadomo kiedy są blisko. Starają się ich omijać, nie chodzą tam gdzie choć raz zobaczyli ślady wielkich, szeroko rozstawionych łap, na tak zidentyfikowane żerowiska i miejsca odpoczynku. Są ostrożni, bo w walce ze śnieżnym człowiekiem niewielu ma szanse. Nie raz bywało, że grupka wyrostków pochwyciła małego dzikiego, zamęczyła go – a rodzice w odwecie wymordowywali we śnie całą osadę. Jedni mówią że dzicy żyją samotnie, inni że w stadach. Komu wierzyć – nie wiadomo. Bywa chyba tak i tak. Śpią w śnieżnych jamach, jaskiniach, a wedle niektórych, gdy chcą odetchnąć, gdy czują się zmęczone – rozpływają się w powietrzu, jak duchy. Ponoć pojawiają się tam gdzie błądzą świetliste kule, jakby był między nimi jakaś zależność. Z tymi kulami też związanych jest masa historii. Łowcy starają się ich unikać, często żywią względem nich paniczny lęk, z przekonaniem twierdzą że mamią one myśliwych, bawią się nimi, zsyłając nań wizje pięknych kobiet bądź wywołują silny niepokój, doprowadzając do szaleńczych ataków na współtowarzyszy, samobójstw i innych okropieństw. Mają na ten temat wiele opowieści – przekazywanych z pokolenia na pokolenie – brat bratu, ojciec synowi. I kiedy tak się ich słucha, ciężko oprzeć się wrażeniu że mówią one prawdę.


Na Hure najłatwiej dostać się idąc wzdłuż wschodniego wybrzeża, bądź płynąc statkiem  (co ogranicza do minimum ryzyko spotkania z goblinami). Pamiętajmy, że nie ma tam żadnych stałych osad ludzi z Południa, a miejscowi mogą nie być zadowoleni kiedy przybędzie im kolejna gęba do wyżywienia – zdarzało się nie raz, nie dwa, że taki kłopotliwy gość był podstępnie zabijany, a jego majątek dzielony w obrębie klanu. Nie są wybredni i wszystko wydaje się im cenne. Jedyne pewne schronienie oferują osady gnomów. Jest ich zaledwie kilka. Łyse pokurcze prowadzą tu swoje badania od setek lat, są to praktyki niedostępne dla oczu postronnych, których zazdrośnie strzegą, a czynią to tak pieczołowicie iż wypierają się nawet ich istnienia. Lepiej z nimi nie zadzierać, zawsze mają ze sobą nabitą broń, a potencjalnych świadków naszej krzywdy jakby przyszło co do czego raczej nie będzie. Ponoć udamawiają dzikich by im służyli. (Jakby to nieprawdopodobnie nie brzmiało, przyznać trzeba że w przypadku gnomów, po których można się spodziewać wszystkiego, jest to możliwe). Ciężko jest przetrwać na Dalekiej Północy, dlatego wzorem miejscowych – kopią tunele w stabilnych lodowcach. Mówi się o rozległych podziemnych kompleksach ciągnących się aż pod Zugraw, i dalej, do Awrii, ale takie opowieści należy raczej włożyć między bajki. Gnomy najprawdopodobniej zaopatrują swoje siedliszcza potajemnie niewielkimi statkami, w okresie letnim, kiedy większość kontynentu pływa na Dalekie Południe. Starają się zachować lokalizacje swoich siedzib w tajemnicy, o co nietrudno, zważywszy jak niewielu tam ludzi. Pojedynczych zuchwalców łatwo się pozbyć. Klimat jest morderczy, skały wysokie – niekiedy nie muszą nawet wyciągać broni – wystarczy zepchnąć ciekawskiego w przepaść.  Jeśli wpadnie w lodowe szczeliny, jego ciało w stanie niezmienionym przetrwa setki lat. Kiedyś opowiadano mi historię zrozpaczonej kobiety która w  poszukiwaniu swego kochanka z lat młodzieńczych udała się na Hure, równo w czterdzieści lat od jego zaginięcia, kiedy w końcu odłożyła pieniądze na statek, zapasy, psy i tak dalej. Udała się na Daleką Północ, wciąż wierząc, że on, dawniej przecież silny, rozumny, gdzieś tam żyje i radzi sobie jak umie. Może założył rodzinę, a może jako pustelnik? Nie widziała, ale nie dawało jej to spokoju i chciała sprawdzić. Nic nie było dla niej ważniejsze. Odchowała już dzieci, miała dorastające wnuki. Wcześnie owdowiała. Była już dobrze po sześćdziesiątce, i czuła że teraz albo nigdy. I traf chciał że znalazła ukochanego. Sześćdziesięcioletnia staruszka, pomarszczona jak zasuszone jabłko, i on – taki  jakim go zapamiętała: młody, z ciemnymi włosami, w swoim podróżnym ubraniu, prawie niezużytym. Piękny. Ciężka zmarzlina troszkę spłaszczyła ciało, ale głowa zachował się w stanie idealnym. Podobno nie dała rady go pochować, bo serce pękło jej z żalu. Leżą teraz gdzieś tam razem, nad kamienistym brzegiem, pod niewielkim kurhanem. I takie historie ma ta kraina.

Na obszarze całego Hure natkniemy się na kamieniste potoki i wartkie rzeki, stanowiące niemałe niebezpieczeństwo dla zmęczonego chłodem piechura, którego zawodzą już mięśnie, morzy senność i głód. Wszystkie mają silny nurt, pełen niebezpiecznych zawirowań – równie łatwo można się w nich utopić, co roztrzaskać głowę. Hure błędów nie wybacza. Kamieni tam tyle co kawałków bulw w dobrej zupie. Na ogół są całkowicie niemożliwe do pokonywania łodzią czy tratwami. Nie obejdzie się bez mocnych lin i bystrego oka miejscowych.
Jak nam donoszono – w centralnej części Hure, w czasie lata, na powierzchni topniejącego lodowca, tworzą się rzeki i rzeczułki – po nich można pływać bez strachu, co gnomy robią dla zabawy. Tuż przed dużymi kaskadami, wykazując się refleksem, zatrzymują łodzie zahaczając o wbite w lód haki, co uważają za dodatkową atrakcję. Ciężko tam dotrzeć, jednak nie ma po temu żadnych sensownych powodów – zatem strata niewielka.
[...]
Hure to nie jest gościnna kraina, i pod wielkim znakiem zapytania stoi czemu ludzie wywędrowali tak daleko na północ, trwając przy tym w swoich zwyczajach, ucząc się jednocześnie od zwierząt i przystosowując do warunków co do których wydawałoby się, że nie idzie przywyknąć. Nie powiem, trochę tam nie zdziczeli, obyczaje mają surowe, niekiedy niezgodne z naszymi pojmowaniem moralności – ale w większej części nadal pielęgnują bliskie nam wartości: przyjaźń, odwagę, poświęcenie. To może zaskakiwać, bo często ich zniszczone mroźnym wiatrem twarze nie zdradzą emocji. Dopiero przy bliższym poznaniu, kiedy zobaczą w nas takiego samego człowieka jak w reszcie współplemieńców – otwierają się. Wtedy ich lica są niekiedy jakby radosne, mniej srogie. To cisi, twardzi ludzie. Nie wolno ich wykorzystywać, objadać ani traktować z pogardą, nie zasługują na to.
[...]
Dzięki zapracowanym gnomom, wiemy, że znajdują się tu bogate złoża rudy, trochę złota, a także gębko ukryte pokłady oleju ziemnego. (Ponoć przy jego pomocy ogrzewają swoje podziemia). Jest to więc tylko pozornie miejsce niewarte uwagi. Nie wszyscy tam napotkani ludzie mają szczere i gorące serca, nie wszędzie przyjmą nas z otwartymi ramionami, ale jeśli nie zajedziemy nikomu za skórę – ze strony ludzi nic złego nas nie spotka. Nie dostaniemy strzały w plecy, nikt nie zaatakuje nas bez ostrzeżenia. To klimat jest najgorszy, mróz, wiatry, zamiecie. I zwierzęta. Dzicy ludzie, niedźwiedzie oraz jedyne znane nam foki polujące na inne foki,  ludzi a nawet małe wieloryby. Ich okrwawione gadzie pyski będą śniły mi się do końca życia. O mało nie straciłem przez nie nóg. A mimo to wciąż mnie tam ciągnie, i czuje że będę powracał na Daleką Północ.

Powyższy tekst napisał Iioteo Tunuur, handlarz z zawodu, z zamiłowania obieżyświat i pisarz. Zaginał w niejasnych okolicznościach. Większość jego zapisków nie została upubliczniona. Niechaj ten będzie wyjątkiem.

wtorek, 20 czerwca 2017

Wielkie Jeziora

Dawnymi czasy tylko nieliczne szczepy elfów zamieszkiwały Północ i brzegi Wielkich Jezior.  Długousi woleli żyzne Południe, gdzie bogato obradzały winne krzewy, jabłonie i grusze, żyło się im tam dostatnio, a zimy – tak jak i dziś, łagodne – nie dokuczały zanadto. Nie mieli powodów by oddalać się  od wybrzeży i dolnych biegów rzek, ziemi było w bród a krasnoludzi rzadko im wadzili. Niscy brodacze dominowali w górach i na terenach wyżynnych, nie rywalizowali z nimi o niziny. Mimo zdarzających się stanów wieloletnich napięć, okresów trudnych i wieszczących wojnę – nie dochodziło między nimi nigdy do krwawych starć. Częściej brali się za łby między sobą, ale w sprawy sąsiadów starali się nie mieszać.
Po tym, jak u południowych wybrzeży zaczęły masowo pojawiać się omasztowione długie łodzie należące do bladych, odzianych w ciężkie kurty przybyszów, dzierżących topory, długie łuki i pochodnie, wielu elfów ruszyło na Północ – część dołączała do już funkcjonujących, dobrze zorganizowanych grup, żyjących nad wodami jezior od pokoleń; część pośpiesznie składała hołdy starym władcom, szukając miejsca na ich dworach, reszta zakładała nowe państwa – ziemi tam wszak nie brakowało (choć w wielu lasach grasowały gobliny, wtedy znacznie śmielsze niż dziś). Małe wioski porzucano prawie bez żalu, nie widząc szans na obronę, miasta posiadające fortyfikacje stawiały opór, ale w końcu i tak pod osłoną nocy, kanałami – opuszczały je sznury piechurów z lampami w osłonkach. Napływ elfów na Północ trwał setki lat. Kiedyś były to rubieże ich osadnictwa, a dziś to jedyna część kontynentu gdzie długousi, jak przed wiekami, są panami na swej ziemi i rządzą się wedle swych praw. Żyją tam między nimi nieliczne gnomy i krasnoludy, głównie kupcy, rzemieślnicy, technicy, oraz artyści różnych sztuk; ludzi idzie liczyć w setkach – rzadko kto z naszych tam dociera, a wraca jeszcze mniej. A mi się udało.


Na północy kontynentu, żyją potomkowie wszystkich elfich ludów którym udało się przetrwać okres zasiedlania południowych wybrzeży przez ludzi, brutalnych przesiedleń i pogromów: Mnur Ynnir, Cohaillsfruynn, Uenn Toll, Talmar, Kiwin a także Uteinn An, Inneir, Yseinn Ytain, Tueinn, Heilo, Inle, Yrgainn, Nnher Ynn (Nerin), Kina An Aar, Keuru, Kehra, Tuein, Uteinn An, Perei, Forhai-Forai, Kiello Mikkula, Kuelo, Meaed, Kenai-Keila, Aila, Kehura Kai, Suntainn, Kaj, Polwakhera, Mulla oraz Uinntar – szczepy miejscowe. I inni – o których nie wiemy nic. Żyjące między nami elfy nie mówią na ten temat. Często – bo nie chcą, a częściej – bo nie wiedzą. Czas robi swoje.
Z ludźmi z Południowego-Wchodu elfy żyły w pokoju, dzieliły ich zresztą niezamieszkałe ziemie dzisiejszej ibryjskiej macierzy, tamtejsze puszcze; kontakty były rzadkie: wymiana posłów, eskorta kupieckich karawan. Z przybyszami którzy osiedlali się masowo nad brzegami ich rzek, obecnego Środkowego Południa – nie było szansy na handel, mediację ani pokojową koegzystencje. Nasi praszczurowie przybyli tu po ziemie, te były żyzne, pełne zwierząt,  gdzie okiem sięgnąć równinne przestrzenie, mało gór, klimat przyjemny, a fakt że wszystko już było pobudowane, pola wykarczowane, gościńce szerokie i dobrze utrzymane – wystarczyło się tylko wprowadzić –  był dodatkową zachętą. Jedni mówią że tam skąd przygnało naszych przodków nie było nic, i stąd ta zachłanność. Inni że wywodzimy się z dużo wspanialszej kultury, która jednak upadła, i to pragnienie zawładnięcia tym co tak bliskie minionej codzienności, tak dziwnie znajome, odebrało im skrupuły, pomieszało zmysły. To już dywagację, skupmy się na faktach: według elfich kronik „jasnowłosi ludzie przyszli z Południowego-Wschodu, zza Teritallu [Ujallu], przez Kraj Wschodniej Puszczy [tym mianem Elfy określały tereny dzisiejszej Ibrii Właściwej], z wybrzeży, a nieliczni z Północy; nie byli tacy jak ci mieszkający w Ksin [Cinubrii] i Tuntaer [?], jak Horańczycy, mówili innymi językami i nosili futra”.
Aby dobrze to zrozumieć, te odległe wydarzenia – należy pamiętać że kiedyś ludzi było znaczniej mniej niż dziś. Mniej też było elfów i krasnoludów. Miasta były mniejsze, osady rzadziej rozsiane. Potwierdzają to mapy i spisy ludności. Kto posiedzi nad archiwami, poczyta butwiejące pisma, rychło pojmie że ludzie faktycznie odebrali elfom ojczyznę, ale dwakroć-trzykroć ją potem rozwinęli. Tak. Przechwałki odnośnie tego, iż pod siłą naszego oręża runęła potęga jakiej świat już później nigdy nie oglądał, i takież same skargi elfów co do bezpowrotnie utraconej świetności, można uznać za nietrafne. Ani te pałace nie były takie wielkie, ani nasi tacy potężni. Co nie zmienia faktu że działo się źle.

