środa, 31 maja 2017

U Kazarów

Aby oddać hołd wujowi, opłaciłem miejsce na statku i popłynąłem ku zachodnim krańcom Wielkiego Kontynentu. W miejscu gdzie najprawdopodobniej zmarł, nie bez trudu zapaliłem kadzidło, walcząc ze zgrabiałymi palcami i jesiennymi podmuchami wiatru. Polecając jego utrudzoną duszę bogom, czułem że robię to co już dawno winno być zrobione. Choć znając ich stosunek do jego osoby, nie bardzo wierzyłem że może mu to jakoś pomóc. Morskie powietrze miało ciężką, słoną woń. Nie do pomylenia z niczym innym. Nieprzyjemnie wwiercała się podrażnione nozdrza i zmuszało do przełknięcia śliny. Było bardzo zimno. Otwarta przestrzeń potęgowała typowe dla tej pory roku chłody, a ja pospiesznie przywdziewałem dodatkowe warstwy ubrań, zbyt często zaglądałem do butelki, i z wytęsknieniem wypatrywałem lądu, jaki by on nie był. Po drodze nie dostrzegłem żadnych świetlistych kul ani ptaków-gigantów, tylko swojskie mewy, migrujące orły morskie, błądzące niespiesznie wieloryby i  kolonie brunatnych wodorostów.



Po kilkunastu dniach ujrzałem ląd. Potężne skały i szerokie plaże półwyspu, zwanego od imienia jego najliczniejszych mieszkańców Kazarskim, celu podroży mego wuja. Wpłynęliśmy w ujście Karsti, wielkiej rzeki, na której północnym brzegu stało wiele drewnianych chat, skleconych byle jak i z czego się dało. Była to cześć chaotycznej zabudowy należącej do biedoty, osad okalających gród Nrotycz, czy też to co z niego pozostało, którego port, ulokowany nieco dalej, na wschód, nie budził niczyjego zaufania. Drewniane pomosty i usypane byle jak kamienne cyple, nie były bezpieczne dla żadnego statku, zwłaszcza handlowego, o głębokim zanurzeniu. Mimo to, naliczyłem jakieś dwadzieścia większych łajb i dziesięć mniejszych. Trzeba było się nieźle nawiosłować by je bezpiecznie zacumować. Większe trzymały się nieco dalej, blisko środka rzeki, mikrusy były odważniejsze. Widziałem liczne flagi z Runu. Były tu załogi z Kallhjore, Skoghallu i mojego rodzinnego Rissu (z czego tych ostatnich najwięcej) – reszta łajb nieoznakowana bądź oflagowana nieznajomo, najpewniej ze Środkowego Południa. No i dwa statki hatlańskie, ze znakami zakonnymi Nordmarhu, które zwabiło kazarskie złoto i srebro. Najpewniej. Mają tu kopalnie które pracują dzień i noc, nie są szczególnie wydajne – ale pozwalają miejscowym elitom pozyskiwać akurat tyle by było na wymianę. Kiedy już wszystkie luksusowe towary zostaną wyładowane, wycenione i sprzedane – statki wypłyną na pełne morze, i dalej, do portów macierzystych bądź kontynuować handel z ludami Przymorza, które oferują między innymi niewolników, głównie gwałtem pochwyconych Fenów, zboża i różne halucynogenne paskudztwa. Jeśli wpłyną w rzekę Destr, szeroką i głęboką, która płynie przez środek Królestwa Kazarów, mogą pokusić się o interesy w samej stolicy – aczkolwiek wielu jest nią rozczarowanych, bo to miasto które lata swojej świetności ma już za sobą. Jeszcze więcej handlarzy zwyczajnie boi się napaści straży królewskich, zarekwirowania towaru (pod byle pretekstem), zakucia w łańcuchy albo utraty życia. Bo i tak bywało. Liczne plemiona Kazarów, zawsze uchodziły za dzikie, nieokrzesane, łase na błyskotki, i niewiele się w tym zakresie zmieniło. Brak poszanowania prawa to u nich powszechna przypadłość. Kaprysy lokalnych bogaczy, trzęsących hurmem pociotków i biedotą żyjącą z roli, może być przyczyną wielkiego nieszczęścia nieopatrznie rzucającego się w oczy podróżnego, którego po prostu opłaca się ograbić, bo jest obcy i nikt się za nim nie ujmie. Dlatego też port do którego zawitaliśmy cieszył się większą popularnością niż wszystkie inne na patrolowanym dzień i noc Destrze, leżał na uboczu. Kazarń jest daleko od krain Południa. I geograficznie i mentalnie – nie wolno o tym zapominać.
Nrotycz robi przygnębiające wrażenie. To jedna wielka ruina. Dawnymi czasy, nieufny Hgar Morogor, tutejszy pan i władca, twórca dzisiejszego porządku, bojąc się że kiedy wycofa swe wojska z podbitego terenu, Nrotycz szybko odbuduje dawną potęgę i zacznie się buntować, zdecydowanie wolał nie ryzykować, i zagnał tu okolicznych górników, kamieniarzy oraz resztki własnych wojsk, poczym wydał rozkazy. I dziś nasze oczy widzą to co widzą. Miasto zostało zrównane z ziemią, a obecne prawo zakazuje stawiania budowli z cegły czy kamienia. Nawet gołębnik musi być drewniany. Łatwopalny. Mimo, że miasto pełni funkcje handlowe i interesie stolicy jest by było jak najbardziej reprezentacyjne – nie kusi niczym przybyszy. Zostają tylko tyle, ile muszą. Pomiędzy starymi ścianami, resztkami pieców i kikutami kominów, hula wiatr. Ilekroć mocniej zawieje, chałupy skrzypią i gubią gonty. Zadziwiające jak dużo tu Cirobrusów, handlują czym się da; jeden z nich, wspaniałomyślnie zaproponował mi gościnę. Wypytywał o nowiny z domu, dzielił się wrażeniami i obserwacjami, narzekał – jak to rezydenci mają w zwyczaju, a potem tak się schlał że spadł pod stół. Rozejrzałem się po wnętrzu: dużo ksiąg, dywany, jednak wszędzie kurz i niezbyt czysto, a ściany surowe, zachodzące grzybem i osmolone. Niemniej byłem rad, że na głowę mi nie kapie, a ogniki skaczą po polanach. Chroboczące myszy upewniły mnie że skoro one mogą tu żyć, to ja też, i swąd mnie nie zabije.
Nrotycz, ongiś stolica samodzielnego państewka, był warownią z prawdziwego zdarzenia. Przed zburzeniem jego mury liczyły sobie przeszło trzydzieści stóp wysokości. Patrzę na to wszystko z pewnym zdziwieniem, i niedowierzaniem, bo w życiu nie posądziłbym tego miejsca o tak znamienitą przeszłość. Spacerując, staram się jak najwięcej zapamiętać. Mój gospodarz mówił, że płaci niemało za możliwość pobytu i swobodnego handlu. Żeby uważać. Trochę napędził mi stracha. Nie da się ukryć że cały ten chaos nie nastraja do poobiedniej przechadzki, ani kontaktu z tubylcami. Nawet bawiące się w kałużach dzieci spoglądały na mnie krzywo. Ale nie przybyłem tu siedzieć i zbijać bąki. Moją uwagę przykuł drewniany słup, na którym przybysze z różnych stron poprzybijali dziesiątki tablic wskazujących ich małe i duże ojczyzny. Większości alfabetów nie znałem, ale z tych które byłem w stanie odczytać: trzy sztachetki wskazywały miasta risskie – Frugg, Meleander i Redkaf, dwie tiwskie – Wallhir i Mnarfig; reszta to jakieś porty z Południa, kulińskie. Także miejsce popularne i znane w świecie. Mimo że chałupy przypominają okopcone kurniki. Tutaj mój wuj planował początek swej wędrówki. Nie mogę oddalić myśli, że z jego szczęściem skończyłoby się to nożem pod żebrami, sznurem na szyi, albo w końskim poidle. Naprawdę sporo tu nieprzyjaznych oczu. Zewsząd dobiegały mnie szmery rozmów, które cichły gdy tylko się zbliżałem. Nawet nie znając sensu słów, wiedziałem że idzie o mnie. Wszechobecny rozkład i bieda uwalniają tu z ludzi najczarniejsze pragnienia, które ich bogom wcale a wcale nie wydają się naganne – zwłaszcza kiedy czasy ciężkie.
Gdzie wśród tego próchna i krzywizn, rozwalających się beczek i resztek łodzi, znajdują się pozostałości głównego obwarowania, dawnej chluby Nrotyczu, która tak niepokoiła sędziwego króla Hgara? Stąpałem po nim, nie przypuszczając nawet że to robię. Na dzień dzisiejszy ni to wał, ni to szeroki nasyp, a dookoła wala się pełno odpadków. Przy i na pierścieniu sklecono liczne kramy, lokale rzemieślnicze, karczmy, kilka kapliczek i sześć domów uciech.  Wszystko oczywiście z drewna – olchy, orzecha i leszczyny. Droga na murach jest błotnista. Tylko gdzieniegdzie widać pod stopami rozrzucone byle jak kamienie i warstwy kruszejących cegieł. Na grubych linach, w równych odstępach, kilka łokci nad głowami – wiszą latarnie. Nie poprawia to jednak bezpieczeństwa. Ani światło, ani straż – nie są w stanie zniechęcić drobnych złodziejaszków, a tych smarkaczy jest tu naprawdę sporo!