Nasi praszczurowie zaczęli mnożyć się na wielką skalę dopiero na Południu. Przynieśli choroby które dziesiątkowały elfów, bez względu na płeć i wiek. Dzicy, brutalni i niedomyci, nie byli zdobywcami w złotych blachach, z długimi zdobionymi mieczami. Nieśli ogień i zniszczenie, napełnili lękiem serca skłóconych elfów i krasnoludów.
Pogarda z jaką elfy odnoszą się do ludzi ma związek z tym że widzą w nas roznosicieli chorób, istoty brudne, głupie i gwałtowne. Co myślisz czytelniku o Warzarach? Pamiętasz jakie opowieści dawnymi czasy snuto o Barnijczykach, albo co opowiada się o mieszkańca Feni? Tak nas właśnie widzą elfy. I nie dziwota – bo daliśmy im po temu  liczne powody.

Wyżej ucinałem pączkujące dygresyjne rozważania o poziomie cywilizacyjnym naszej rasy i legendach, tutaj na kilku linijkach  do nich powrócę (bo chyba nie  da się od tego tematu uciec). Wielu twierdzi że biali ludzie przybyli na Kulin po tym jak bóg mórz Ukurion zatopił ich kontynent, z tym że jest to tylko i wyłącznie kwestia wiary. Spekuluje się też, iż mogli zostać zmuszeni do opuszczenia swoich siedzib w Efrze Północnym, kiedy z wschodu i południa przyszli doń orkowie, lub też, że opuścili swą kolebkę nad morzem wewnętrznym Naaj, leżącą w sąsiedztwie ziem bitnych Kchmurów. Państwa które powstały po upadku Imperium Cin, były dostatecznie silne i dobrze zorganizowane by obronić się przed najazdem. Dlatego nasi przodkowie ruszyli dalej – na zachód. Wizja pradawnej cywilizacji, której miasta i pałace pogrążyły się w odmętach wzburzonego morza, może jest malownicza, stanowi wdzięczny temat dla bardów, ale niewiele poza dopasowywanymi na silę okruchami świadczy o tym że jest prawdziwa. Zresztą czy tacy herosi nie daliby rady Ludom Południowego-Wschodu?
(Kiedy plemiona ciryjskie i bruskie popłynęły na Run, dokonało się to samo  co na południu Kulinu).




Dotrzeć do Wielkich Jezior nie jest łatwo. Przez Zugraw praktycznie się nie da (czym zresztą Zugrawczycy zaskarbili sobie wielką wdzięczność elfów i ich wieczną przyjaźń); przez Warzarię – niebezpiecznie i z trudem. Przez Wielką Zatokę i nabrzeżne, bezimienne góry – droga długa, szlaki niezbadane. Od południowego-wschodu, przez sięgające nieba Isentar, ich pogórze i górskie labirynty Hrollnairdu – też ciężko. Rzadko kto się przez nie przedziera; nawet doświadczeni w wspinaczce piechurzy, zamarzają jeszcze na ibryjskich przełęczach albo giną rozszarpani przez wygłodniałe wilki; poza tym polują tam gobliny, liczne plemiona (można spotkać tam ich stałe osady). Innymi słowy, to miejsce do którego lepiej się nie pchać. Jak zatem znalazłem się między elfami? Przemykałem warzarsko-zugrawskim pograniczem. Opuszczonymi rozległymi tunelami, nad którymi nie było żadnej nadziemnej zabudowy, znanymi tylko wtajemniczonym, między warzarskimi stepami a skalistym Zugrawem, kryjąc się za głazami  i kopcami usypanymi setki lat temu ze wszelkiego możliwego śmiecia, które odwiedzali z rzadka tak Warzarowie jak Zugrawczycy. W sobie tyko wiadomym celu (były tam puste butelki i potłuczone garnce, kawałki drewna, strzępki szmat, wbite ostrzem do góry włócznie, kości, podziurawione pancerze, duże kamienienie, czaszki koni) – tak zostawiłem za sobą Skodtal i źródła rzeki Nintien. Prowadziły mnie dobrze opłacone gnomy – dla których nie była to pierwszyzna, które od dekad żyły z tego że prowadzą na Północ każdego kto ma dość złota, i komu jednocześnie brak rozumu by decydować się na taką eskapadę. Brnęliśmy, krok za krokiem, z duszą na ramieniu – ja w nieznane, oni do ziem krewniaków. Warzarowie (o ile nie wzięliby nas za Zugrawczyków, a co nie było prawdopodobne z uwagi na wzrost moich kompanów), zabiliby nas i okradli, nie tracąc czasu na pochówek. Zugrawczycy – po nich można się wszystkiego spodziewać – najpewniej skończyliby z nam strzałem prosto w serce z dystansu. Bez pytań, bez ostrzeżenia. Poza tym dzikie zwierzęta: wielkie koty, wilki, a nade wszystko te masywne włochate potwory z rogami na pysku. Wprawdzie żywiące się trawą i porostami, ale rozwścieczone (o co nietrudno, bo mają w zwyczaju zazdrośnie strzec swych pastwisk), w czasie szarży, uderzają z siła tarana. Wyrzucając człowieka na kilkanaście stóp w górę, wywlekając przy tym jelita (a przy upadku, nieszczęśnik pogruchota sobie jeszcze kości). Nie ma wielkich szans na przeżycie czegoś takiego – a jeśli w okolicy nie ma żadnych drzew, żadnego głazu – ratować się nie sposób. Są tak kosmate, tak gruboskórne, iż ciężko je czymkolwiek zranić. Aby je odgonić, trzeba się sporo natrudzić. Gnomy twierdzą że jedyny sposób na upartego osobnika to podpalenie, wtedy bestia rzuca się na ziemie i zaczyna tarzać, a potem jakby traciła swój słynny zmysł powonienia. Będąc prawie ślepymi – mają problem ze znalezieniem swej niedoszłej ofiary, wtedy trzeba gnać co sił w nogach. Tak słyszałem.
Obok dzikich zwierząt, me serce trapiły też zagubione dusze w jakie wierzą koczownicy ze stepów, błędne ogniki, bogowie jacy się tędy rzekomo przechadzają, i pogoda, która równie skutecznie mogła pozbawić nas żywota jak wymienione wcześniej kudłate potwory. Nawet gnomy były niespokojne, co potwierdzało, że trzeba mieć się na baczności. (Choć z warzarskich przesądów to się akurat śmiały, ale zaraz potem dodawały, z pełną powagą, że z tymi wędrującymi kulami światła to jednak nie ma żartów).

Kraina Wielkich Jezior i Królestwa Elfów to terminy stosowane przez ludzi wymiennie i absolutnie dowolnie. Pojawiają się w rozmowach kupców, wśród rynkowych przekupek, słyszy się je w tawernianych podcieniach i na bogatych dworach, skrobie w kajetach, przy domach nauk, na uniwersytetach – wszędzie. Wszyscy doń przywykli i nikt tego nazewnictwa nie podważa, a przecież elfy nie tylko tam mają swoje siedziby, i nie tylko koronowane głowy sprawują wśród nich rządy, prócz monarchów w imieniu bogów prawo stanowią też kapłani, wiele społeczności przywiązanych jest do swego ludowładztwa, a na obrzeżach, w górach – o życiu i śmierci decyduje mróz i kaprys duchów. Ciężko o tym mówić dokładnie komuś z zewnątrz, nieznającemu tutejszych niuansów, języka, zmuszonego do ciągłego pośrednictwa tłumaczy lub zdanego na uśmiech losu, który następuje zawsze ilekroć rozmówca prócz swojego, rozumie także języki Południa – jednak trochę wiedzy zgromadziłem. Ośmielę się stwierdzić że znacznie więcej niż inni. I wróciłem cało – zatem poradziłem sobie niezgorzej.
Doświadczenia jakie posiadłem – tak te inspirujące, pozytywne, jak i gorzkie, dość niewesołe a niekiedy wręcz makabryczne – zmieniły moje wyobrażenie o tych ziemiach. Całkowicie. [...]
Gadać jak długousi niełatwo, język można sobie połamać (i to w kilku miejscach), elfie narzecza są wyjątkowo skomplikowane, ale jak kto ma dwie ręce, dwie nogi, to nie tak trudno wtopić się w miejscowy tłum, wystarczy dobra odzież skrojona wedle tamtejszych gustów, a to jak wszędzie załatwia złoto. To i troszkę ogłady starczy w zupełności. A z resztą, elfy po lasach i tak chodzą obdarte. Goszcząc u pewnej elfki, słusznie podejrzewanej przez niektórych członków tamtejszej społeczności o ukrywanie ludzi, przerysowałem ogólną mapę regionu, potem miałem okazję ją poprawiać korzystając z innych (mniej i bardziej dokładnych). Nie znam elfickiego pisma – więc nie jestem w stanie oddać idealnie brzmień nazw poszczególnych miast, siedzib i obozów, ale to co wynotowałem to i tak sporo. Moja robota jest czymś nowym, świeżym, kładę tym tekstem podwaliny pod badania elfich społeczności Północy. Skromne? Może i tak! Ale nie zmienia to faktu iż przecieram szlaki. Ten kto zapozna się z moimi zapiskami będzie miał o wiele większe szansę nie zakończyć swej północnej przygody już na początkowym etapie, ze strzałą w oczodole (jak to się przytrafia pechowej większości) ominąć niebezpieczeństw i dotrzeć dalej!

Nim jednak przejdę do rzeczy, zacytuje Stardara Zagraza, Zugrawczyka który samotnie i z elfimi drużynami, niekiedy na zlecenie własnych rodaków, niekiedy tylko w sobie znanym celu, przemierzał ziemie na który nie stanęła dotąd stopa nikogo ze Środkowego Południa, Ibrii czy Hatlanu, tyczy się to wprawdzie nie Krainy Wielkich Jezior, lecz ziem sąsiednich*, niemniej jest warte uwagi: „na północ od rachitycznego Boru Kurum, kontrolowanego przez elfy, znajdują się »miasto Illin«, daję tę nazwę w cudzysłów, bo wbrew temu co się mówi, w rzeczywistości jest to obóz wewnątrz ziemnego wału, z wysokimi drewnianymi ścianami, stanowiącymi ochronę nie tyle przed nieżyczliwymi ludźmi, co dzikimi zwierzętami, zwłaszcza wszędobylskimi niedźwiedziami, których jest tu masa. Na południu można by go łatwo puścić z dymem, ale tutaj nie jest to w niczyim interesie. Średnica pierścienia to około stu kroków. Na środku osady jest głęboka studnia, bez wody. Schodzi się nią do korytarzy gdzie mieszkańcy składują żywność. Służy też do ukrywania się przed dzikimi ludźmi, którzy czasem zapuszczają się tu w poszukiwaniu jedzenia (na szczęście nie znają ognia). Niekiedy miejscowi mylą ich z niedźwiedziami. [...] W mieście rządzą elfy, ale żyje między nimi garstka ludzi. Bór Maral, równie rzadki i niski co Kurum, leży po drugiej stronie płytkiej i kamienistej rzeki Fyrunn, również jest siedliskiem elfów, można się na nich natknąć także dalej na północy, posród szczytów Ostatniej Rubieży, gdzie polują na białe niedźwiedzie. Prócz tego upodobały sobie  stoki Gór Kurumskich, leżący wśród nich głęboki Phreion o niespokojnej tafli i rozlewiska rzeki Chariuz. [...] Północny brzeg długiej, wąskiej zatoki do której wpływa Chariuz nazywają Nulkin, południowy zaś Huwir, obozują tam często. Podróżują też w sobie wiadomych celach po Lyurnnie, ale nie maja tam stałych siedzib. Widywałem też grupy pływające po  niebezpiecznych wodach rzeki Hikin, tam gdzie wpadają doń połączone nurty Obmal i Orli.
Na południe od środkowego biegu Hikinu znajdują się dwie osady, które odwiedziłem szukając druha z dawnych lat. Żyją tam Kazarowie. Nieopodal jest kamienno-drewniana twierdza Thurog, gdzie obok Kazarów, spotkać można wiele elfów Yssein Ytain i Kuelo. To renegaci. Sprzeniewierzyli się władzy Phure Zerin i obecnie płodzą z kazarskimi brankami mieszańców. Dobrze się im tam wiedzie – jak na Północ oczywiście”. Dalej Zagraz otwarcie mówi o przeniewiercach i bandytach, elfach przegnanych i poniżonych, z wypalonymi na twarzy krzyżami, pręgami, bez nosów. Uciekinierach z szafotów, aresztów, więzień, za którymi ciągną ich kaci, strażnicy i seniorzy, czujący się w powinności zmyć kłopotliwą plamę na honorze, doprowadzić bieg rzeczy do końca. Tak właściwie wielu z nich nie tyle gryzie sumienie, wstyd wynikły z poczynionego w sztuce błędu, niedopatrzenia, co niezadowolenie starszyzn. Póki nie uśmiercą winnego, nie dadzą satysfakcji ofiarom bądź ich rodzinom, nie mają czego szukać pośród pobratymców. Zagraz to prawdziwy oryginał i bystry obserwator. Dopełnia nasze informacje, negując przy tym te, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Prawda którą przekazuje jest surowa, taka sama jak tamtejsi długousi, zahartowani przez trudy i niewygody. Dlatego nadal warto go czytać. Niestety, nie wspomniał w swych zapiskach nic a nic o tym, że tam gdzie przywiodły mnie gnomy, znajduje się właśnie taki dziki, niepewny obszar (choć mogłem się tego domyślić). Warzarsko-elfie pogranicze przywitało nas wielkim pożarem. Nasz kontakt leżał na progu swojej ziemianki, z rozgruchotaną głową i przetrąconymi kończynami. Obok walał się mózg i kawałki kości, niezapiękny widok. Jego wytatuowane, błękitne ręce były sztywne jak drwa – i tylko po tych skomplikowanych wzorach moi towarzysze go poznali (każdy ma wśród nich inne). Wyniesiono z jego domu wszystko, co można było udźwignąć, ostał się tylko kamienny piec, pewnikiem przeoczony pogrzebacz i potłuczone misy z niedojedzoną kaszą (smakowała wybornie, a my nie wybrzydzaliśmy). Jak się później dowiedziałem, po latach spokoju, zaczęło dochodzić do tarć z jednym z warzarskich klanów, i większość tutejszych Truille opuszczała te ziemie. Zakapturzony, dołączyłem do uchodźców. Reszta butnie, choć dość ponuro – zapewniała że wyrżnie wszystkich Warzarów po ich stronie gór, a potem weźmie się za resztę. Gnomy zobowiązały się towarzyszyć mi aż do Wielkiego Jeziora Snów, gdzie ktoś miał się mną zaopiekować. Droga była długa, ale znośna.