Co trzeba sobie powiedzieć, będąc w Kazarni – to to, że pośród miejscowych panuje wielkie zróżnicowanie językowe, innym językiem mówi chłopstwo, innym wysoko urodzeni – często to tak odmienna mowa, że obie strony mają problem by się nawzajem porozumieć. Owszem, nie jest to nic niespotykanego – ale odnotujmy ten fakt. Jeśli bowiem zechcesz opłacić sobie tłumacza, to wiedz że dwie wioski dalej może on być już zupełnie nieprzydatny. W każdym zakątku, w każdej prowincji, używanych jest po kilka dialektów – które różnią się między sobą w stopniu znacznym lub znikomym. Wrogie szczepy kazarskie żyły obok siebie od wieków, w ogóle się nie kontaktując, a jeśli już, to wiele przy tych kontaktach nie rozmawiały. Sytuacja zmieniła się w okresie podbojów, kiedy najsilniejsi zaczęli podporządkowywać sobie sąsiadów, a potem całe doliny. Przymusowe przesiedlenia całych rodzin, na tereny niegdyś jałowe i odludne, bagna i pustkowia, bądź między obcoplemieńców, zmuszanie całkiem obcych klanów do wspólnego gospodarzenia i brak tradycji piśmienniczej – dodatkowo komplikowały sytuację. Tworzyły się nowe gwary, gdzie indziej dochodziło do zlewania się dwóch języków w jeden, gdzieniegdzie narzucano swój język sąsiadom. Każdy mówi tu jak chce. W granicach państwa nie znajdują się wszyscy Kazarzy, i ci też mają swoje języki. Północni nadal nie chylą głowy przed królami z Urchenia, podobnie jest z grupami ze wschodu. W naszej geografii mówimy o Kazarach Północnych, Środkowym Królestwie i Państwie Kazarów Wschodnich (Hrune, Hrunn). Można się pogubić. Jeśli jednak na tronie w Urcheniu nadal zasiadać będą tacy królowe jak Hgar Inthor, Gar Gar czy Taeur Rębacz, niebawem nie będziemy mieć tych problemów. Kiedy byłem w ich kraju, wywiedziałem się od mego krajana, który kupczył tam medykamentami, że właśnie załamało się dziesięcioletnie porozumienie pokojowe, i wojska z Szergaru ciągną na północny-wschód, zajmować przygraniczne doliny, a reszta ziem podległych miastu się umacnia: groty odlewane są dzień i noc, rozłożone na części onagry, trebusze i balisty zajmują dziesiątki wozów, a zziajani cieśle z kowalami, odpowiedzialni za to wszytsko, nie czują rąk. Później wieści te często nas martwiły.

Kazarzy są brodaci. Co bogatsi przy tuszy – jak wszędzie. Pozostali jędzą skromniej, mniej tłusto, ale do syta: kasze, gotowane korzenie, placki; w lasach nie brakuje dzików i jeleni, nie stronią więc od mięs, wyglądają zdrowo i nie głodują. Robią świetne miody. Bardzo popularne są tu sery, białe, wyjątkowo słone, długo przechowywane w płytkich baliach i beczułkach. Je się dużo cebuli, bulw oraz pędów, różnych gatunków i odmian. Winorośli tam niewiele, sadów prawie nie ma – dlatego sprowadzają suszone owoce z Południa.
Kazarskie kobiety stanowią temat wart kilku grubych książek. W czterech ścianach bywają dość porywcze, potrafią zaleźć za skórę, i narobić niemałych szkód, nawet jeśli publiczne zachowują się dość powściągliwie, godnie i zupełnie nie zdradzają się ze swoim temperamentem. Wielu już to zwiodło. Większość czasu spędzają w domu, zwykle usuwając się w cień, ale nie cierpią na tym zanadto, uzyskując swoje metodami pokątnymi. Mają dosyć wysoką pozycję społeczną, typową raczej dla mieszczek z Runu czy Środkowego Południa. Wprawdzie nie mogą dziedziczyć,  ale poruszają się bez nadzoru i w większości wypadków same wybierają sobie męża. Dlatego też wielu Kazarów żeni się z kobietami niewolnymi i cudzoziemskimi brankami, mając w pogardzie ich humory. W wyniku tej praktyki, popularnej od wielu pokoleń, nie wszyscy są rudzi i kasztanowowłosi (jak uważają kulińscy Południowcy). Kazarzy mogą mieć po kilka żon, ale tylko wtedy kiedy ich na to stać. Biedni nie cieszą się zainteresowaniem, wolne kobiety nie chcą być u takich drugimi czy trzecimi żonami, a i mężczyźni się wtedy nie garną do żeniaczki.

Będziesz pluł trzonowcami kurwi synu – usłyszałem za swymi plecami, po rissku, z akcentem typowym dla mieszkańców brzegów Karny. Kiedy barczysty jasnowłosy skonstatował że wszystko rozumiem, na jego twarzy odmalowało się zakłopotanie, równie szczere jak wcześniejsze zacietrzewienie. Cirn Floike – przedstawił się po chwili. Prosty chłop ze wsi graniczącej przez rzekę z zamkiem Steklas. Na Kulinie w interesach. Jakich? Nie wyjaśnił. Wziął mnie ponoć za jakiegoś tutejszego lekkoducha, lubującego się w ruńskich strojach, zwyczajach – ale ni w ząb nie mówiącym w naszym wspólnym, a winnym mu trochę złotych monet. Równo sto tutejszych reizów. Monety wielkości paznokcia, ale ze szczerego złota bez domieszek. Spora sumka. Dawni Kazarowie, zamiast pieniędzy używali złotych bądź srebrnych sztabek. Teraz biją w stołecznej mennicy własne monety. Z rzadka owe reizy, częściej niewielkie brunatne hury z wizerunkiem gryfa, czasem gryfa walczącego ze smokiem lub okolicznościowymi inskrypcjami. Dwadzieścia hurów warte jest teoretycznie tyle co jeden reiz, ale ludzie wyraźnie rozgraniczają te dwie waluty, bardziej ufając  – co zrozumiałe – złotu. Za jednego reiza można kupić pół worka mąki [około 50-60 kg], za dwa-trzy – niewolnika. Po cztery chodzą młódki, które jeszcze nie rodziły (cenione najwyżej), a cenny wszystkiego innego stale się zmieniają.

Spędziłem trochę czasu w okolicy, włócząc się gdzie się dało – zdecydowanie dłużej niż bym chciał. Kiedy utłukli kapitana, a statek przeszedł w ręce bliżej mi nieznanego oprycha – zostałem uziemiony. Minę miałem nietęgą: jedni przewoźnicy zawyżali stawki, chcąc mnie oskubać, inni nie płynęli na Run, tylko ku Zielonym Wyspom albo do Środkowego Południa. Sytuacja mnie zaskoczyła. Zmitrężyłem w kraju Kazarów cała mroźną zimę, o mały włos nie tracąc palców (inne wypadki na razie przemilczę). Huczne przesilenie, świętowane zaskakująco mocnymi wyrobami miejscowymi, krasnoludzką gorzałką, a nawet winami z Hatlanu... ledwo pamiętam. Przetraciłem kupę pieniędzy i sprzedałem nie tylko szmelc, ale i najcenniejsze drobiazgi. Na koniec ostało mi się tylko to co miałem na sobie. Żywiłem się byle czym i modliłem o statek który zabierze mnie do domu. Poczyniłem w tym czasie kilka notatek. Mniej i bardziej sensownych, i coraz bardziej podziwiałem wszystkich tych obieżyświatów, włóczęgów i podróżników, których księgami zaczytywał się wuj Kidruk.

Jest tu dosyć brudno, a niemiła woń jest wszechobecna, czuć ją mimo mrozu. Kazarzy nawykli, ja nie. W zimie nie myją się prawie w ogóle, jedynie ręce i twarze, do posiłku. Mężczyźni mają iście morderczy zwyczaj samoudręczenia w niewielkich, zatęchłych półziemiankach, gdzie polewają wodą rozgrzane uprzednio kamienie, i podduszają się w obłokach pary, pocąc przy tym obficie. Nierzadko palą tam też halucynogenne zioła, zamknięci na cztery spusty, aby spotęgować otumaniającą moc dymu (oczywiście wtedy nie korzystają z gorących oparów). Prawdę rzekłszy, przesiadywanie w owych półziemiankach to ich najulubieńsza rozrywka. Starych i młodych, biednych i bogatych. Kusi nawet niektóre niewiasty, które w swoim gronie robią to samo. Można się na te kopczyki natknąć wszędzie, jest ich niemal tyle samo – co domostw. Każda rodzina ma własny.

Pomiędzy Kazarami żyje wielu Fenów, większość z czasem przyjęła ich język i obyczaje. Na stu spotkanych mężczyzn, dziesięciu będzie Fenami, choć nie stwierdzimy tego na pierwszy rzut oka, dopiero w czasie rozmowy (i to jak się nam przyznają). Sami Kazarzy nie stanowią jednolitej, zwartej grupy (o czym była mowa wyżej). W kraju występuje duże zróżnicowanie, tak dialektyczne jak i obyczajowe, a cudzoziemki brane przez nich ochoczo za żony też mają w tym swój udział. Za Kazara uważany jest tu ten który ma kazarskiego ojca, krew matki nie ma znaczenia, nie zapewnia  kazarskości, ani też jakkolwiek jej nie umniejsza. Akceptowani są wszyscy ci którzy umieją się porozumieć, władają biegle miejscowym narzeczem, wyznają tutejszych bogów i lokalne tradycje. Nastroje są różne, inne w mieście, inne na prowincji, ale obcy może stosunkowo łatwo się tu zadomowić. Warunek jest jeden – nie może okazywać słabości. Wśród elity są wpływowe rody obcej krwi, ale wyłącznie kazarskojęzyczne i pożenione z miejscowymi kobietami. Fenowie zazwyczaj się do nich nie zaliczają.

Kazarń (w znaczeniu terytorium kontrolowanego przez Urcheń) to dosyć duża państwo, które z powodzeniem mogłoby rywalizować z tymi z Południa, gdyby nie dzikie obyczaje jakie tu panują, powszechny analfabetyzm i stosunkowo duże opóźnienie technologiczne, które obejmuje wszelkie dziedziny, od metalurgii po tkactwo. Kiedy spojrzymy na mapę południowo-zachodniego Kulinu, zobaczymy ogromny półwysep, oddany mniej lub bardziej dokładnie, Królestwo urcheńskich Kazarów znajduje się w jego centrum i ma stosunkowo niewielki dostęp do morza, tam gdzie do Ujallu wpadają połączone wody Karsti i Oczii. Nrotycz, gdzie spędziłem wbrew swej woli dużo więcej czasu niż planowałem, jest najpewniejszym i w zasadzie jedynym portem dostępnym bezpośrednio z morza. Ów pas wybrzeża to Dzielnica Nadbrzeżna, jedna z siedmiu części wyznaczonych w stolicy aby sprawnie zarządzać krajem, jak i inne, nie ma jednak wiele wspólnego z tradycyjnym podziałem tych ziem. Oprócz Nrotyczu, znajdują się tam takie grody jak Kijhurń czy Czehrn, mają marginalne znaczenie. Środkiem Kazarni toczy swe wody Destr, zasilany przez Ierbucz z północy, Nowikrę z północnego-wschodu, a Kuligię i Żesłanę z południa. Tworzą kilka przydatnych szlaków, które służą miejscowym właścicielom dłubanek i co odważniejszym kupcom. Żesłana jest przede wszystkim południową granicą oddzielającą ziemie Kazarów od niezorganizowanych plemion Fenów, niezwykle bitnych i ceniących sobie swoją swobodę. Rozlewa się szeroko, przechodząc w tereny podmokłe, bagna i trzcinowiska, stwarza wiele możliwości przekradającym się potajemnie zbójcom, pomniejszym kupcom, desperacko pragnących ominąć celników, oraz zawodowym przemytnikom. Tych ostatnich nie ma wielu, bo i nie za bardzo jest co szmuglować. Reszta południowo-wschodniej granicy wpływów Urchenia rozpływa się w nieprzebytych borach Feni. Południowo-zachodni pas graniczny z Przymorzem, obsadzają bogaci panowie, gospodarze na własnych zamkach, niewielkich ale murowanych i z kamienia, dobrze utrzymanych, a pod nimi, między wałami funkcjonują ludne osady, pola i pastwiska. Północno-wschodni pas ziemi niczyjej, za którą leży Hrune (Hrunn) czyli Państwo Kazarów Wschodnich i Królestwo Garr (które do niedawna było jego częścią), to także spokojne ziemie (przynajmniej dla miejscowych), od tych terenów, na zachód – ciągnie się granica z Północnymi Kazarami. Najznaczniejszy gród północy, Szergar będzie teraz domem dla królewskich zbrojnych, a pola u jego murów zapełnią się stosami poległych. No chyba że wojny nie będzie. Dzielnica Środkowa zrzesza ziemie skupione wokół stolicy, składają się na nią tzw. Kazarń Urcheńska i skrawki innych władztw, dawniej zależnych od Szabranu i Żertarni. Od południa przylega do niej Dzielnica Wewnętrzna, która zarządzana jest ze wspomnianego Szabranu, wyludnionego miasta, którego mieszkańców przesiedlono nad Żesłanę i do Waru. W obu, nie brak pomniejszych grodów, których mieszkańcy są nastawieni na handel i drobne usługi rzemieślnicze, oraz gwarnych osad, należących do klanów opiekujących się bydłem i polami. Niżej leży Dzielnica Południowa, gdzie stoi wielki Biały Zamek (Ieddlar), i pobudoane wokół niego miasto o tej samej nazwie, oraz liczne przedmieścia. Otaczają je potężne wały, kilka pierścieni z kamiennymi wieżami, wszystkie oflagowane. To dawni sprzymierzeńcy Kazarów Urcheńskich, skonfliktowani z plemionami zza Kuligii; wedle tego co mi wiadomo, możni z tego miasta i okolic, dostali duże nadania ziemskie bezpośrednio nad Żesłaną. Na bagnach Żurń (Zhurn), założyli drewniano-kamienną warownie. Trwają tam osuszania terenu – póki co prowadzone bez większego powodzenia. W leżącym nieopodal Warze, stoi strzelista świątynia Boga Ityna. Rzemieślnicy ze Starego Miasta, rok rocznie dodają doń swoje zdobienia, które wyobrażają brodatego boga burzy, jego dwunastu synów, ich dziesiątki żon, dzieci, dalszych krewnych, święte zwierzęta i różne tego typu ozdoby, a także święte symbole – czytelne tylko dla wychowanych w miejscowej kulturze. Dzielnica Wschodnia leży na obu brzegach Nowikry, jej stolicą jest Thurn, z tego co mi tłumaczono, nazwa oznacza młot. Założono je ponoć tam gdzie samotny młodzian, wygnaniec, własnymi rękoma, uzbrojony jedynie w kowalski młot, utłukł szarżującego nań niedźwiedzia, zjadł jego wątrobę, po czym sam zaczął przyjmować niedźwiedzią postać, co skutkowało tym że w niedługim czasie zawojował całą okolicę, zapoczątkowując ród Thurnidów (Thurnen Karn). Dzielnica Północna to w zasadzie jedno wielkie pogranicze, stare pogorzeliska wsi i stosunkowo nowe, obwarowane ziemnymi wałami miasteczka, stawiane z nakazu władcy tylko i wyłącznie z kamienia, ciągną się od wschodu do zachodu. Na zachód od ziem Kazarów Urcheńskich leży Dzielnica Zachodnia. Zarządzają nią rody zamieszkałe w rozległym, położonym na kilku wzniesieniach mieście, liczącym sobie kilka dobrze zorganizowanych, odrębnych dzielnic, mieście wielopoziomowym, z brukowanymi drogami i wszelkimi wygodami. To Żertarń. Od setek lat jest stolicą tzw. Kazarni Żertańskiej, zwanej też Szoror Ha. Oprócz Szoror Ha, obejmuje też leżące w jej północnym cyplu ziemie plemion Hur, Sztarma i Arhuk Maah oraz skrawek lądu będący dawniej pod panowaniem Przymorzan.