Czytelniku, wyobraź sobie, że rozwijam przed Tobą rulon z moją pośpiesznie skopiowaną, nie do końca trzymającą się skali mapą. Szkicem niewiele mającym wspólnego z kunsztem uczonych kartografów, których wprawne dłonie bez trudu oddają pomiary i proporcje, bez ozdobnych figur kilkugłowych smoków, gryfów i innych potworów, bez bordiury i zawijasów – za to z masą plam, odręcznych notatek i fonetycznych zapisów mian grodów, jezior, rzek, które wieczorami cierpliwe mi sylabizowano (kpiąc przy tym z mojej rzekomej niepojętności). Pożółkły, zmięty papier, który niejednokrotnie zamókł podczas pokonywania rzek. Bezcenne świadectwo odbytych włóczęg, na które naniosłem to czego inaczej bym nie spamiętał.

Kraina Wielkich Jezior leży pośród rozbudowanych łańcuchów górskich, tworów jakich na Południu się nie uświadczy, przytłaczających swą skalą i surowością, składających się z dziesiątek mniejszych i większych pasm. Sama jest dość pagórkowata, równiny stanowią tylko niewielki skrawek jej obszaru (najwięcej płaskich terenów znajduje się w miejscu gdzie otwiera się na stepy Warzarii i zachodni Zugraw). Góry ciągną się bez końca, aż po horyzont. Żaden podróżnik nie może mieć pewności że uda mu się je pokonać, nawet najszybszy elf – a to uczy pokory. Moi towarzysze, którzy niejedno widzieli – odradzali górskie szlaki. Prowadzili mnie przez terenie niebezpieczne, ale nie tak jak te z których zrezygnowaliśmy, bo choć urzekają spokojem – są to tylko pozory. Mój gnomi przewodnik, mimo że sięgał mi zaledwie do pasa – stwierdził, że łatwiej jest konfrontować się z agresywnym „dwunogami” – niezależnie od tego jakie mają uszy i ile ważą – niż z naturą. Wtedy mnie to rozbawiło, ale po kilku latach wśród długouchych zmieniłem zdanie.
Góry otaczają elfie terytoria od każdej strony, poza centralną częścią ziem południowych, choć i tam nie brak łagodnych wzgórz i pagórków. Izolują i chronią. Wżynają się w nie od północy, nadając krainie kształt rozrośniętego rogala, dzieląc ją na część wschodnią i zachodnią – nie różniące się jednak zbytnio od siebie. Większość przestrzeni  porastają iglaste lasy, nie ma tam za wiele wolnych przestrzeni, nie spotka się uprawnych pól. Wprawdzie od biedy szło by tam sadzić zboża, ale elfy tego nie robią – zadowalają się jagodami i korzonkami, mąkę ściągają z Południa, przez Zugrawczyków – kim zaś wysługują się Ci drudzy, nie wiem – ale interes się kręci, i jest nawet dochodowy.
Pierwsze na co zwraca uwagę każdy komu pokazywałem mapę, to trzy wielkie jeziora, właściwie śródlądowe morza o słodkiej wodzie: Slojd, Annetear, i Bane; oraz trzy nieco mniejsze: Inle, Ysei i Tueino. Z racji tego że nie poznałem dokładnie tamtejszej historii, podziałów klanowych, politycznych, ani szczegółowej geografii – liznąłem raptem to i owo – pisząc o tym wielkim obszarze, dzielę go na trzy części, tak jak poopowiada logika, wygoda i prawidła komunikacji: Sljod i okolice (północny zachód); Inle-Ysei-Tueino (południowy zachód); Annetear-Bane (wschód). W kolejności jak wyżej, będą omawiane, choć nie odzwierciedla to etapów moich podróży. Często kluczyłem, często nie wiedziałem kompletnie gdzie jestem, a i moje gnomy wydawały się wówczas zakłopotane. Późniejsi towarzysze drogi byli tylko nieco lepiej zorientowani. Karmiła mnie kapryśna natura, a schronienia udzielali nieliczni obcy wśród elfów, radzi z widoku kogoś ze Środkowego Południa, ciekawi świata, wieści z rodzinnych stron. (Choć byli tacy, którzy nie chcąc się narażać – przepędzali mnie, bez żadnych skrupułów). Kiedy gnomy odeszły, zostałem zdany sam na siebie. Na szczęście nie na długo. Kto mi jednak pomagał – rzec nie mogę, bo sprowadzić kłopotów na tę uczynną głowę nie chcę. Spać z tym bym nie mógł spokojnie czytelniku – zrozum mnie! Inne pomocne postacie, ku memu zaskoczeniu, zjawiały się zawsze w krytycznych momentach. Sam – nie dałbym rady. Mogę śmiało rzec że miałem dużo szczęścia (i ktoś tam na górze chyba nade mną czuwał).
No, było trochę o tworach bogów, którzy kształtowali powierzchnię świata w czasach pradawnych, teraz pomówmy o dziełach ich naśladowców i wyznawców.
Jak wyglądały elfie miasta w momencie przybycia ludzi – nie wiemy. Już dawnymi czasy, w kilka-kilkanaście dekad po lądowaniu u ujść Ballnaru, Jarwy i Fjalajniru, ostały się po nich tylko fundamenty i pojedyncze cegły. Budowle niszczono zarówno w czasie pierwszych szturmów jak i w latach późniejszych, podczas pozyskiwania budulca.  Masowo.  Niszczono budynki mieszkalne i świątynne, domy nauk i łaźnie, nie zachowując przy tym ni krzty szacunku ni cienia uznania, ani dla kunsztu, ani dla skali eflich przedsięwzięć.  Destrukcja była jednym z najczytelniejszych, najbardziej widowiskowych objawów tryumfu nowych panów wybrzeża, i początkowo jedynym na jaki było ich stać. Co można było zaadaptować –  przebudowywano. Bez wahania skuto elewacje, rzeźbienia, rozorano błyszczące onegdaj posadzki, to zaś, co szczęśliwie się uchowało, szybko podupadło. Wypalone pałace i kamienice bez swych lokatorów nie przetrwały próby czasu; belki gniły, silny wiatr dął a rosnące w szczelinach drzewa robiły swoje.  A nikt tego nie szkicował, nie opisywał. Nie ostały się żadne ryciny, żadna studia, bo w złym tonie by podziwiać dzieła dawnych mieszkańców – przynajmniej głośno. Po cichu jednak, wyczuć można było nieco inne nastroje, dalekie od butnej pogardy, niekiedy związane z lękiem, niekiedy gorzką refleksją, iż oto taki piękny kraj przyszło obrócić w ruinę, w tak krótkim czasie.
Dziś nie znamy żadnych nienaruszonych poelfickich ruin, żadnych murów które powiedziałby by nam cokolwiek o tym na jakim poziomie faktycznie byli ich mieszkańcy (a przynajmniej na nic takiego nie natrafiono – choć kto wie co jeszcze kryje się po lasach?). Zachowało się trochę płaskorzeźb i posągów – ale są teraz w opłakanym stanie. Niekiedy wyławia się ich elementy z jezior, rzek, ale nie ma tego wiele. Zresztą zatopione skarby zawsze są szybko rozkradane, i nim trafia przed oblicza tego czy innego króla, księcia czy zarządczy – wpadają w łapy kolekcjonera. Na elfie starożytności zawsze jest popyt – trzeba tylko mieć rozeznanie.
Pamiętam, że kiedy z marbadzkiego jeziora Berie wyłowiono kobiecą głowę z białego marmuru, o wysokości czterech stóp, z obtłuczonym nosem i wargami – rewellski władca zapłacił za nią w złocie połowę jej wagi, a kiedy w nurcie Uialmanen odnaleziono rozczłonkowaną dziecięcą figurę, znalazcy otrzymali za nią czterysta srebrnych monet! Toż to majątek! Gdyby tylko nasi praszczurowie wiedzieli jak chodliwy towar niszczą... nie powalali posągów elfich bóstw, nie oszpecali ich ani nie topili w nurtach rzek... To ostatnie jednak na dobre im wyszło – praktykowały to same elfy, które nie chciałby by figury miejscowych bóstw opiekuńczych, przodków i wielkich mistrzów – zostały zbezczeszczone.
Prócz tych pomniejszych okruchów przeszłości, po starożytnych elfach dotrwały do naszych czasów tylko filary mostów i resztki bruku na nieużywanych już traktach. Po akweduktach i ozdobnych łukach nie ostała się ani jedna cegła. Pomniejsze cmentarze zarosły i pamięć o nich zaginęła, większe zostały rozebrane, aby było z czego stawiać młyny i stodoły. Poza tym nic.  Logika podpowiadałaby że na Północy znajdziemy odpowiedź na wszelkie pytania – nic bardziej mylnego! Elfy znad Jezior to już nie ci sami długousi którzy namiętnie pielęgnowali sady, budowali kamienne drogi i ochoczo stawiali bogate w detale pałace. Tutaj warunki są inne, inne są potrzeby, odmienne oczekiwania.
Jest takie wyświechtane powiedzenie, że wojna zmienia wszystko i wszystkich, truizmem jest je tu przytaczać i źle wygląda w tekście, ale oddaje sens tego co zaszło. Uchodźcy nie myśleli już o sztuce czy sensie istnienia – chcieli po prostu przeżyć, a kiedy dużo gęb do wykarmienia, nie jest to łatwe. Naprędce budowali schronienia, zasiedlając nawet jaskinie. Stawiali drewniane chaty z bali i ziemianki. Z czasem zaczęli kuć krasnoludzkim wzorem wnęki mieszkalne w pionowych ścianach, wykorzystując do tego celu ostańce. Po latach, oswoiwszy się z realiami Północy, próbowali reaktywować dawne zwyczaje, ale tutaj nie zdawały egzaminu, ziemia nie była tak żyzna, drzewa owocowały skromnie. Elfy które mieszkały wśród Wielkich Jezior od pokoleń, uczyły ich jak polować. Żyły w niewielkich osadach, na zamkach nie większych niż strażnice czy forty kolonistów rozsianych po wyspach Dalekiego Południa. Miasta po których spacerowałem, powstały niedawno, po roku zero. Niektóre z nich urzekają i zaskakują, ale większość nie równa się z tym co znamy z rodzinnych stron. Być może się mylę, ale w ostatnich latach starej ery tereny te dopiero zaczynały być zasiedlane. Zachowały dziki charakter.


Sljod i okolice




Wielkie Jezioro Sljod. Stojąc na jednym jego krańcu nie widzimy drugiego, i to nie z powodu mgieł (choć te są tutaj częste). Pierwsi którzy docierali nad jego południowe brzegi, zakładali że musieli dojść do krańca kontynentu, że są nad jakąś zatoką, a dalej to już tylko Białe Pustkowia. Dziwiła ich tylko słodka woda – ale widok fok baraszkujących na plaży i pośród głazów, raczej utwierdzał w tym przekonaniu. Bo kto widział foki, zwierzęta morskie w głębi lądu? Elfy do dziś nie znalazły wyjaśnienia. W końcu uznały że musi to być rzecz zwyczajna. Nasi uczeni, którzy słyszeli o tym fenomenie, wskazywali na teorię przemian, zakładającą że zwierzęta w każdym pokoleniu nieco się zmieniają, gwałtownie bądź subtelnie, i poprzez krzyżowanie najsilniejszych osobników – przekazują dane cechy potomstwu. Tak, mówię o poglądach rozpropagowanych przez Zurwina Tympiona, tych które zrodziły pytanie: „czy krasnoludy to skarlali ludzie, czy ludzie to wyrośnięte krasnoludy?” i skazały go na potępienie lokalnych kapłanów oraz możnych. Dla własnego bezpieczeństwa, opuścił rodzinne Unnter Kunien, nie znajdując tam zrozumienia w żadnym z księstw, u żadnego władcy i popłynął na Zielone Wyspy. Na Dalekim Południu kontynuował swoje obserwacje i pisał prace na temat dziedziczenia cech – aż mu się zmarło.
Zatem – zwierzęta te kiedyś musiały polować w okolicznych lasach, i dopiero z czasem zaczęły się przeobrażać, co umożliwiło im sprawniejsze pływanie. Nie brzmi to wiarygodnie, ale tak mówią.
Inni uczeni twierdzą, że elfy same musiały przywlec je na Północ, a potem kilka osobników im uciekło i zaczęły się mnożyć jak króliki, bez wiedzy ogółu tamtejszych społeczności. Mając praktycznie nieograniczony dostęp do ryb i niewielu konkurentów – rozpleniły się po całym terenie, migrując rzekami i przełażąc lądem. No ale nie same foki tam żyją.
W wodach Wielkich Jezior widuje się wodne smoki, nie jest to ten dobrze nam znany, morski typ o szarym, pokrytym skorupiakami pysku – ale jakaś lokalna odmiana, niezbyt liczna i znacznie mniejsza – ale żre dużo, choć jeśli nie wchodzi się jej w drogę, nie jest niebezpieczna. Trzeba tylko uważać na płyciznach i w okresie godowym, kiedy świergoczą w szuwarach i na lekko wystających nad wodę kamieniach, często prawie niewidoczne. Żywią się głównie rybami i skorupiakami – jednych i drugich tu nie brakuje, we wszelkich formach i rozmiarach. Elfy też je jedzą. Na ogół nie stanowią zagrożenia, i znając metody – łatwo można je złapać.
Wbrew temu co się mówi na Południu – tutejsze elfy nie głodują. W zimnych wodach jeziora Sljod natknąć się można na duże raki, prawie tak duże jak ich morscy kuzyni, traszki, upasione salamandry i chmary innych żyjątek – dobrze znanych z naszych rodzinnych stron. Ale to nie wszystko. Krążą wśród elfów opowieści o potworach żyjących w głębinach poszczególnych jezior, strażnikach – posłusznych są tylko woli pań poszczególnych akwenów i ich córkom. Kiedy ktoś ginie – winę z reguły zwala się na te stworzenia, choć nikt nie ma pewności czy one naprawdę istnieją (dowody są raczej słabe).
Sljod jest ogromne, a w czasie sztormu niemniej groźne jak otwarte morze. Od czasu do czasu, wodząc wzrokiem po przybrzeżnych głazach, można się natknąć na roztrzaskane łodzie i resztki olinowania. Na swojej mapie zaznaczyłem cztery rzeki wpadające do jego wód, ale musi być ich więcej – owe to Mlena, Ambisea i Ziffea, a także ta która zaczyna swój bieg w zachodnim jeziorze Tulo. Dla mnie niestety pozostaje bezimienna – wybaczcie roztargnienie.
Na południe od Wielkiego Jeziora leżą Hreineko, Mneon oraz Ieo – wobec sąsiednich wydają się niewielkie, ale np. Hreineko dorównuje powierzchnią Holmowi. A to niemało. Wymienione zbiorniki wodne leżą wśród łagodnych pagórków porośniętych iglastymi lasami, które potem pną się coraz wyżej i przechodzą w okalające krainę szczyty. Plaże są tam kamieniste – prawie bez wyjątku. Kamienie małe i duże, brunatne muszle, a głazy i skały wszędzie gdzie okiem sięgnąć. W okolicznych lasach żyje wiele jeleni, w kilku odmianach, są niedźwiedzie, rysie, większe dzikie koty, dobrze znane ze stepów Warzarii; orły i pokrewne im drapieżne gatunki, wszystkie o przydymionym lub burym upierzeniu, gryzonie, węże. Las żyje – za dnia i w nocy.

To co pisze tutaj o jeziorze Sljod i jego przyległościach, tyczy się również i pozostałych części które wykroiłem na potrzeby tego opracowania, więc potem nie będą się powtarzać: wszystko wygląda tutaj z grubsza podobnie. Wędrówki są dosyć monotonne, zwłaszcza jeśli ktoś już nasyci oczy widokami. Łatwo się zgubić. Niektórzy porównują te tereny do Erelii, ale nic bardziej mylnego. Bzdura! Nie ta skala. Tam piaszczyste plaże, lasy bardziej zróżnicowane – no i płasko jak na stole, a tu wzgórza, góry, pagórki... Tu jeziora i tam jeziora – ale nic ponadto.

Między nurtem Ziffey a wodami Hreineko wznosi się wyżyna która wygląda tak, jakby jej powierzchnie przeorał jakiś gigantyczny blok skalny, ciągnięty przez szalonego olbrzyma, który nie patrzy co ma przed sobą i co zostawia za sobą; niewiele tu drzew, wszędzie można spotkać odsłonięte, kamienne pasma. Elfy twierdzą ze zostawione przez lód – cokolwiek to oznacza. Jest to obszar kultu bogini Dhery. Święta ziemia. W jej środkowo-wschodniej części, na rozległym wzgórzu Okia, pokrywając je całkowicie, włącznie ze stokami, wznosi się niewielkie wedle naszych standardów miasto Aild Urn, którego nazwa oznacza Białą Wieżę. Dziś ostały się tylko jej dolne piętra i stosy jasnoszarego kamienia, porośniętego mchami i grzybem. W mieście są cztery dzielnice – jedną zamieszkują elfy Heilo, miejscowi; drugą szczepy Inle i Ysei; trzecią półefly – głównie przybysze z Południa; czwartą, najmniejszą – gnomy. [...] Heilo nazywają się również Dherwitain – rodem Dhery, bogini która właśnie tutaj, na wzgórzu Okia, miała ukazać się ich przodkom i symboliczne wziąć lud pod opiekę, nakazując jednocześnie wzniesienie ołtarza. Elfy uznały że to za mało – postawiły wieżę. Równolegle z wieżą zaczęły wyrasta pierwsze tymczasowe sadyby. Potem stanęło kilka domów dla pielgrzymów, gospody i stajnie. Dherze wieża chyba nie przypadła do gustu, bo budowa ciągnęła się sto lat, a tuż po jej ukończeniu – runęła. Drugie widzenie boginii Dhery miało miejsce w jaskini, pod pozostałościami wieży. Kapłani orzekli że nie wolno jej obudowywać, a kult przeniósł się do pieczary (która z czasem stała się podziemiami jakie znamy dzisiaj). Dhera to bogini życia, sił witalnych, trwania i odrodzenia. Kompletnie nie rozumiem czemu elfy uparły się na tę wieżę. Do tego białą. (Ale kto zrozumie elfy?).
Aild Urn stanowi największe i najważniejsze z miast ludu Heilo. W ziemno-drewnianym pierścieniu wałów, wzmacnianym u podstawy głazami, wznoszą się kamienne donżony, niskie, kunsztownie zdobione hale (z częściowo przeszklonymi dachami) a między nimi, stoją bogate w detale kamieniczki – rozdzielone murami i łukami. Robi to wrażenie – zwłaszcza w takiej dziczy, jak człowiek odwyknie od widoku zabudowań. Dzielnica półelfów składa się głównie z ciężkich, całorocznych namiotów, z piecami i łaźniami. Pewna myśl mi się niesfornie kłębi w głowie co do ich losu, ale zamiast się powtarzać, zacytuje znów Zagraza: „napotkałem tam sporo mieszańców. Przez to, że są półkrwi bytują w izolacji od reszty, która nimi otwarcie wzgardza. [...] Nie dla nich spokój świątyni i lizane ogniem polana w gospodzie, talerz zupy i kubek wina, przeganiają ich tak jakby byli trędowaci; choć ciężko dostrzec różnice świadczące o ich fizycznej odmienności – elfy umieją zobaczyć to co chcą, tak samo jak ludzie, nawet jeśli muszą wpatrywać się godzinami, a zawistne serca wyostrzają im zmysły”. Sama prawda. Mieszańcy są szalenie pomocni i spragnieni wieści z Południa. Z nostalgią wspominają porzucone domy, piwnice, obejścia, jak gdyby zapominając dawne trudy i codzienne niepokoje, które zawiodły ich aż tutaj. Które zmusiły ich do porzucenia rodzin i dobytku. Choć z początku sprawiają wrażenie zalęknionych i bywają nieufni,  mija to gdy tylko pojmą że ma się złych intencji. Można się z nimi sprawnie porozumieć – nierzadko jest tak, że jeden posługuje się kilkoma językami południowców. Płynnie. Koczują tu, bo starszyzna nie chce przyznać im prawa do osiedlenia się w głębi ich terenu, a jeśli opuszczą miasto – zostanie na nich wydany wyrok śmierci. Nie podlegający odroczeniu i respektowany na ziemiach innych elfów. Więzienie bez krat. Kilku ponoć się odważyło, i ukrywa się teraz po lasach. Mieszańcom bezsprzecznie jest ciężko – pełny żołądek nie koi zranionej dumy i braku wolności. Wśród elfów czystej krwi powszechnie uważa się ich za roznosicieli chorób, osobniki ułomne umysłowo, nieokrzesane, predestynowane do szaleństwa – którym prędzej czy później odbija. Faktycznie, wielu nie wytrzymują presji i ucieka na Południe, niektórzy odbierają sobie życie – ale raczej nie dlatego że mają ku temu jakieś wrodzone skłonności.
Miasto znane jest z ukrytej w podziemnej sali figury bogini Dhery, która ma rzekomo leczyć, zsyłać wizję, dopomagać w poczęciu, w sprawach zagrożonych ciąży (z czym boryka się wiele elfek), i tym podobnych sprawach. Atrakcji zatem sporo – stąd też, pielgrzymują tu wszystkie elfie narody, ciągną nawet ze Środkowego Południa, a czy to coś daje, tak faktycznie – nie mam pojęcia. W Środku miasta, pod tzw. Czarną Basztą (która jest szara), znajdują się pokoje dla pielgrzymów, tuż obok, wchodząc do półokrągłej niecki, idąc ku zagłębieniu, potem po schodach, docieramy do przedsionka gdzie trzeba się obmyć i zakryć głowę (jeśli ktoś nie zrobił tego wcześniej), bierze się świeczkę, która słono kosztuje, złoto zostawia w misie, i dyma pod figurę, prosić o wstawiennictwo Dhery u wyższych bogów, cuda i zbawienie. Knotów u jej stóp i we wnękach płonie masa, wypalone sprzątają nocą służki. Wszędzie są też liściki z prośbami – w szparach spękanej, wytartej podłogi, między cegłami. Mimo iż brak mi wiary w elfie zabobony, to muszę przyznać że widok podziemi o wysokim sklepieniu, rozświetlonych tysiącami ogników, i mieniącej się w ich blasku czarnej figury nagiej elfki ze rozpostartymi skrzydłami na plecach, z jedną ręką uniesioną w  geście pozdrowienia, drugą trzymającą kilka z przypisanych jej atrybutów (wazon z nasionami, liście dębu, ostrze) – wywołuje mistyczny nastrój. Co by nie mówić, ichni rzemieślnicy mają sprawne dłonie. Wygląda jak żywa – piersi jak u młódeczki, łono gładkie. Nie jest to tandeta jaką produkują masowo na Południu, te rzekome kopie i ocalałe starocie, postarzane piaskiem i z umyślnie czynionymi ubytkami. Uczta dla oka konesera.
Miasto, jedno z najstarszych w regionie, oferuje dach nad głową, ciepłą strawę i mocne alkohole o ziołowym posmaku – zielone, czerwone i brunatne, ale niewiele ponadto. Jak kto lubi elfie posążki, to sobie może pooglądać, ale innych atrakcji nie ma, a przecież to stolica! Z drugiej strony za wałami jest spokojnie, a to też jest jakiś atut, burd nie uświadczysz, nastroje przybyszy są poważne, oni sami zatroskani i skupieni na swych problemach. Miejscowi cisi. Kluczowa sprawa: w Aild Urn nie zabija się ludzi. Jeśli więc zimą tracić już będziecie nadzieję na wyjście cało z opresji, jeśli w żołądku będzie pusto a zmysły będą odmawiać posłuszeństwa – możecie się tam udać. Odkarmią, napoją, dadzą ciepłe posłanie – ale ciężko będzie o dobre słowo. Potem, kiedy tylko pogoda będzie sprzyjać – zostaniecie odprawieni na południe, aż do ziem Warzarów. W eskorcie. Z groźbą strzały między oczy jeśli się odwrócicie i zadeklarujecie chęć pozostania w kompanii której tyle zawdzięczacie. Tak skończył się mój kilkuletni pobyt wśród długouchych, zdemaskowany, nie miałem wyjścia: musiałem poddać się procedurze wydalenia. A rzec trzeba, że miałem zwyczajnego pecha – bo przedtem odwiedzałem to miasto kilkakrotnie. Ale cóż, wielkie nie jest – języki poszły w ruch, wpadłem. Aild Urn kontroluje obszar między rzeką Ziffea a wodami Hreineko, całe południowe wybrzeże Wielkiego Jeziora, aż do terenów elfów Ysei i Tueino. Nazywają ten teren Dheratein – ziemią Dhery, albo Aild Urn. Elfy Heilo mają całoroczne siedziby nad zachodnim Hreineko, i nie można się tam przemieszać niezauważonym, stąd też obchodzenie wyżyny tą drogą nie jest dobrym pomysłem. Jeśli zobaczą nas elfie dzieci – możemy być pewni że ruszy za nami pogoń. Tutaj nie ma żartów.

Między Ambiseą a Ziffeą i na półwyspie wżynającym się w Sljod od południowego-zachodu, znajduje się kilka królestw, po których nie mogłem się swobodnie poruszać. Tam nie ma miejsca ani dla ludzi, ani dla mieszańców. Za wyjątkiem Zugrawczyków. Ci chodzą po ziemiach elfów jakby byli u siebie. Jeden z nich rozpoznał we mnie człowieka i przemówił tak czystym marbadzkim, jakby urodził się nad Uialmanen. Powiedział że nie wyda mnie, jeśli tylko zawrócę, rzekł że w Dheratein (Dherwitain) cofną mnie na Południe. Ja zaś, że właśnie wiem, i dlatego stamtąd umykam. No ale nie było rozmowy – wcisnął mi pod żebra krótki jednostrzałowiec – nabity czy nie, nie wiem, i warknął... Dałem sobie spokój z udawaniem przygłupa. Z opowieści wiem, że jest tam co najmniej sześć koronowanych głów, w tym dwie kobiece. Miasta skupione są wokół twierdz, świątyń i pałaców, te zaś mają kute w skale podziemia, często rozleglejsze niż ich zewnętrzne części. To duże kompleksy, zapewniające zimą schronienie tysiącom miejscowych i setkom przyjezdnych. Wydeptane ścieżki nad Ziffeą wyglądały obiecująco – ale nie dane było mi nimi kroczyć.