Tyle się wywiedziałem, a nie było to łatwe. Mało? Przyjacielu, wdziewaj ciepłe ubrania i płyń! Jeśli masz talent do języków, mocną głowę i umiesz posługiwać się bronią palną oraz długim nożem – to miejsce gdzie pohulasz jak lubisz. Przydadzą się też szybkie nogi. Ja wróciłem do domu bez trzech zębów i z solidną blizną – ciągnącą się od górnej wargi do skroni. Cudem ocaliłem oko! Krwiaki i sińce nie schodziły miesiącami a ból dokuczał jeszcze dłużej (nie wspominając już o dumie).  Cieszę się że żyje! Kupiec który stał obok mnie, który oberwał tym samym cepem – padł w zaspę i już nie wstał.
To były długie miesiące. Większość mego pobytu spędziłem u pobratymców z Runu. Siedzieliśmy, trochę zalęknieni, że i do nas dotrze wojna – Nrotycz wszak leży na wybrzeżu, a Kazarzy z północy pływają równie dobrze jak ich krewniacy, między którymi wiedliśmy swój żywot. I zima im niestraszna. Długie łodzie, topory i huki wystrzałów – śniły mi się niemal co noc. Często sięgałem wtedy po mocne napitki, choćby najpodlejsze. Z nerwów. Byle tylko zagłuszyć niepokoje duszy. Choć na chwilę – winne temu może me królicze serce, może nadmiar obcych bodźców – ale to już nie mnie oceniać. Kiedy opuszczałem brzegi półwyspu, na północy trochę się kotłowało, ale władca nie powoływał pod broń nowego wojska. Do ostatecznego rozwiązania nie doszło. Kto wie, może dzieje się to teraz?

Jeden z „tutejszych” Rissów, rodem z Sidrii, prawie że mój krajan, pragmatyczny wyznawca lokalnego bóstwa Omkara, człek prawdomówny i dociekliwy zarazem, dobry druh, miłośnik wina, Uliin Maai, wiele mi mówił o osobliwościach kazarskiego ludu, jego trudnych językach, temperamencie kobiet i złożoności stosunków panujących między poszczególnymi warstwami społecznymi. Często podróżował między Runem a Kazarnią. Mieszkał w wielu miastach, rozmawiał z wieloma ludźmi, elfami i krasnoludami, miał znajomych wśród gnomów, cieszył się powszechną sympatią – nawet tu, wśród Kazarów. Opowiedział mi to i owo, między innymi o latającej wyspie Żiran, zaludnionej przez osobliwych mieszkańców podszywających się pod wodniki – którymi straszy się tutejsze dzieci, o tym z kim rozmawiać a kogo się wystrzegać, jakich miejsc unikać, gdzie tanio uszyć buty lub wymienić pozornie bezwartościowy drobiazg na gąsiorek wina czy kilka kufli piwa, i to jemu zawdzięczam życie, oraz to że wróciłem do domu, na statku zaprzyjaźnionego z nim kapitana. Z tego miejsca chciałbym mu serdecznie podziękować. Dom Neireików zawsze będzie stał dla ciebie otworem. Pomagało mi wielu, ale gdyby nie on, ich wsparcie byłoby daremne.

poniedziałek, 29 maja 2017

KULIN

Kulin jest znacznie większy od Runu i bardziej wysunięty na północ. Od Białych Pustkowi dzielą go jedynie płytkie morza. Kiedy zamarzną – można przez nie dotrzeć do krainy wiecznej zimy suchą stopą, na saniach, nartach czy pieszo. Jeśli człowiek jest sprawny, nie ma z tym problemu. Lód jest gruby i zalega jeszcze wiosną. Grasują tam jednak białe niedźwiedzie, dużo większe od czarnych czy brunatnych. Choć zwykle polują na ryby i foki – nie pogardzą też ludzkim mięsem. To jednak mróz, nie niedźwiedzie – zabija najczęściej na północnych rubieżach, i nie należy dawać wiary opowieściom o krwiożerczości tych stworzeń.




Większość ziem kontynentu pokryta jest górami – niewielkimi, o łagodnych stokach, oraz wysokimi, skalistymi pasmami, rozgraniczającymi szerokie połacie mniej pofałdowanych terenów. Jedyne względnie płaskie obszary znajdują się na południu kontynentu, w Warzarii i Ziemiach Północno-Zachodnich. Jak Kulin długi i szeroki, na wschodzie, zachodzie, północy i południu, wszędzie natkniemy się na ujścia dużych rzek, znacząco ułatwiających podróż w głąb kontynentu. Jednak tylko niewielka ich część została spenetrowana i skrupulatnie opisana.  Wciąż stanowią wyzwanie, tak dla osadników jak i kartografów. To niestety tyczy się nie tylko rzek. Kontynent kuliński jest bardzo rozległy i w wielu miejscach wciąż zbyt słabo poznany by można było się po nim sprawnie poruszać. Kupieckie kompanie krasnoludzkie i gnomskie organizacje naukowe sporządzają własne mapy, ale rzadko dzielą się nimi z ludami Południa. Tak więc wiedza o dalekich ziemiach rozsiana jest po wielu bibliotekach i instytutach, które zwykle się nie kontaktują, i trzymają swoją wiedzę dla siebie.




Geografowie bazując na podziale zwyczajowym, rozdzielają Kulin na trzy części: Południe, Północ Bliską i Daleką. Jest to rozróżnienie czynione z perspektywy ludzi zamieszkujących południowe wybrzeże, uwzględniające odmienne warunki pogodowe, szatę roślinną a także ukształtowanie terenu.
I tak – Południe obejmuje ziemie między środkowymi stepami Warzarii, górami Skodtall i Isentarem a wybrzeżem – to tutaj żyje najwięcej ludzi i przedstawicieli innych ras rozumnych. Tu dawniej gospodarzyły elfy i karły, a w gęstych lasach pleniły się gobliny.
Bliska Północ, w najdawniejszych czasach zwana po prostu Północą, rozciąga się od granic Południa, aż po rzekę Chariuz, góry wyznaczające kres Krainy Wielkich Jezior, obszar środkowego Hrollnairdu i półwysep Hure. Żyją tu potomkowie elfich wygnańców i stare rody północy, ludzie jasnoskórzy, skośnoocy, mieszańcy, a także gobliny (na Południu praktycznie wytępione). Lata są tu zwykle gorące i burzowe, zimy mroźne, dla obcych męczące, ale można tu wygodnie żyć.
Daleka Północ to ostatnia rubież kontynentu, miejsce zdecydowanie niegościnne. Długie zimy i krótkie lata pozwalają jedynie na wypas owiec i zimnolubnych bawołów o gęstej sierści, ale prawie nikt tu tego nie robi – można napotkać tam dzikich ludzi i goblińskie szczepy uganiające się za trąbowcami, czasami przemknie jakaś gnomska ekspedycja zbierająca materiały do swoich badań, przebywająca tam od kilu miesięcy do roku lub dwóch, zależnie od podpisanego kontraktu. Inni mieszkańcy to banici, którym nie pozostawiono wyboru. Niżej przedłożone artykuły, kawałek po kawałku – nakreślą przed czytelnikiem specyfikę poszczególnych królestw, księstw i dzikich krain, tak jak to jest dostępne ogółowi.




sobota, 27 maja 2017

Kilka słów od kompilatora Opisania Świata - T.K. Neireika

Czytelniku, zanim zaczniesz wertować interesujące cię rozdziały i zgłębiać wiedzę teraz ci najniezbędniejszą, niezależnie od tego czy jesteś kupcem, czy też notujesz wytrwale w uczelnianej ławie, a może po prostu żeś człek ciekawy świata – przeczytaj te wstępne stronice. Owe, rzucą nieco światła na charakter dzieła które trzymasz w dłoniach, cel jaki mi przyświecał w czasie długiej i trudnej pracy nad złożeniem go do kupy. 
Dwadzieścia lat temu, mój drogi wuj – Kidruk Kidrin, kierowany natchnieniem i rozbuchaną żądza przygód, tak pisał w swoim notatniku, kreśląc przy tym gęsto, czyniąc niektóre strony czarnymi jak smoła:


Świt nad Redkafem, zburzenie Karadhul, obranie nowych bogów, zdarzenia na morzu.