Nie dotarłem też nad jezioro Tulo. Nie zobaczyłem licznych osad nad jego brzegami, na górskich stokach, których światło odbija się w wodach regularnego zbiornika, ani tamtejszych zielonookich elfek. Szkoda. Włada tam pani Tye, wiecznie młoda, wiecznie piękna – ponoć łaskawa i wspaniałomyślna, wielbicielka sztuk i szykwalkckiego wina. Mówiono mi że to spokojne miejsce, gdzie rzadko docierają wędrowcy z innych zakątków Północy, a jeśli się zjawiają – to mają po temu słuszny powód i najczęściej nie z własnej woli. Że w każdej z osad jest dwór gdzie czasowo przebywa niezwykłej urody monarchini, ponoć pięknie gra na harfie i pisze wiersze. Stereotypowa elfka, jak z bajek którymi raczy się małe dziewczynki – słowo daję! Gnom nazwiskiem Eir, który remontował tam dekady temu kanalizację,  z którym schlaliśmy się nad wspólnym ogniskiem, tłumaczył mi, że to jedno z najmilszych miejsc w tych stronach: na uboczu, poza klanowymi waśniami. Gdzie można zniknąć i zająć się polowaniami, nikomu nie wadząc. W posiadaniu Tyeany mają być stare pisma, jeszcze sprzed najazdu ludzi, piękne klejnoty i misternie zdobiona kolekcja pierścieni dwunastu rodów, które ongiś panowały na Środkowym Południu. Ponoć prawdziwa.

Dalej, nad północnymi brzegami jeziora siedzą inne narody, znane mi tylko z nazw Nnher Ynn Ablainn (Nerin Szarzy), Nnher Ynn Hor (Nerin Czerwoni), Nnher Ynn Tunn (Nerin wywodzący swój ród od boga Tunna) i Gawir. Co tam się u nich wyprawia – nie wiem.

Ziemie między północną odnogą jeziora Sljod a rzeką Mleną zamieszkują Yrgainn i Inneir, oraz pokrewni tym drugim Lai Lan, uważający się za odrębny naród (choć mówią tym samym narzeczem). Yrgainn maja swoje siedziby na zachodzie i południowym zachodzie; Inneir na południowym wschodzie; nieco powyżej ujścia Mleny zaczynają się tereny Lai Lan, i ciągną aż po góry na północy, gdzie owa Mlena zaczyna swój bieg.

Na wschód od Wielkiego Jeziora mieszkają elfy zwane przez innych mieszkańców krainy Sliodarn, tj. ludem jeziora Sljod (Sljodarami), dzielą się na różne szczepy i narody, każdy z nich ma swój kawałek wybrzeża oraz port, i co najmniej kilka dobrych powodów aby brać się za łby z sąsiadami. Włócząc się w tych okolicach napotkałem zwłoki elfa przywiązane do drzewa, w usta miał wciśniętą szmatę a z jego klatki piersiowej sterczały dziesiątki strzał. Potem wyjaśniono mi że to miejscowe porachunki. Nie na szczeblu wyższym, między dworami, a leśnymi bandami, z których każda chce pokazać że jest najbitniejsza, najdzielniejsza, i że w ogóle przyjdzie jeszcze taki czas że elfy pójdą pod ich przewodnictwem na Południe i odbiorą utraconą ojczyznę. Tak czytelniku, wariatów nigdzie nie brakuje. Nie kręciliśmy się tam zbyt długo. To co zobaczyliśmy dalej odwiodło nas od tego zamiaru. Na brzegu rzeczki leżała półelfka, drobna, czarnowłosa. Martwa. Mój towarzysz trącił ją butem – sztywna jak kłoda. Leżała już tu trochę, ale śladów rozkładu nie było widać. Cóż, kolejny trup. Tamten martwy, ta też – nic nadzwyczajnego. No nie. Tu okoliczności były inne. Omiotłem ją wzrokiem jeszcze raz, od głowy do nóg, obróciłem. Makabra. Nie miała kilku żeber, wątroby i połowy jelit, śmierdziało jak z dołu kloacznego – wszystko się pomieszało. Z początku zdała mi się ładna, ale teraz nie wyglądała już jak natchnienie poetów i obiekt młodzieńczych westchnień.  Coś ją chapnęło, natychmiast pomyślałem że po prostu nie mam ochoty wiedzieć co. Rozstaw szczek sugerował że to coś większego od niedźwiedzia, dzikiego kota czy nawet dużego wilka. Towarzyszący mi doświadczony tropiciel nie miał wątpliwości. Zszedł z gór – stwierdził lakonicznie. Miejscowi nazywają te potwory tyberiami. Ale jak wyglądają – nikt nie wie, bo widzi się je tylko raz w życiu. Zawróciliśmy.

Tutejsi mają piękne, długie łodzie, z trójkątnymi żaglami, barwionymi niekiedy na zielono, gdyby nie te żagle – przypominałby jednostki barnijskie czy kazarskie. Szybko pokonują nimi duże odległości, ale z reguły tylko wzdłuż wybrzeży – lękają się sztormów i gniewu bogów mieszkających w głębinach. Traktują wody jeziora z niezwykłym szacunkiem, nie wyrzucają doń odpadków, nie szczają, nie wylewają mydlin. Można spokojnie nabierać wodę wprost z jeziora. Jest czysta i klarowna. Żaden port nie odprowadza doń ścieków, a praczek nad brzegami raczej się nie widuje. Sljod jest uznawane za święte i traktowane z najwyższą czcią. Wiąże się z tym cała lista rzeczy których będąc na wodzie robić nie można – kto to spamięta powinien otrzymać tytuł honorowego elfa i jakiś papier, uprawniający do podróży w te i nazad, strzegący od pogróżek, wbijania na pal, ćwiartowania i pojenia trucizną. Jak by dawali – to bym się poduczył tego wszystkiego: jak nie gwizdać, jakich słów nie używać, o czym nie mówić... A że nie dają, to nie mam zamiaru. To elfie przesąd, logicznego uzasadnienia nie mają, nie miały i mieć nie będą. Żadnego. Poza tym że zachowują dzięki temu czystą wodę.
Zawsze kiedy jestem w obcych stronach, nie tyle boje się samych przesądów, co reakcji tych którzy pokładają w nie wiarę. Same przesądy są niegroźne, ale serca tych którzy czują przed nimi trwogę, to już zagrożenie realne. Cóż, za mało szwendałem się po tym obszarze by rzec coś więcej co mogłoby czytelnika zaciekawić. Na jagody, na grzybobranie – tereny przednie. Ale schylając się można dostać strzałę w zadek, i to nawet od dzieciaka, bo szkolą się w tym od najmłodszych lat. Prześmiewcze hasło „ukatrup człowieka – zostań bohaterem wsi” jest tu równie żywe co w rozlatujących się barakach za murami naszych miast. A że ludzi mało – splendor tym większy dla czułego oka. Trzeba uważać. Poduczenie się kilku elfickich wiąch w okolicznych dialektach też nie zaszkodzi.


Inle-Ysei-Tueino




Jak czujny czytelnik pamięta, od wkroczenia na ziemie elfów Tueino, Inle, Yseinn Ytain i Truille, zaczęła się właściwa część mojej wielkiej północnej przygody. Co prawda, bezpośrednio po przybyciu, od razu udałem się stamtąd do Blasien, i znalazłem się między nimi ponownie dopiero po roku, kiedy już było pewne że sytuacja z górskimi Warzarami została uregulowana w jedyny właściwy sposób (tj. kiedy przygraniczne koczowiska w górskich wąwozach zostały puszczone z dymem a ich mieszkańcy najeżeni strzałami), co gwarantowało że przez jakiś czas do żadnej nowej napaści nie dojdzie. Obszar który teraz omówię, który sztucznie wykroiłem na potrzeby mojego opracowania, co podkreślam żeby nikt mnie opatrznie nie zrozumiał, obejmuje trzy główne jeziora: Tueino, Inle i Ysei – duże, ale ustępujące wielkością tym z północy krainy, oraz wpadające doń cieki wodne i sąsiednie zbiorniki. Znajduje się w lewym dolnym rogu mojej mapy. Od zachodu i południowego-zachodu wtulony w gołe a niekiedy zalesione szczyty nienazwanych jeszcze przez naszą naukę gór. Wedle elfich map jakie miałem okazję oglądać, mamy tu do czynienia z dwoma łańcuchami, między którymi wzniesienia są niższe i jak się zdaje, można je przejść, aż do Teritallu. Łańcuch na południe od Inle i Ysei (nazwijmy je tymczasowo górami Inle-Ysei, albo Warzarskimi, albo moim imieniem – dla wygody) i ten na zachód, ciągnący się od dalekiego ujścia rzeki Hikin na zachodzie, dalej wybrzeżem i skręcający na północ – są prawie że nie do sforsowania. Przybijając jednak do wschodniego wybrzeża Wielkiej Zatoki, i kierując się na wschód – mamy szansę. Dociekliwy czytelniku, jeśli znajdziesz się kiedyś w tych stronach, spróbuj rozwiać moje wątpliwości, przejście jest absolutnie dziewicze! Nikt z naszych jeszcze go nie przemierzył! Chętnie poczytam o twoich odkryciach, a wierzaj mi – kobiety kochają obieżyświatów z giętkim językiem!

Elfy Inle mają swoje siedziby wzdłuż całego północnego wybrzeża jeziora od którego wzięły swą nazwę, a także wokół Nerjee i zasilających je rzeczułek. Yseinn Ytain żyją między Inle a Ysei. Na północnym brzegu Ysei, a także między wpadającą doń Ysteą a Aull (na szczególnie dużo ich skupisk można natknąć się nad Tiobą i zasilającymi ją Hie i Yn. Tueino (i tuż nie będzie zaskoczenia) żyją nad brzegami jeziora Tueino, nad Eilo i rzeką Kemynn. Nad południowym Ysei, wokół głębokiego Cirtan, wywędrowały elfy Talmar i Kiwin, tworzące teraz jeden naród, zwany Truille – wędrowcami. Szczególnie pielęgnują niechęć do ludzi i fakt że maja swe siedziby akurat na południu, obok Wielkiego Przejścia (tj. bramy do Warzarii, Zugrawu i całego ludzkiego Południa) nie jest dlań najmilszą okolicznością. Nie mieli jednak wielkiego wyboru, inne ziemie miały już swoich mieszkańców. Wiele z obecnie zajmowanych przez nich wzgórz było do niedawna domem sąsiadów z Yseinn Ytain, a przejęcie ich nie odbyło się bez rozlewu krwi. Elfy nie różnią się od nas tak bardzo jak się sądzi.
Trzeba na tych rubieżach szczególnie na siebie uważać, nie rzucać się w oczy, nie zdradzać się rodzimą mową lub słabym akcentem – jak się da, podróżować w elfim lub gnomim towarzystwie, nigdy samemu. Wolnych ludzi tu nie ma. Ja tylko dzięki temu uniknąłem wbicia na pal. Trupy tych którym się nie udało, kilka razy po drodze widziałem. Początkowo zdumiało mnie, że są tu i inni śmiałkowie-podróżnicy, ale mogli to być też pojmani Warzarowie. Nie pytałem. Niemniej to, plus krwawa śmierć przyjaciela mych gnomów, zadecydowała o tym że zapragnąłem udać się do Blasien. Kiedy tu wróciłem, przemieszczaliśmy się konno, pod sztandarem króla Beonarda (Beo Airdh Araiss Klai). Trzy białe liście klonu na czarnej płachcie czyniły nas nietykalnymi, swoje robiły też pancerze. Moi towarzysze ryzykowali głową, ale wsadzili mnie na luzaka i stwierdzili że skoro jestem tak głupi by plątać się po tych terenach bez broni – łuku ni strzał –  to raczej złych zamiarów nie mam i mogę jechać z nimi, zwłaszcza że granica blisko. Obdarowali mnie nawet chlebem, masłem i jagodami. Nawet jeśli się tego nie spodziewasz i czujesz już instynktownie ostrze noża na gardle, zawsze możesz trafić na poczciwą duszę.
Truille – lud to bitny i gwałtowny, a że poprzednio pierzchali? Cóż, przed Warzarami to nie wstyd. Wiedzą to w Hatlanie nazbyt dobrze, wiedzą na też na rubieżach Środkowego Południa. Więc nie ma o czym gadać – tak czy inaczej, wrogów wytłukli. Niestety także kobiety, dzieci i starów – jakby nie było różnicy.
W tym obszarze jest kilka ważnych miast. Stolicą tych Yseinn Ytain, którzy żyją między Inle a Ysei – jest Kietunn. Położony nad środkowym wybrzeżem zachodniej części ich jeziora, pełni rolę portu. Piękne miasto. Z daleka wygląda jak mozaika ciemnozielonych i grafitowych dachówek. Przypomina mi trochę Aild Urn, ale tamto jest jasnoszare, a tutaj dominuje ciemny kamień i takież tynki. Pośród wież, łuków, kamieniczek i szklarenek, znajduje się niewielki, ośmiokątny plac, wyłożony szerokimi płytami z szarego, gładzonego kamienia, po deszczu czarnego jak smoła. W samym jego środku, na cokole sięgającym człowiekowi średniego wzrostu do piersi, stoi figura zatroskanego mężczyzny, trzymającego ręce na ramionach równie zasmuconego chłopca. Dzieciak ma głowę na poziomie jego mostku, patrzy pustymi oczami w dal i wygląda na zrezygnowanego. Dorosły elf ma lekko pochyloną głowę, ale bije od niego determinacja, cierpliwość, jakby zbierał resztki sił. To Tiwe Tiwa, zwany Tiwjanem, i jeden z jego podopiecznych. Elfi nauczyciel, który przybył tu przeszło dwieście lat temu, wypędzony z Wigrichtu, oskarżony o zdradę stanu, z wyrokiem śmierci przez skręcenie karku. Co robił w Kietunnie, nie mam pojęcia, ale wkradł się widocznie jakoś w łaski miejscowej rady, i ufundowali mu pomnik. I stoi. Wygląda całkiem nieźle, pasuje tu. Plac na którym stanął jest najpiękniejszym miejscem w obrębie murów – prowadzą doń trzy proste bramy, zajmujące całe ściany, obok jednej z kamieniczek są schody, którymi można zejść tu z położonego wyżej tarasu, naprzeciwko drugie, nieco szersze, a jedna ze ścian zdobi plac ciężkimi kolumnami. W arkadach dyskutują mieszczanie, kupcy i rzemieślnicy, część czyta, cześć gra, posilając się przy tym kupionym w sąsiedniej bramie pieczywem. We wschodniej ścianie jest wylot wąskiej uliczki prowadzącej do portu. Wszystko powstało najwyraźniej przypadkiem, i w różnych okresach – ale sprawa wrażenie misternej kompozycji... i kto wie – może tak właśnie jest? W okolicznych kamienicach, tak prostych jak i bogato rzeźbionych, jest wiele wnęk, w których stoją wysokie na dwa-trzy łokcie posągi. Przechadzając się ulicami, nad swymi głowami zobaczymy mostki, zabudowane przejścia i oszklone pokoje, gdzie pielęgnuje się rośliny z Południa. W głąb miasta wcina się kilka kanałów, tworząc przednie lęgowiska dla komarów. Nad progami domostw umieszczane są kute sentencje i profile działalności rezydentów, niektórzy dodatkowo wykładają je kontrastowymi płytkami lub posrebrzają. Wszędzie wiszą lampy, zapalne punktualnie o zmierzchu – nie pozwalają się zgubić. W wodach Ysei i pozostałych jezior regionu też żyją foki, ale mniej liczne, i głównie w jego północnych zatokach. Tu, w środkowym akwenie, królują kaczki, nury i perkozy, oraz mniejsze wodne ptaki, ochoczo dokarmiane przez młodych i starych mieszczan (co ponoć przynosi szczęście).
Kiedy po całych dniach błądzenia po lasach, mijając od czasu do czasu stosunkowo proste domostwa, zwykle w niewielkiej liczbie, zamki wielkości kurników i kute w skałach komnaty, człowiek dotrze w końcu do takiego miejsca – czuje się tak, jakby magicznym sposobem znalazł się nagle w domu, w jednym z miast wybrzeża, tyle że takim bardziej wysmakowanym, czystszym i lepiej rozplanowanym (mimo pozornego chaosu stylów). To robi wrażenie. Mimo że nie są to kryształowe pałace ani szklane wieże o których rozprawia niedouczony motłoch.