Redkaf. Tutaj zaczyna się moja podróż. Prawdziwa podróż, nie ta rozpoczęta u progu rodzinnego domu, szczenięca i spokojna, po dobrze znanym kraju lat dziecięcych, jeszcze w drodze w wielki świat – ta była ledwie elementem przygotowań, zaprawą, przedsmakiem, kiedy to na stoiskach przy traktach i na miejskich bazarach, kupowałem ostatnie drobiazgi, zbierałem informacje i porządkowałem myśli. Zgromadziłem trochę zapasów – ale niewiele: tylko na pierwszy etap, żeby nie męczyć żołądka marynarską strawą, aby zanadto się nie obciążać. Słowem, podsycałem pragnienie ujrzenia nieznanego, marzyłem, śniłem.... A teraz Redkaf. Mam kilka słowników, dobrze wszak gadam tylko w rodzimej mowie – ale jakoś to będzie. Szybko się uczę, a wszystkie języki są do siebie podobne. Jestem wszak Ciryjczykiem z Runu, gdzie indziej na świecie żyje tylu Cirobrusów, co tu? Zatem i bruskie języki powinienem mniej lub bardziej pojmować. To jak będzie, czas pokaże. Piszę na gorąco, nie poprawiam, a jak już – to niedużo. Piszę kiedy głowa świeża i oczywiście kiedy czas pozwala. Kiedy mi lekko i nielekko na duszy. Przyjechałem w nocy, przedrzemałem tyle ile się dało, a nie było tego wiele. Portowe dziewki skrzeczały ile sił w piersiach, jak harpie jakoweś, szkło było tłuczone, gliniane dzbany kruszone. Wytrawne wilki morskie wykorzystywały ostatnie beztroskie chwile na stałym lądzie. W pełni, brutalnie, na chłopską modłę: naprzemiennie dymając, szczając i chlając. A teraz świta, w dokach jeszcze bardziej gwarno jak nocą. Zaczyna się.

Redkaf to prastary gród, tysiąc lat z okładem. Większość budynków starego miasta stoi na krasnoludzkich fundamentach, a podwaliny wielu nowych dzielnic, młyny i świątynie, postawiono na kamieniach ze zburzonych karlich spichrzy, hut i kamienic, wielopiętrowych, niebosiężnych – wysokich jak wieże... a jednak nie pozwalających się wyprostować we wnętrzu, nie na ludzką skale stawianych. Brukowano nimi drogi. Nawet płytami z katakumb i nagrobkami. Nic się nie zmarnowało – znamienici brodaci kamieniarze załamywaliby ręce. Ale już ich tam nie było.

Miasto robi wrażenie, rzadko kiedy można napotkać drewniany skład bądź karczmę, wszystko murowane. Port leży na południowym wybrzeżu Wielkiej Zatoki (Risskiego Morza – jak mówią niektórzy). Bezpieczna przystań i wrota do wielkiego świata. Dotarłem tam z rodzinnego Twoju, Południowym Traktem, zabawiwszy jeszcze w Steklas, u ciotki; musiałem więc pokonać most  na Karnie, co drogo mnie kosztowało – dwa miedziaki! (Skandal, bo jak czytelnik wie zazwyczaj płaci się połowę!). Południowy Trakt wraz z odnogami ciągnie się od południowo-zachodniego Kelionu nad Czarnym Jeziorem, przez Bors, Thwor i Nikwuur, i kończy właśnie w Redkafie. Gdyby nie krasnoludzkie przeprawy na Karnie, dawno już by powstał port z prawdziwego zdarzenia w Kunirze bądź Thworze, nie to co te pomniejsze mieściny do obsługi miejscowych, podmywane przez fale, zwłaszcza że nie musiałby być tak silnie ufortyfikowany jak sto, dwieście lat temu Redkaf. Inne czasy nastały. Niemniej królom zawsze zależało na tym by nie było portu w samym centrum kraju – skądinąd mądrze. W portach często pojawiają się zarazy i złe wieści. Tu początek swój biorą wszelkie dziejowe draki i zawieruchy. Trudny teren. Niełatwy do kontroli oraz ciężki do życia.

Miasto ma w herbie dwa młoty, jeden obok drugiego. Takie znaki były na wielu pokrasnoludzkich domach, w ornamentach i zdobieniach, wypalane na cegłach i malowane na talerzach. I to też po krasnoludach zostało. Ludzie nazywali Redkaf Miastem Dwóch Młotów. Pewnie coś kiedyś symbolizowały, albo miały związek z jakąś legendą tych stron... nikt dziś tego nie pamięta. Może zachowały się jakieś kroniki miejskie, ale nie wiadomo gdzie i czy jest sens  ich szukać. Wszystko przepadło. Mogły już dawno zbutwieć bądź rozsypać się w proch... Choć ponoć część karły wywiozły. Jak już komunikowałem, samych krasnoludów w porcie już nie uświadczysz. Ponoć dziesięć lat temu przypłynął jakiś niski jegomość, ale długo w porcie nie zabawił, i zapewniał że krasnoludem nie jest. Że wszyscy w rodzinie niscy. Smutna prawda jest taka że żaden nieludź szczerze z człowiekiem gadać nie będzie. I ja się temu nie dziwie.



Mój statek to jakaś stara łajba: połatana, uczerniona, śmierdząca. Na burcie ma wyryte starannie: Cfurun. Więc się pytam załogi, jakiego to Cfuruna upamiętnia? Świętego Cfuruna – odparli chórem. Który to? – zapytałem. Święty Cfu-run – sylabizuje jeden z nich, zupełnie tak jakby miał przed sobą jakiegoś ociężałego idiotę (choć fakt faktem, dobrze nie wyglądałem, sen miałem nazbyt lekki). Cfurun, co się tłumaczy jako  Zew Ziemi – parsknął. Ja mu że ja tutejszy, i rodzima mowę rozumiem. Ten tylko krzywo się popatrzył i splunął (prawie że mi na buty, a owe nowe, specjalnie na podróż kupione, więc odruchowo odskoczyłem). Mówi że on z gór Nukbreid przybył rzeką na południe, dotarł do portu, i tu cuda czynił, dziesięć lat temu – aż mu się zmarło. Jakoby sraczka na krwawo go zmogła – ale to według mego rozmówcy nieistotne. I sławił imię Boga Bez Imienia, Boga Wszystkich Bogów. I że oni też go czczą, namiętnie i z pasją, bo ponoć ten najmocniejszy. I że ma ten Bóg syna który zszedł między ludzi, by jego wolę wypełniać. Tak. Zresztą stawiają mu teraz monument, że kolejny już i prawią iż wszyscy go w Redkafie bardzo  kochają. A jak się pospieszę to zobaczę. Dobrze. Idę.