Annetear-Bane




Zlewisko Annetear-Bane. Jego obszar równa się powierzchni dwóch omówionych wcześniej. Ale tylko pozornie jest taki ogromny, wiele przestrzeni zajmują bowiem góry. Wody jego jezior zdecydowanie bardziej łączą niż dzielą. Dochodzi do pewnych tarć między sąsiadującymi ze sobą grupami, klanami i narodami, które zawsze znajdą dobry powód by skoczyć sobie do gardeł, ale kiedy wymagać tego będzie nadrzędny interes, bezpieczeństwo ogółu, szybko porzucą spory. Jeśli patrzeć nań przez pryzmat waśni rodowych, zadawnionych i niejasnych już dla wszystkich konfliktów oraz lokalnej polityki – tereny te nie różnią się wiele od omawianych wyżej, ale są bezsprzecznie łatwiej dostępne niż ziemie Talmar-Kiwin czy „kraina bogini Dhery”. Elfy Maed, mające swe siedziby na północ od Bane, a także mieszkańcy Perejonu – wolni są od lęku przed ludźmi w ich szeregach, wydaje im się, że są dostatecznie daleko od niebezpieczeństw, że od południa zabezpiecza ich Zugraw, a poza tym, cóż im może uczynić kilku ludzi, tak daleko od domu? Maed są przekonani o swym męstwie; Perei, Forhai-Forai i inne ludy Perejonu wierzą w siłę techniki i złota. Ich czujność jest uśpiona. Nawet jeśli deklarują inaczej. Nie znaczy to że wszędzie można poruszać się swobodnie, nawet w owych obszarach. Zasada jest jedna – oczy i uszy szeroko otwarte. Bywa tak, że idziemy po spokojnym królestwie, gdzie aktualnie ludność zajęta jest sama sobą, świeci słońce, przyjmują od nas złoto, karmią nas, jest miło, a nagle przekraczamy jakąś niewidzialną granicę, mijamy niewielki głaz czy  linie wycięte na drzewie i trafiamy pośród elfów którym nasza obecność wybitnie się nie podoba, kiedy zaś odkrywają w nas nie tylko intruza, ale też człowieka – mamy przechlapane (no chyba że mówimy płynnie po zugrawsku).

Jeziora jak morza, tylko słodkie i bez wielorybów – ryb drapieżnych też wiele tam nie ma, zielono latem, zielono zimą. Poza tym góry, trochę mniejszych zbiorników wodnych. Dużo skał i kamieni. I tak w zasadzie wszędzie. W lasach tego obszaru polują na gryzonie duże ptaki-nieloty, dość pospolite, potwory o masywnych dziobach – jedno ich kopnięcie potrafi złamać kręgosłup, a kłapniecie dzioba może pozbawić ręki. Niektóre poruszają się w grupach, inne samotnie. O zmierzchu często słychać ich donośny skrzek, wtedy się nawołują by razem polować lub walczyć o samice. Świetnie widza w nocy, są wyższe od człowieka, a ich jaja mają wielkość gobliniej głowy. Powszechnie uznaje się je za bardzo smaczne, a młode elfy często narażają życie okradając ich gniazda. Najwięcej tych ptaków za Kuelo, Kiello i Bane, gdzie gniazdują, w Perejonie ich nie ma, a w reszcie ziem pojawiają się tylko osobniki zagubione bądź chore. Na południowych brzegach Wielkiego Jeziora Bane, jeśli zapuścimy się zbyt daleko od elfich sadyb, napotkamy wiele rudo-brązowych potworów z rogami na nosie. Samotne, ciche, i bardzo niebezpieczne. Tutejsze osobniki są ogromne, dorastają do wysokości sześciu łokci, a niektórzy donoszą o nawet większych. Żubr to przy nich mikrus. Także atrakcji moc. Niekiedy śmiertelnych.

Wielkie Jezioro Snów, Annetear bierze swą nazwę od historii związanej z elfką Hyine, która miała się tutaj rozstać z ukochanym. Czekała nań, dniami i nocami, ale daremnie – bo luby został zamordowany. Przychodził do niej jednak w snach, na granicy świata żywych i umarłych. Żyła ponoć długo, jakieś trzysta pięćdziesiąt lat, i zawdzięczała to tylko odwiedzinom kochanka. W tych snach właśnie. I co dziwne – zaszła z nim ponoć w czasie tego niematerialnego obcowania w ciążę. I to nie raz. Urodziła łącznie szóstkę zdrowych dzieci. Sześć ciąży bez choćby muśnięcia przez mężczyznę. Ciekawe, nieprawdaż? To tak u smoków bywa. Fachowo to się zowie dzieworództwo. Ale u elfów? [...] Hyine i jej dzieci robiła wokół siebie dużo zamieszania, elfy napisały na jej cześć nudne pieśni, a kilka rodów uważa ją za swą protoplastkę.

Wielkie Jezioro Bane (Księżycowe), wzięło swe miano od jasności srebrnego kręgu odbijającego się w jego wodach. Pierwsze szczepy dotarły doń w czasie pełni. Kiedy elfy pojęły że nie są nad morzem, zrezygnowały z określenia Księżycowa Woda i zastąpiły ją precyzyjniejszym. [...] W tym przypadku nie wydumały żadnej ciekawej opowiastki, ale pieśni o blasku księżyca mieniącego się w jego falach mają od cholery i jeszcze trochę. I niestety bardzo chętnie je śpiewają.