Bóg o trzech twarzach zwraca wzrok ku krainie duchów, ku krainie bogów i ku domenie ludzi. Bóg który ma cztery twarze patrzy dodatkowo w siebie – tak powiedział mi starzec siedzący na schodkach odrapanej kamienicy, obserwujący zbiegowisko najgorszej hołoty i obdartusów. Oboje patrzyliśmy jak burzony jest monument Karadhul, co znaczy Kammienny Duch (tłumacze dla tych czytelników, którzy są przygłupi i języków uczyć się nie chcą). Przewrócili go i poleciał na bruk. Cztery kamienne twarze, ongi wywyższone – leżą u stóp motłochu, który pluje nań i kopie, rzuca weń i gównem naciera. Z początku ostrożnie, jak gdyby lękliwie, a potem coraz zuchwałej, z dziką pasją i obłędem w oczach. Słup pękł na trzy części. Każda pociągnięta w inna stronę. Jedną zatopiono w doku. Chlupnęła obryzgując zgromadzonych i już jej nie ma... a co z resztą będzie? Pójdą w drobny mak zapewne. W dzielnicy nadmorskiej obrano nowych bogów. Starzec ściskał w dłoni miniaturową wersję Karadhulu, choć nie płakał, oczy mu się szklił., Ściskał i nic już więcej nie mówił, a ja o nic nie pytałem.

W południe odbiliśmy. Wody zatoki były niespokojne. Marynarze wymyślali mi od najgorszych i straszyli że przechędożą dupsko jak będę spał. Zgroza. Opatuliłem się w koc pod pokładem i starałem się nie porzygać. Nie udało się. Bujało jak diabli, dechy twarde, wszędzie smród i rozkapryszone rude koty, ponoć przynoszące szczęście na morzu, a przy okazji zżerające szczury i chochliki.



..



Przekurewsko dudni. Tak czytelniku – przekurewsko – nie idzie tego inaczej nazwać! Nie czas i miejsce zresztą na piękne słowa (tych tu się za bardzo nie używa), trzęsie, mży i wiatr dmie. Głuche odgłosy to wzmacniają się, to słabną... a gdzieś na horyzoncie jakby błyskało. Marynarze mówią że to akurat strzały z dział, ale dudnienie to nie od tego. Rozpoznałbym. Skąd te huki zatem pytam. Nic nie mówią. I tak milczą psie syny. Ani słowa. A widzę przecież że zaniepokojeni. Trwa to jakąś godzinę, dwie – w końcu pytam jakiegoś gołowąsa: co to do kurwy nędzy? Prawże, bo widzę że inni wiedzą! Mruknął tylko że harpie i że idzie pod pokład. I wtedy ujrzałem cień nad nami – jakby ogromne ptaszysko. Wielkie, wielkie jak dwa-trzy wozy  z końmi. Spore i lata. Potem widzę kolejne – pognaliśmy pod pokład. Zamknięto od wewnątrz. Jeden z marynarzy wyjął tabliczkę z Gwiazdą Ozruh i podobizną boga morza, i zaczął szeptać pod nosem. Drugi dołączył do modlitwy, trzeci pociągnął z flaszki, ten obok mnie zamknął oczy a reszty nie widziałem, bo dalej byli i mrok ich krył przed oczami. Ten który się położył, nie otwierając powiek powiedział żebym się napatrzył, bo coraz rzadziej takie cuda się dzieją i już prawie odwykli – a ponoć zjawisko to niewesołe. Więc patrzę przez luk. Wgapiam się. I te cienie od czasu do czasu widzę, i nic poza tym. Dudnienie jeszcze. I tyle. Konwersuje o tym co widzę, ochoczo, choć oni znudzeni, zatrwożeni, mrukliwi i ciągnąć ich trzeba za język  – mówią że harpie. Jakie harpie się pytam? Takie brzydkie baby ze skrzydłami i szponami zamiast nóg? I tak i nie    mówią. Jedni że w istocie gołe baby – inni że tu nie o to chodzi. My tam gadu-gadu, a to lata i dudni. Pytam się zatem po co się chowamy? Zaczekaj, siedź – mówią. Tu bezpieczniej – przejdzie – to wyjdziemy. Siedzę więc, i porządkuje sprzeczne opinie co mi się w głowie nazbierały. W końcu jak nie gruchnęło o pokład! Matko! Mało co nie popuściłem w gacie. I nie tylko ja zresztą. I coś syczy cholernie. Na wszystkich bogów! Strach mnie przeszył doszczętnie, każda żyła mi wibrowała a pot leciał po tyłku. Coś tupie po pokładzie... jakby szpony... ale nic nie widać... a otwierać klapy nie dali. Otwierać? Choć uchylić! Nie jestem przecie wariatem. W końcu jednak stukanie się skończyło. Przeciągły skowyt. I potem cisza – co tam siedziało i skrzeczało – już poleciało. Siedzieliśmy jeszcze godzinę pod pokładem, dla pewności – w końcu posłali młodego, tego co to mi się zdradził że to harpie jakieś. Wyszedł, to jest został wypchnięty, krzyczał by go wpuścić z drugiej strony klapy, tupał i walił. Nagle ucichł. Krążył chyba chwile po pokładzie a potem zaczął wyzywać kolegów od skurwysynów. Wtedy i my wyszliśmy – na pokładzie były zarysowania i nakłucia. Kilku marynarzy dziękowało bogom, reszta klęła. Mówić o harpiach nie chcieli, bo to ponoć pechowe i ściąga te bestie. Co zrobić – to nie gadaliśmy. Kilku utrzymywało że to nie baby z cyckami na wierzchu, a morskie ptaki – które gubią się w burzy od błyskawic. Ponoć tamci w oddali strzelali aby je przepłoszyć. Czort wie. Może i tak? Ale płyniemy dalej.



..



Płyniemy. Który to dzień nie wiem bo mnie spili. Przegrałem już w kości te nowe buty co sobie kupiłem i mam teraz jakieś stare szmaciaki. No ale mam. Zawsze to coś – idzie jesień, do równonocy dni dziesięć. Dmie jak cholera. Chłodno. Dla zabicia czasu gadamy. Chmury piętrzą się nad nami złowieszczo, marynarze mówią że w takich kryją się duchy tych co pomarli w morskich rzeziach, dusze zgładzonych podstępem potworów, a nade wszystko skrzywdzonych kobiet, które nie wahają się nawiedzać statki, doprowadzać mężczyzn do obłędu, a nawet atakować. I wtedy trzeba pogłaskać rudego kotka na szczęście. Jedna z takich morskich dam miała odgryźć ucho starszemu sternikowi imieniem Tubuz, ten klnie się na Boga że to prawda. Nie wierzę. Gadamy tak o pierdołach, a w oddali majaczy jakaś jednostka. Od razu przykuwa to uwagę całej załogi. Statek dryfuje, ma zerwany żagiel. Nie podpływamy bliżej – na pokładzie masa towaru (od wyrobów z manufaktur, popakowanych w skrzynie z pieczęciami, przez materiały i owoce, po używany szmelc – luneta widzi więcej niż gołe oko). To może być podstęp, zaraza, bądź jakaś tragedia – w każdym razie rzecz nie nasza, i mieszać się nie trzeba – kwituje kapitan, bo statek widzi mu się jako elficki. Być może ich pobratymcy z Kail Lil Sitirin spostrzegą ich w porę – są na dobrym kursie. Zresztą co za idiota trzyma towar na pokładzie a nie pod? Podstęp? Ktoś z boku rzucił że to równie dobrze może być statek widmo, i że będzie cały czas poza zasięgiem, mimo naszego zbliżania się. Robi się gwarno. Jeden boi się zatopienia, inny obłędu, tymczasem wąsaty kupiec pyta kapitana o gwiazdę na ciemniejącym już niebie, i wskazuje palcem. Z południowego zachodu, nad nami – powoli przesuwa się po nieboskłonie jasny punkt. Kula. Ciut większa od ciała niebieskiego. Cóż to? Zbłąkana dusza czy spadająca gwiazda, która nie zamierza już dalej mieć tego miana, i teraz szybuje? Co za diabeł? Kapitan pomarkotniał, zasugerował by zejść pod pokład, bo to zły znak i coś za dużo tych sensacji jak na kilka dni rejsu, i te wody... I może to właśnie taka kula przyczyniła się do tragedii elfickiej jednostki? Marynarze nie byli zadowoleni. Dopytuje co to jest. Mówią że nie wiedzą, a przynajmniej nikt nie wie na pewno. Pytam czy to często lata. Mówią że tak – ale zazwyczaj bardziej na północy.