Między Tueino, Hreineko i Annetear piętrzą się pagórkowe góry, raczej niski niż wysokie, gdzie ma swoje źródła rzeka Kinea. W swoim dolnym biegu rozlewa się szeroko i jest na tyle głęboka iż można po niej pływać łodziami o niskim zanurzeniu. Niestety sporo w niej kamieni. Nad brzegami Kiney żyją Kin An Aar. Napotkany tam elf o sześciu palcach u każdej ręki powiedział mojemu przewodnikowi żeby zawrócić, ale i tak szliśmy dalej. Reszta napotkanych elfów miała już normalne dłonie. Dzieci wesoło biegały między nadbrzeżnymi krzewami, wiele zahartowanych kąpało się w zimnej wodzie, wyciągając na brzeg brunatne muszle. Kiedy już nazbierały dostatecznie dużo – dokonywały selekcji: mniejsze jak dłoń wyrzucały do wody. Większe brali ze sobą. Mają różowe, mdłe mięso, które tubylcy bardzo sobie cenią. Ponoć zdrowe. Szliśmy, podziwiając jarzębinę, ucztujące nań ptaki, a żółte liście tańczyły na wietrze między wiecznie zielonymi świerkami, karłowatymi sosnami i sypiącymi się modrzewiami. Słońce różowiło niebo. Było malowniczo, i dosyć ciepło jak na jesień.
W wodach Kiney widzieliśmy rudo-zielone ryby, zbyt duże dla polujących na mniejsze sztuki wydr. Ale ich większy rodzaj, zwany przez elfy wilkami rzecznymi, dawał im radę. Przypominaj nieco wydry morskie, ale nie mają na pyskach wąsów, i są zdecydowanie masywniejsze. Budzą zaniepokojenie: zęby jak u gada, dosyć śliska aparycja. No i ta szybkość. Wiedząc że coś takiego pływa koło pomostu – za nic nie wszedłbym do rzeki. Ale elfy są inaczej chowane. Tchórze jak ja lekko tu nie mają. Podobne swym wodnym braciom łasice widywaliśmy rzadko, ale kilka sztuk nam mignęło. Kiedyś, jedna przystanęła na nasz widok z upolowanymi ptakiem w pysku, patrzyła na nas z jakimś takim ni to niedowierzaniem, ni to zdziwieniem, jak członek jakiegoś małego rozumnego plemienia, nie zwierze.
Kiedy dotarliśmy do ujścia rzeki, do północnej części Wielkiego Jeziora Annetear, na północ od siebie mieliśmy ziemie Keuru, na południe półwysep zamieszkały przez Tuein, pod nimi zaś Kehrów. Elfy Kehra zajmują niewielki obszar nad rzeczką Timeą, gdzie hodują w klatkach niewielkie raki, karmiąc je leśnym ścierwem i odpadkami ze stołu. (Krewniacy tych elfów zamieszkują wyspy na środku jeziora – Kun Naar i Hywin, trudno dostępne i samowystarczalne – znajduje się tam sanktuarium bogini Nigaro i Święte Drzewa, pielgrzymują tam Elfy znad Jeziora Snów i okolicznych). Dalej na południe żyją już Uteinn Ann – gdzie było nam kompletnie nie po drodze. Są tam dobre ścieżki, a ludność dość przewidywalna. I przy odrobinie zdrowego rozsądku można tędy podróżować, my zaś jednak już wcześniej wybraliśmy kierunek północny, do jeziora Kuelo i tamtejszych rybaków, krewnych mego przewodnika. Była to moja druga czy trzecia podróż tym szlakiem. Miałem już za sobą wielomiesięczny pobyt w Blasien, oraz kluczenie po południu Krainy. Kuleo i Annetear łączy wąski, kamienisty przesmyk. Płynąc przezeń, nie uświadczyliśmy wielu drewnianych pomostów, ale mijaliśmy rozbudowane osady. W oknach drewnianych dworów, chat i ziemianek, paliły się lampki, świece, błyskały lusterka, a ogień tańczył na szczapach. Nocne rejsy to doskonały sposób by wybadać gdzie pośród drzew znajdziemy miejscowych, i ile ich tu siedzi. I cóż – całkiem sporo. Elfy żyjące między Kuleo i Aiir przyjęły nas serdecznie. Od razu rozpoznały we mnie człowieka – mimo iż byłem na gładko ogolony i wyczesany. Kiedy dowiedziały się że chce dotrzeć na ziemie Maed, uznały to za bezsensowny pomysł. Snuły niewesołe historie o upartych goblinach, które przełaziły przez góry z Hrollnairdu, by polować na duże ptaki, dla  czaszek i pazurów, nie rezygnując przy tym z możliwości grabieży tamtejszych osad. Zmora i utrapienie – mówili. Nabijali się z elfów Maed, mówiąc że niewiele się różnią mentalnością od znienawidzonych przez siebie gadziopyskich. Trochę w tym prawdy jest, bo kiedy zawitałem w ich strony, pokonując wody Małego Aiir – od razu wymierzyli we mnie włócznie, przeszukali aż do bielizny i dziabnęli najlepsze ostrza. Potem zawlekli do parterowej osady skrytej wewnątrz okrągłej palisady, której środek był wydeptany jak klepisko, a wszelkie chaty i odkryte warsztaty przylegały tylną ścianą do pali. Dachy były proste bądź lekko pochylone, a ja leżąc związany mogłem ja sobie do woli oglądać i kontemplować kunszt tamtejszych stolarzy. I tak sobie leżę. Wszyscy gapią się na mnie, jakieś dwie setki zielonych, zdziwionych oczu. Jasnowłosi, w szarych płaszczach, szarych kieckach, z zielonymi butami. Ich władca, Ter Aibynn Yn Oille (czy jakoś tak) rezydował aktualnie w warowni na północy, tylko kilka dni drogi od terenów do których prawa roszczą sobie gobliny. Na terenie Maed jest sześć podobnych warowni, bezpieczniejszych niż osada moich „gospodarzy”, między którymi król nieustannie krąży, kilka razy do roku zmieniając siedzibę, by doglądać swego państwa między Kiello, Bane a górami. W sumie spory obszar – zwłaszcza kiedy trzeba pokonać wiele wzniesień.
 Elfy pokazywały mi czaszki ukatrupionych goblinów, wyglądały jakby należały do dzieci, dwunasto-trzynastolatków. Twierdzili że przyłażą od niedawna i że pięćdziesiąt lat wstecz nie do pomyślenia było natknąć się na jakieś większe grupy. Kiedyś, trzymały się północy i stoków. Grani i przełęczy. A dziś już nie. Miało tu być jednak od kilku miesięcy spokojnie. Owszem, mówili, pojawiają się dzicy ludzie, niedźwiedzie – ale poza tym spokój. A gobliny aktualnie przepędzone. Czaszki niedźwiedzi, jakie trzymali ponakładane na słupy, poza obozem (na postrach), były pogruchotane. Nie było wątpliwości jak zabito te zwierzęta. Tutejsze elfy wierzyły że jeśli niedźwiedź zobaczy czaszkę swego pobratymca, zlęknie się i odejdzie. Ta sama zasada obowiązywać miała wobec leśnych ludzi, i kilka ich masywnych czerepów też tam zatknięto. Miały głębokie oczodoły, a na kilku zostały jeszcze resztki futra. Ich duchy miały szeptać: odejdźcie!
Ziemie Maed ciągną się aż do niewielkiej rzeki Antaley, tuż za nią jest niezamieszkały pas, dalej zaś leży jezioro Pherekol. Na południowy wschód od  niego, na terenie półwyspu Kenai i na obu brzegach Annaru żyją elfy Kenai-Keila. Pierwotnie były to dwa narody, ale z czasem scaliły się w jeden, łącząc swoje języki, wierzenia i obyczaje, które zresztą  nie były nigdy silnie kontrastowe. Mają fenomenalne ciemne piwo i niewiele ponadto idzie u nich znaleźć. Z goblinami tłuką się mniej jak Maed, też ich nie lubią, zwłaszcza że na północ od nich góry są nieco niższe, i gobliny z Hrollnairdu spokojnie doń przełażą. Wiele elfów jakie można spotkać w Hrollnairdzie, to właśnie Kenai-Keila, samozwańczy łowcy gadziopyskich. Wywijają długimi nożami, szablami i wszelkim ostrzem dużo sprawniej niż ktokolwiek w Środkowym Południu. I można przez tę ich wielką miłość do sztuki miecza stracić życie. Wiele razy przestrzegałem w tym tekście, teraz zrobię to znowu – nie kłóć się z nieznajomym jeśli chcesz zachować głowę, jeśli własne place i dłonie są ci miłe. Niezależnie od tego że przeciwnik wydaje ci się spokojny, niegroźny czy mało męski. Idąc na południe, wschodnim brzegiem jeziora, z lewej mając las i góry, przemierzaliśmy ziemie ludu Ailla, który zajmuje półwysep o tej samej nazwie, a bierze swe miano od rzeczki Aillea, za która mieszkają już Kehuru Kai. Dalej na południe, nad Sunneą i kilkoma mniejszymi rzeczkami, aż do długiego, płytkiego jeziora Zirzikoe, mieszkają elfy Suntainn. Niezwykle sprawni w walce na długie kije. Ich symbolem jest słońce wschodzące nad tzw. Drzewem Życia, które rosło dawnymi czasy na Południu, a którego nasiono zasadzono na wyspie Tyyhie, leżącej na północny-zachód od zatok Suntainn. Na wyspę docierają nieliczni, głównie kapłani i władcy poszczególnych szczepów. Płyną po poradę bądź uzdrowienie, ale wszystko co się mówi o tym skrawku lądu jest tajemnicą dla uszu nie-elfów. Dla innych – ta wyspa nie istnieje. Nie sposób zresztą dostrzec jej z lądu. Faktycznie mogłaby nie istnieć. No a prócz elfów – wiele innych ras rozumnych tam nie ma. Szliśmy dalej, brzegi Zirizikoe były zarośnięte. Lustro wody było spokojne, pokonaliśmy je na dłubance, nad która trudziliśmy się wiele dni. I słychać nas było w całej okolicy. Suntainn nie rozpoznały jednak we mnie człowieka i mogliśmy pracować spokojnie, uchodząc za nieszkodliwych wariatów. Nie zawinęliśmy do ujścia Purkulu na południu, zasilającego jezioro, gdzie też żyją jakieś elfy, bo to dłuższy rejs, i czym prędzej przez przewężenie dotarliśmy do ziem Polwakhera, między którymi żyją plemiona Mulla. Mają tu swoją spokojną enklawę, i bytują przez nikogo nie niepokojeni. Wszystkie ziemie między Penurem na zachodzie i Zirzikoe na wschodzie, są we władaniu Polwakhera, za wyjątkiem enklawy Mulle w głębi ich wschodnich terytoriów i królestwa Kaj nad zatoką do której wpływa Kaja. Ongiś elfy Kaj zajmowały całe południowe wybrzeże Bane od zatoki do której wpada Penur po cieśninę jeziora Zirzikoe, ale wtedy nazywali się inaczej, a Polwakhera nie czuli się tak silni jak dziś. Idąc nieśpiesznie, starając się przy tym omijać co bardziej zdradliwe głazy, usłyszałem krzyk sokoła i mimowolnie zwróciłem głowę w prawo, wtedy wzrok mój spoczął na ukrytej w trawie wylince węża, przy której leżała garść muszelek, różnobarwnych, należących do zwyczajnych ślimaków. Niby nic szczególnego, ale podszedłem by się przyjrzeć. Ogromnie zmęczony monotonią krajobrazu, spragniony czegokolwiek co nie ma igieł i kory, wpatrywałem się zachłannie. Już miałem dotknąć, kiedy towarzyszący mi elf złapał mnie za rękę. Wyjaśnił że to ofiara, część jakiegoś szerszego rytuału mającego na celu przebłagać duchy lasu. Żeby iść dalej bo elfy które ją złożyły, niedługo pewnie wrócą, a lepiej by się nie domyśliły że w pobliżu jest ktoś kto nie zna i nie szanuje miejscowych zwyczajów. No i poszliśmy dalej – bo co jak co ale na drace to faktycznie nam nie zależało. Mi w szczególności.
Ziemie Mulle przywitały nas kamiennymi stelami, wysokimi na osiem-dziewięć łokci (drugie tyle pewnie wkopane było w ziemie), na górze naniesione były postaci elfów i ich bogów, brunatne, płaskie, ujęte z profilu, niżej zaś prawa tych ziem, drobnym, całkowicie mi obcym pismem – pełnym zdobień i zawijasów, nie zawsze wyraźnych z uwagi na działanie mrozu i słońca. Mój towarzysz rzekł że stoją już dwieście lat, i za kolejne dwieście postawią chyba nowe. Ugoszczono nas. Jedliśmy nasiona prażone i gotowane, kasze, wodorosty, różne rzeczy. Zupy i słodkie napoje dopełniły nasze żołądki, w końcu poczuliśmy się ociężali i sen nas zmorzył. Aby nie iść środkiem ziem Polwakhera, obraliśmy kierunek ku południu, ku łańcuchom za którymi jest już tajemniczy Zugraw.
Siedzieliśmy przy ognisku, już drugi dzień lało jak z cebra, a silny wiatr w wyższych partiach gór czynił przejście bardzo niebezpiecznym. Nie dziwota że byliśmy nie w sosie. Ile można czekać? Zimno, jedzenie się kończyło, a mój towarzysz milczał. Patrzył tylko na mnie krzywo, z wyrzutem. Wiesz czemu ludzie nienawidzą elfów? – rzekł w końcu, ale nie czekając na moją reakcję, sam sobie odpowiedział – Bo elfy są od nich lepsze.
Jak lepsze – pytam – skoro dały się przegnać na Północ, wzięły nogi za pas i tyle ich widziano. Nic po nich nie zostało – ni kamień na kamieniu. Nie odbudowały też tutaj, wśród Jezior – takich cudów jakie mieli ponoć w Środkowym Południu. O! Wtedy zamilkł na dwa tyknięcia zegara, i rzekł: a jak stuletnie drzewo daje sobie radę z zaledwie kilkudniową, żarłoczną plagą robactwa? Jak miasto Wielki Młyn mogło poradzić sobie z chmarą roznoszących zarazę szczurów? Jak? Gdzie tu kryterium wielkości, gdzie splendor, porównywać się do robactwa, do choroby? Mów człowieku! Gdzie? – w drżeniu jego głosu była i złość i irytacja, i pogarda. A ja nic nie odpowiedziałem, bo tu akurat miał rację. Więc co tu gadać.
A ja wyjść z tego labiryntu skał chciałem. Chciałem jak cholera. Droga przed nami była jeszcze długa. Byłem wdzięczny że mnie prowadził, choć to nie było dlań komfortowe, ni bezpieczne, jakby co – nie wyłgałby się że nie poznał we mnie człowieka. A zdrajców los jest marny. Ja zaś, nie będąc kupcem ni żadnym sztukmistrzem, rzemieślnikiem czy choćby pieśniarzem – brany być mogłem tylko za szpiega. Mozaika plemion przyjaznych i nieprzyjaznych, mozaika charakterów – czyniły nasze kroki niepewnymi, mogłem ufać tylko wiedzy przewodnika. W końcu jednak pokonaliśmy stoki u źródeł Penuru, tworzących Święty Staw, woda była tu zima, dookoła jedzenia niewiele – dopuściliśmy się wiec świętokradztwa i zabraliśmy nasiona pozostawione w kamiennym wazonie, pod ołtarzem. Było ich więcej niż potrzebowaliśmy. Wiatr dął, ale zrobiliśmy sobie zaciszne obozowisko tuż za jego zachodnią ścianą. Przez pogranicze Uteinn Ann i Uinntar szliśmy ku Perejonowi. Prawie zatoczyliśmy koło. Idąc przez las natknąłem się na dwa elfy. Martwe. Miały twarze poznaczone barwami wojennymi. Z jagód. Jak się ktoś nie myje, to trwałe jak tatuaż. Nie miałem wątpliwości: obaj to renegaci. Leżeli bez życia, ze strzałami sterczącymi z brzuchów i pleców. Jeszcze ciepli. Rozsądek podpowiadał mi bym nie ociągał, nie wgapiał i czym prędzej zmienił szlak. Mój towarzysz tylko się skrzywił. Dotknęła ich ręka sprawiedliwości, i choć dotyk to był śmiertelny – nie pochwyciła, ale marna to dla nich pociecha. Idąc dalej, doszliśmy do polany, tam też były trupy – elfy i półelfy. (Tych drugich poznaje po popsutych zębach, często nierównych – jak u ludzi, i nieco gorszej aparycji). Też mieli jagodowy sok na twarzy. Jedni regularne, inni nieregularne pasy. Wszyscy mieli odcięte prawe dłonie. Tym dwóm nieszczęśnikom z głębi lasu ostały się tylko dlatego że umknęli oddziałowi. Przewodnik powiedział by ich nie żałować, bo to zwykli bandyci. Przed sobą mieliśmy teraz najbardziej bezpieczne dla przybyszy z Południa ziemie: Perejon. Pełno tam gnomów, można spotkać ludzi którzy dukają po elficku, nielicznych ale zawsze, i ogólnie – nie trzeba się aż tak pilnować. „Tutaj mogłem odetchnąć pełną piersią. Kiedy rozpoznano we mnie człowieka, w dodatku wolnego człowieka z Południa, nie jeńca, nie niewolnika – po prostu wzruszono ramionami i poradzono bym się za bardzo nie rzucał w oczy” – zapisał w swoim dzienniku stary przyjaciel Stardara Zagraza, Cihiril Kowirnen, który wraz z nim i samotnie – bawił tu kilkanaście miesięcy. Perejon z trzech stron oblewają wody Wielkich Jezior i pomniejszych zbiorników: od zachodu Jeziora Snów, od północy Kuelo, od północnego-wschodu Kiello, od wschodu Jeziora Księżycowego. Na południu graniczy z ziemiami Uinntarów. Na terenie królestwa żyją elfy Perei, Forhai-Forai i Kiello Mikkula, a także niezliczona liczba przybyszy zewsząd: kupców, artystów, poszukiwaczy szczęścia, mieszańców. Przez środek Perejonu ciągną się wzniesienia gdzie pełno jest miast i miasteczek, z góry to musi wyglądać tak jakby ktoś posypywał pofałdowany mech różnobarwnym żwirkiem; mają tam swój początek rzeki Forhai i Forai. Najważniejsze, największe miasto regionu, i zarazem chyba całej Krainy Wielkich Jezior, to Blasien. Rozbudowany port na brzegiem Jeziora Księżycowego. Spotykają się tu tłumnie wszyscy którzy mają coś do załatwienia – od potrzeb materialnych, związanych z prozą życia,  rozrywką, higieną, itd., po potrzeby duchowe. Jest tu kultura niska i wysoka, snobizm i dobra dla mas. Wszystko. Życie koncentruje się w porcie, a także wokół wielkiego placu w kształcie ośmioramiennej gwiazdy, otwierającego się na kamieniste plaże – są tu kramy, świątynie, biblioteki, domy nauk, pokoje na godziny, przybytki na każdy gust i na każdą kieszeń. Drugi, mniejszy plac o kształcie gwiazdy, jest bardziej w głębi lądu, stoją tam wysokie dwustu-trzystuletnie kamienice o różnobarwnych dachach, gdzie knują uprzywilejowani, bogacze i ich utrzymanki, stoi tam ratusz, sąd oraz kilka innych obiektów użyteczności publicznej, a w południowej części jest gnomi medyk-golibroda. W wymienionych obiektach nie miałem możliwości gościć, nie piłem z miejscową elitą szykwalkckiego wina – ale golibroda jest bardzo dyskretny, cierpliwy i ma delikatne dłonie, a na alchemii zna się jak niewielu. I jego mogę polecić.  Nie-elfowie mają tu swój punkt wymiany informacji. Swoje robi świetnie, nie bierze dużo, w razie kłopotów pomoże.
Miasto stanowi mozaikę skwerów, pełnych starych drzew z Południa, obsadzonych krzewami tarasów, szarych domów z kolumnami i zdobiony wejściami, arkad oraz drewnianych altan. Zabudowa jest ścisła i rozproszona, różnie, zależy od dzielnicy. Nastawiali tu masę posągów, niekiedy aż do przesady. Kiedy tam dotarliśmy u kresu naszej długiej podróży, była już zima i większość południowych roślin straciła liście. Było wiec po prostu szaro, ale i tak kunszt rzeźbień elfich sylwetek, motywów kwiatowych i innych wzorów – ożywiał miasto, także wtedy kiedy mieszkańcy skrywali się przed chłodem. W dni świąteczne, zwłaszcza wieczorem – na ulice wylegały tłumy. Nigdy w życiu nie widziałem na raz aż tylu długouchych. Będąc w takim ścisku, znów poczułem się tak, jakbym znalazł się na Południu – tyle że elfy nie śmierdzą jak nasze pospólstwo i nie mają w zwyczaju szczać pod ścianami. Miasto nie ma murów obronnych, jest tu za to dużo straży – nie interesują się jednak za bardzo zwykłymi przechodniami, głównie pobierają formalne i nieformalne opłaty od handlarzy, karczmarzy i świadczących swoje usługi rzemieślników, medyków, prostytutek i czyścicieli. Miasto podzielone jest na obszary których rogi wyznaczają strażnice – pozwala to sprawować względną kontrole, i w razie potrzeby odcinać od siebie poszczególne kwartały. Straż miejska odpowiada za gaszenie pożarów, czuwa nad stanem mostów i kładek, kontroluje też zawijające do portu statki. Blasien zdecydowanie robi wrażenie – ogromem, kunsztem budowniczych i tym jak sprawnie funkcjonuje. Sam fakt że tak duży obszar został skanalizowany stawia go ponad tym co mamy u nas.
Przemierzając różne elfie królestwa, widziałem długouchych sporadycznie palących ziela otumaniające i nieśpiesznie wcierających w wargi narkotyczny proszek z korzenia Ihril. To drugie było w tych stronach zwyczajną praktyką, sposobem dodawania sobie krzepy, zabezpieczającym przez głodem – nic gorszącego. Robiły to nawet dzieci. Ale to co ujrzałem w Blasien, przeraziło mnie na wskroś: brudne elfy nie dające znaku życia, leżące w kałużach własnych wymiocin, w zaułkach i pod murami kamienic, całkowicie uzależnione od mocy toksycznych ziół. Było ich naprawdę wielu, i całkiem zburzyły w moich oczach resztki wyidealizowanego wizerunku swej rasy. Owszem – spite elfy na Południu też się zdarzają, ale pierwszy raz widziałem tak zniszczone, blade, nie radzące sobie z czymkolwiek wraki, które ledwo powłóczyły nogami. Podobne spustoszenie czyni chyba tylko zaraza w pełni rozkwitu. Ich nozdrza były popękane od trucizn i opuchnięte, pokryte strupami, oczy przekrwione, twarze poobijane od upadków, wszędzie mieli jakieś rany i zadrapania, jakby się między sobą okładały kocimi łbami. Przerażający widok. Ten nałóg zawsze prowadzi ku śmierci, i kto jest słaby, za bardzo przywyknie, zacznie brać większe dawki, całkiem traci kontrolę, a potem nie ma już odwrotu. Narkotyczna choroba całkowicie odbiera wolną wolę i chęć istnienia.
[...]
Konno i jako piechur zwiedziłem Krainę Wielkich Jezior wzdłuż i wszerz. Z grubsza oczywiście, bo wszędzie nie byłem – ale jakieś pojęcie o tym co tam się buduje, jak się żyje – mam. Jak się umiera i co potem się z nieszczęśnikiem dzieje, również. Skoro więc wyżej dotknęliśmy tego tematu, wypadałoby go rozwinąć. Tutaj nigdzie nie napotkałem żadnej większej nekropolii. Czasami rzuciły mi się w oczy pojedyncze głazy ze zdobnymi inskrypcjami, niekiedy napotykałem pochówki wewnątrz świątyń, bardziej znaczących członków społeczności, kapłanów, królów i królowych, ale poza tym – kompletny brak miejsc przeznaczonych specjalnie pod cmentarze. Nie uświadczyłem żadnych kamiennych kręgów, ociosanych bloków skalnych w rzędach, tablic – nic. Tutejsze elfy różnie żegnają swych bliskich. Nie przywiązują tak wielkiej wagi do ich doczesnych szczątków jak my. Relikwie, zabalsamowane ciała... stanowią wyjątki. Na ogół zmarłych grzebie się w lesie, a potem przysłania miejsce pochówku darnią, tak by nie było widoczne. I zapomina się o nim. Bo ten którego pamiętali już odszedł, nie ma go w sinym, zimnym ciele. Często praktykuje się też obrządki ciałopalne. Robi się to zawsze na wzgórzu. Wtedy, kiedy stos zgaśnie – najczęściej nad ranem (tak to jest zazwyczaj planowane), uroczyście zbiera się prochy zmarłego. Zwykle do szarej, płytkiej misy. Później rozsypuje nad nurtem strumienia bądź wypływa się z nimi na środek jeziora, a niekiedy też po prostu pozostawia się stos, i resztę czyni wiatr. Do takich wzgórz się wraca, Kiedy przychodzi konieczność pożegnania innego członka klanu, znosi się tam drewno i ponawia ceremonię. Te które się porządkuje, nie są wykorzystywane regularnie. Zaznaczyłem że ceremonia kończy się nad ranem, jest to ważny element tutejszych wierzeń – przejście z mroku w światłość, uwolnienie, odrodzenie duszy. Wyjątkiem są tzw. białe noce, okresy kiedy nie zapada pełna ciemność. Wtedy pora dnia nie ma aż tak wielkiego znaczenia.
[...]
Elfy już nie wrócą na Południe. Nie mają do czego wracać. Świata jaki zostawiły nie dało się ocalić. Nie ma miast ani miasteczek które budowali ich przodkowie, mostów ani dróg, te ostatnie biegną już zupełnie inaczej; inne rośliny zielenią teraz pola, inne zwierzęta pasą się pod lasem. Tak w ogóle, to dużo mniej tych lasów. Ich świat przeminął. Stracili go na zawsze. Czasem się zastanawiam kto przyjdzie po nas, i co z tego co pobudowaliśmy na elfich ruinach zostanie. I myślę że niewiele więcej.
Podróż na Północ nie odpowiedziała na moje pytania, wciąż nie wiem kim były tamte elfy, sprzed czasów podboju, ani jak wyglądało wtedy Południe. Owszem, są pewne analogie, ale mieszkańcy Północy to już zupełnie inne elfy, żyjące w całkiem odmiennych realiach. I jest to szalenie intrygujący świat, niedostępny jednak dla ludzi. No – chyba że się jest Zugrawczykiem! [...]