I na tych słowach wielka podróż mego wuja – planowana latami – się kończy. Niestety. Zmarł nie postawiwszy stopy na Wielkim Kontynencie. Jak nam powiedziano: dostał gorączki, ciężkich potów, a w końcu wymiotów – i mu się zmarło. Na kilka dni przed wpłynięciem do portu. Może z nerwów, ze złej równowagi humorów? Ponoć nigdy nie był odporny na próby jakie stawiali przed nim pomniejsi bogowie. Rzadko byli mu łaskawi, mimo drogich ofiar, tysięcy spalonych świec i wielogodzinnych modłów – zawsze ociągali się w kojeniu jego dolegliwości. Zawsze. Czemu tym razem miałoby być inaczej? W kluczowych momentach żywota podupadał na zdrowiu, tak jakby ciążyła nad nim klątwa, jakby pilnowało go złe oko. Pech go nie opuszczał. Może to był jego czas?

Nie miał wielkich szans, jego wyprawa była całkiem nieprzemyślana. Samotna i amatorska. To mogło się skończyć jeszcze gorzej, na późniejszym etapie, i może nigdy nie dowiedzielibyśmy się gdzie i jak zginął. A tak, choć jest symboliczna mogiła. (Pochowano go na morzu). Krewni otrzymali tylko część jego przedmiotów, w tym ten notatnik, za którego wykup musieli jednak słono zapłacić, a który jak wszyscy potem stwierdzili, okazał się nic nie warty. Ale nie dla mnie. Zaintrygował mnie. Nie, nie z uwagi na śmierć czy na ostatni opisany epizod. Nie z jego powodu zachorował, nie wierzę w to by tak było. Wcześniejsza obserwacja? Dla nikogo nie było to sensacją, dla mnie również. Takie rzeczy dzieją się nad morzami, kto pływa ten wie. I liczy się z ryzykiem. Zatem czemu? On był nowicjuszem. Opisywał wszystko z ogromną ciekawością, z pasją, jakże typową dla ludzi którzy świat znają głównie dzięki starym księgom. Spragnionym nieznanego. Tak... Nic nie wiedział i wszystko go fascynowało. Mógłbym kontynuować jego narracje w tym tonie, i napisać że poszukuje prawdy. Ale nie. Przecież nie o to mu szło. Garnął się do ludzi, nie do potworów, i chciał zobaczyć świat. Pozostała po nim ogromna biblioteka, licząca setki woluminów, która nie ukrywam – znacząco pomogła mi w mej pracy. Ta kompilacją tekstów jest rozwinięciem tego to co zaczął za młodu mój przedwcześnie zmarły wuj, Kidruk Kidrin Neireik, choć zapewne nie tak dobrze napisaną, Jego pamięci też poświęcam tę księgę. Tuszę że czytelnikowi się spodoba.

T. K. Neireik






SPIS RZECZY





ZIEMIE KRESOWE, PÓŁNOC BLISKA I DALEKA

 Kazarń

Hatlan

Warzaria

Zugraw

Przymorze

Fenia

Wielkie Jeziora

Hure

Ziemie Północno-Zachodnie

Północne Wybrzeże

Hrollnaird

Wschodnie Wybrzeża

Horan

Styria Kir

Ibria

 ŚRODKOWE POŁUDNIE

Unnter Kunien

Tunnyll

Szykwalk

Holm

Kikotin

Narwia

Lwur
KSIĘGA II: RUN (w przygotowaniu)

KSIĘGA III: EFR
EFR PÓŁNOCNY
EFR POŁUDNIOWY

KSIĘGA IV: ZIELONE WYSPY
ARCHIPELAGI ZACHODNIE
ARCHIPELAGI WSCHODNIE

piątek, 26 maja 2017

WPROWADZENIE

Natłukłem 250 stron czcionką dwunastką coś, co jest hybrydą "Opisania Świata" Marco Polo z reportażami Góreckiego. Fantasy, ale bez ziejących ogniem smoków i magii. Nie beletrystyka, ale charakterystyka świata: pseudo-ziemi, ze swoją historią, fauną i florą. Na tyle wtórna względem kanonu by każdy kto lubi klimaty opowieści o karłach, długouchych i przygodzie czuł się podczas lektury swojsko, ale jednocześnie na tyle realistyczna, by sprawiała wrażenie jakiejś alternatywnej, faktycznie istniejącej rzeczywistości. Został mi do opracowania ostatni kontynent (szacunkowo jakieś 80 stron). Do tej pory pisałem dużo „do szuflady” – w ramach ćwiczeń, dla siebie, tysiące stron w plikach RTF; z tym tekstem sprawy mają się jednak inaczej. Chcę się nim podzielić.
Niżej uproszczona charakterystyka – tak by nie było wątpliwości o czym to wszystko jest.

CZAS I REALIA
Skrajnie upraszczając, poziomu rozwoju opisanego świata określać można jako pseudorenesans (jeśli idzie o technikalia) i quasi-średniowiecze (wziąwszy pod uwagę estetykę). Przemawiają za tym liczne analogie w obyczajowości, poglądzie na świat i jego naturę, stadium rozwoju języka (który pewnymi pojęciami nie operuje, z racji między innymi wczesnego etapu na jakim jest tamtejsza nauka i dialog społeczny), rzemiośle, sztuce, architekturze – etc.
W zależności od kraju, kontynentu – natkniemy się na różne fazy ewolucji kultury materialnej i aspiracje cywilizacyjne. Przykładowo bytujący na skraju Środkowego Południa Erelowie żyją trochę jak XIX-wieczni Poleszucy (tj. prawie jak w wiekach średnich), kiedy w Szykwalku dobrze prosperują duża miasta i osady jakby żywcem wydarte z północnych
Włoch doby Leonarda da Vinci. A u orków w Północnym Efrze – dzicz: kije i kamienie. W powszechnym użyciu jest nabijana przez lufę broń palna i zamki zapadkowe, dla zamożnych dostępne są złożone mechanizmy w rodzaju zegarów, automatów sprężynowych, katarynek; proste, nakręcane i parowe zabawki – to wielka rzadkość, ale dobrze wpisują się w realia, bo takowe zdarzało się już robić starożytnym Grekom (!). Gnomy potrafią korzystać z lotni, wojsko przy sprzyjających warunkach używa balonów na ogrzane powietrze, głównie celem sprawdzenia pozycji wroga i postępów w bitwie.

Przez wszystkie lata prac moje założenie było niezmienne: stworzyć świat realistyczny, na tyle wtórny względem tego co jest kanonem, by było to po prostu fantasy, tak by każdy miłośnik gatunku znalazł w nim baśniowo-historyczne elementy które przyciągają go do tego typu książek, słuchowisk, gier i filmów,  ale jednocześnie na tyle odmienny, tj. wierny naszym prawom rzeczywistości, spójny, złożony, by szło uwierzyć w jego prawdziwość. Nie wyidealizowany, daleki od przejaskrawień, w którym sporo się dzieje, a zamieszkujące go istoty, społeczeństwa, są wiarygodne – pod kątem mentalności, tradycji i psychologii.  On sam  zaś  będzie pozbawiony sztucznych nazw, nazw pożyczonych ze znanego nam świata i nieudolnie zniekształconych, oraz zbyt oczywistych inspiracji. Taki w jakim chciałbym się zanurzyć. I który dobrze by mi się pisało, bo obmyślanie tego wszystkie to po trosze mordęga a po trosze przyjemna łamigłówka. Rzecz jasna nie twierdze że jest to robota pionierska, innowacyjna – ale przedkładam ją do oceny wierząc że jest to coś, co powinno spotkać się z dodatnim odbiorem.

Tak samo jak zatonęły ongiś pasy lądu między dzisiejszymi wyspami Południowo-Zachodniej Azji i Oceanii, mógł częściowo zniknąć pod wodą Kontynent Południowy, o którym piszę. Pewni swej siły ludzie, kierowani prawem silniejszego, byliby zdolni do najgorszych okrucieństw wobec stworzeń dlań obcych,  mogliby wymordować elfy nie inaczej jak Anglicy rdzennych Amerykanów, a ocalałych skazać na własne choroby i patologie. Podobnie jak w Europie doby średniowiecza – tworzyć swoje państwa na ruinach starszej cywilizacji,  porządku który już przeminął. Wedle sprawdzonych wzorców, rozwijać technikę, naukę, działać na dużą skalę poprzez potęgę pieniądza, manipulacje, terror, religię i zakulisowe konszachty.