Fakty i mity – cytaty z artykułów Cirhilla Dertana:

„Mówi się, że tam to baby z babami, chłopy z chłopami. To prawda – i tak bywa. I to się tak jeszcze prowadzają razem, chodzą i mieszkają. I oni się dziwią że mało dzieci im się rodzi.
Bogowie... Widziałem, nie potępiam – ale sensu w tym nie widzę”.

„Nie ma tak cukierkowych zameczków, fontann, symetrycznych ogrodów z krzakami poprzycinanymi w jednorożce i syreny, a kolorowe ptaszki nie fruwają nad głowami”.

„Latem też bywa tam upalnie. »I komary w dupę tną« – jak to śpiewał ongiś pewien bard”.

„Nie każdy elf z Północy to obiekt godny westchnień młodych panien spragnionych piękna i egzotyki, nie każda elfka ma cyc sterczący i oczka jak laleczka. Szpetni też tam są”.

„Elfy nie śpią na drzewach, w wioskach pośród konarów. No chyba że polują”.

„Długouchym wystarcza mniej snu niż ludziom, ale z tymi kilkudniowymi czuwaniami bez drzemki to bujda”.

„Elfy nie porywają ludzi by się nimi bawić, gnąc ich po labiryntach i zadręczać zagadkami. Jeśli ktoś wpadnie w ich ręce – zostaje odesłany do domu, wbity na pal, albo trafi w niewolę (wtedy dożywotnia rola popychadła przynieś-podaj-pozamiataj gwarantowana), jednak próżno w tym doszukiwać się demonicznej złośliwości”.

„Długousi nie mają magicznych mocy, ale parają się jasnowidztwem i czynią gusła, jako i my czynimy. Niekiedy tak durne że ciężko na to patrzeć”.

„Nie mają zarostu, ani owłosienia na ciele, posiadają bardzo regularne, drobne zęby – bez odznaczających się kłów. Uszy – czy to duże, czy małe, odstające czy nie – są zawsze zakończone zwężeniem, nie są zaokrąglone a szpiczaste. (Półelfy mają zarost, słabiej odznaczające się uszy i wszelkie »wady« ludzkiego rodzica)”.

„Są długowieczne, starzeją się wolniej, ale rzadko kiedy dożywają 190-200 lat. Informacje na ten temat są grubo przesadzone. Osobniki osiemdziesięcioletnie są z reguły w pełni sprawne, dopiero po przekroczeniu setki zaczynają mięć trudności z samodzielnym funkcjonowaniem.
Najstarsza znana nam elfka żyła 211 lat, nosiła imię Eno, najstarszym elfem był  Unne Jolle, zmarł w wieku 208 lat (oczywiście jeśli wierzyć datom urodzenia które podawali – co warto zaznaczyć, elfy liczą lata życia od dnia poczęcia, 9-10 miesięcy ciąży traktują jako pierwszy rok życia)”.

„Elfki są z reguły płodne tylko kilka księżyców w ciągu roku (od dwóch do trzech, półelfki do pięciu miesięcy), ich ciąża trwa tyle co ludzka, czasami przedłuża się o miesiąc. W 7-8 miesiącu, nawet przedwcześnie urodzone niemowlę,, może żyć poza ciałem matki – choć jest dosyć kruche i podatne na choroby. [...] Dzieci rodzą się im bardzo drobne, porody są mniej bolesne, [...] a sama ciąża odznacza się mnie niż u naszych kobiet”.

„Niekiedy widuje się elfy z sześcioma palcami u jednej ręki. To nie znaczy że wszystkie tak mają, jest to częsty u nich rodzaj defektu – z jakiegoś powodu rzadki w Krainie Wielkich Jezior, a częstszy na Południu” .

„Starzec z klanu Czerwonego Klonu, wieczorem, przy wieczerzy, opowiedział mi historię obrońców Bal Tarrain – legendarnej, ośmiokątnej Wieży Wichrów, zburzonej przez nas aż do fundamentów. Elfów, którzy bronili się tam do końca, mimo przytłaczających sił wroga. Sześćdziesięciu obrońców i grubo ponad dwie setki oblegających: pancernych, pikinierów i kuszników, oraz brygady saperskie. Tak to ponoć było. Znaleźli się w potrzasku. Cały dolny zamek wybito, włącznie z ukrywającymi się tam kobietami. Z górnego udało się niektórym ujść – poprzez zsyp. Pierzchnęli cichcem, póki jeszcze był na to czas – wiedzieli, że nie mają szans, Bal Tarrain  musiała upaść – to była kwestia czasu. [...] Załoga, czy to pokonana samą mocą oręża, czy to przez śmierć głodową – musiała stracić pozycję, nie było ratunku. Pozostali w górnym zamku wybrali samobójstwo – stojąc w kręgu przebijali się mieczami, tak jak w legendzie o dwunastu synach boga Aelia Kytanna. Ludzie znaleźli ich w pozach zdradzających przebieg całego zajścia. [...] To nie była krwawo zakończona kłótnia jak mówią głupcy, podobne rzeczy działy się między tym ludem już wcześniej. Uchodziło to za jedyne rozwiązanie pozwalające zachować honor. Elfy z ostatnich pięter wieży ciskały w ludzi desperacko pochodniami, urągały im i pokazywały obraźliwe gesty, kiedy skończyły im się strzały – w ruch poszły stołki i obruszone cegły. Pod koniec, wyczerpani – stoczyli ostatni, krótki bój, na kordy i szable. Kilku ocalało – król Kiuk kazał ich wbić na pale, mimo że byli ledwie żywi.  Skonali od razu, nim jeszcze postawiono je na sztorc. Takich historii elfy mają wiele. Niczego nie zapominają”.

...

Cirhill Dertan (Deartann) – Rewellczyk z urodzenia, Marbadczyk z wyboru. Krótko po opublikowaniu tego artykułu, wyruszył ku północnym kresom kontynentu, zobaczyć na własne oczy tak barwnie opisywane przez Stardara Zagraza trąbowce i tamtejsze elfy. Wyruszył szlakiem człowieka którego całe życie podziwiał. Z niesłabnąca fascynacja badał różne wersje jego zapisków i przygotowywał się do wyprawy. Uważał że nigdy nie wyjdzie z jego cienia, i że jako podróżnik ledwie musnął tajemnice które dla Zagraza były codziennością. Popłynął w górę rzeki Hikin i słuch o nim zaginął. Dzięki niemu wiemy cokolwiek na temat Elfich Królestw i nauczyliśmy się czegoś o tamtejszej medycynie.

Dertan, wielki podróżnik i człowiek pióra, urodził się w rodzinie mieszczańskiej, brał nauki na uniwersytetach Kaen i Aalst, których jednak nigdy nie ukończył. Mając ćwierćwiecze na karku opuścił swoje królestwo i osiadł nad Uialmanen. Zarabiał na życie jako korepetytor, drukarz i skryba. Dertan nigdy nie kreował mitów na swój temat, zawsze starał się rzetelnie przedstawiać fakty.
Powyższy tekst to forma skrócona i zredagowana na potrzeby tego wydawnictwa – szerzej zainteresowanych zapraszam do lektury jego pism zebranych, które ukazały się nakładem wydawnictwa Zit Manr. Rękopisy i szkice autora znajdują się w Królewskiej Bibliotece miasta Iksibirn, udostępniane są za niewielką opłatą.

* Idzie tu o Ziemie Północno-Zachodnie, o których będzie mowa w dalszej części opracowania.