FORMA
Miało to się dobrze czytać, być przyjazne dla odbiorcy – zanadto go nie nużyć, być po trosze jak dzieło podyktowane przez Marco Polo, a częściowo jak reportaże Góreckiego i innych polskich autorów o wnikliwym spojrzeniu, bacznym uchu, dużej ciekawości świata i lekkim piórze. Poprzetykane tekstami źródłowymi oraz cytatami z innych dzieł – dla dopełnienia i lepszego zrozumienia realiów. Co się tyczy wymienionych panów, nie idzie mi o naśladownictwo, a po  prostu sposób traktowania czytelnika i podejście do kwestii przybliżania informacji. Nad tym aby tak było, z szacunku dla tego komu zechce się po to sięgnąć, ślęczałem godzinami nad pojedynczymi stronami, akapitami i zdaniami – by wszystko było poprawnie, zapięte na ostatni guzik i budziło chęć by brnąć w ten świat dalej.
Jeśli gdzieś wkradł się błąd – nie wynika to z braku zaangażowania, chęci do pracy, ale faktu że tekst powstawał w wolnych chwilach, a te nie zawsze było łatwo wygospodarować, i często siedziałem nad nim po wielogodzinnej obsłudze aplikacji w robocie.


MIESZKAŃCY I ZWIERZĘTA
Świat zamieszkiwany jest przez rasy rozumne: ludzi, karłów, gnomy, elfy, gobliny i orki.
Wszystkie dzielą się na podtypy i podrasy – tj. mamy ludzi ciemnoskórych, skośnookich, blondynów – itd., podobnie w przypadku krasnoludów i reszty. Występuje duże zróżnicowanie, podyktowane warunkami w jakich bytują dane nacje. Gobliny i orki inspirowane są częściowo społecznościami pierwotnymi (z epoki kamienia która przeminęła i tą która trwa nadal – gdzieś w puszczach Nowej Gwinei), Indianami, turkijskimi i mongolskimi ludami Syberii. Nie są to ani potwory, ani mroczne wytwory magii. Ot, inna kultura, nierozwinięta. Odbicie tej jaką w prawiekach reprezentowały obecnie górujące rasy.


Na morzach i lądach występują znane nam zwierzęta oraz gatunki wymyślone ale realistyczne, a także stwory już u nas wymarłe (np. mamuty, nosorożce włochate, dwunożne drapieżne ptaki, prehistoryczne gady morskie itd.). Wszystko w rozsądnych proporcjach.

Na Dalekiej Północy umieściłem dzikich ludzi, tj. tutejszy odpowiednik yeti, ałmysów i sasquatchy.
Syreny, gryfy, jednorożce, centaury i inne maszkary mają swe miejsce w herladyce, zdobią mapy i dodają grozy opowieściom snutym przy ognisku – faktycznie nie istnieją.
Smoki spotykane na wszystkich opisanych kontynentach to zwinne, nieco bardziej wyrośnięte jaszczury, zbliżone np. do waranów z Komodo. Choć nie do końca o to idzie, bo jednak cechuje je większa gracja i inteligencja – po prostu, są realnymi stworzeniami, które nie zieją ogniem, nie maja skrzydeł i mogłyby być jakimś reliktem przeszłości – jak u nas krokodyle czy żółwie – albo integralną, typową częścią fauny.



MAGIA
W ujęciu klasycznym dla literatury fantasy magia tu nie występuje, no chyba że w legendach, baśniach i targowych opowieściach przekupek. (Brak fireballi, piorunów i lodowych strzał, wyczarowywania przedmiotów, ożywiania narzędzi, przemian osobnika X czy Y w zwierzę, przedmiot, itp. – nic z tych rzeczy).

Funkcjonuje natomiast jako realny element rzeczywistości (choć marginalny, rzadki) coś co zwykło się określać mianem czynnika psi, tj. telekineza, bioenergoterapia, lewitacja, prekognicja, bilokacja, podróże poza ciałem i tym podobne emanacje nieznanego. Są też zagadkowe zjawiska – jak błędne ogniki i portale międzywymiarowe, oraz odmienne od fizycznych istoty, które nimi podróżują. Bogowie nie stąpają po tych ziemiach, mimo że się w nich głęboko wierzy, ale istotny niematerialne czasami dają o sobie znać. Choć nie są dostrzegalne dla wszystkich. Wieszczki i widzące to zazwyczaj obłąkane baby, ci którzy za młodu zbyt często dostali czymś ciężkim po głowie, ale i ludzie którzy faktycznie posiadają coś na kształt siódmego zmysłu. Ta sfera rzeczywistości tego świata jest albo głęboko skrywanym rdzeniem rzeczywistości, albo jej marginesem. Nie jest czymś z czym obcuje się na co dzień (a przynajmniej nie dostrzegalnie, świadomie).


KONSTRUKCJA ŚWIATA
Rzeźba terenu, klimat, geologia, zoologia – nie wynikają z cudów, magii, etc., nie są też świadectwem działań jakiś pradawnych cywilizacji (tutejszych, czy też spoza globu), wszystko jest dziełem natury, chemii i fizyki. Wynika to z tego co przedłożyłem wyżej. Czytelnik nie odkryje żadnych pływających wysp, lewitujących skał ani tuneli biegnących przez jądro planety. Ale nie jest przez to wcale nudno.

Choć świat który opisuję nie powstawał tak jak powinien, że tak to ujmę po kolei, w naturalnym porządku – tj. od geografii i biologii, nie został pierwotnie uporządkowany i dopieszczony, a dopiero  potem zaludniany, obdarzany jakimiś kulturami i historią, a składał się z puzzli które musiałem łączyć, często dopasowując skalę i ustalając zależności między krainami i ich mieszkańcami, to właśnie dlatego wyszedł dobrze – wprawdzie kosztowało to mnie pewnie 3-4 razy tyle czasu co innych robiących podobne opracowania, i trochę się namordowałem by całość miała ręce i nogi – to jednak przez to bardziej związałem się z pewnymi koncepcjami, a to przełożyło się na jakość realizacji (zaangażowanie i troskę o detal). Świat powstawał w kilku etapach, z pierwszych pretensjonalnych, nieprzekonujących pomysłów, niekoniecznie wiarygodnych map oraz notatek kreślonych w okresie licealnym (w latach 2003-2006), z materiałów opracowanych ze zmienną aktywnością w czasie studiów (między 2006 a 2009), kiedy powstało kilkanaście konkretnych fragmentów, które zacząłem składać w całość  i rozwijać w 2010 oraz tego co wystukałem w ostatnich latach.

W ciągu dwóch-trzech lat (między 2010-2012/13) udało mi się stworzyć kompletny opis, około 100 stron czcionką dziesiątką – wersję beta obecnego tekstu: źle napisaną i nie zawszę dobrą pod kątem nazewnictwa. Robioną nazbyt pośpiesznie, bardziej dla przyjemności niż rzemieślniczo, z myślą o czytelniku, ze świadomością że trzeba to zrobić dobrze. Klepaną „na luzie”, dla siebie. Mimo to na tyle sensowną iż posłużyła mi do konstrukcji obecnego tekstu. Po skończeniu, co jakiś czas doń zaglądałem, poprawiałem fragmenty, czytałem. Nie byłem zadowolony z języka, większość historii wydawała mi się koszmarna (słabe, grafomańskie zapychacze) – ale miałem wrażenie że zamysł jest dobry. W 2015 chciałem zrobić to lepiej, tak by dobrze się czytało, by tekst wiarygodnie prezentował świat i mieszkańców. Na tyle dobrze by można to było po skończeniu pokazać komuś bez wstydu i mieć satysfakcje z dobrze wykonanej pracy. Myślałem o wielkim fikcyjnym reportażu albo książce podróżniczej. Niestety – z braku czasu i sił porzuciłem projekt. Nie miałem dobrego planu, a ogrom materiałów wymuszał ciągłe wertowanie „bety” i zajmował znacznie więcej godzin jak swobodne pisanie u tych, którzy wszystko biorą „z głowy”. W 2016 stwierdziłem że chyba na chwilę obecną mam na tyle przyzwoity warsztat i dużo samozaparcia by zrobić rzecz porządnie. I zrobiłem.

[Wiosną 2017 miałem już gotową pseudo-Eurazję, pseudo-Bliski Wschód, quasi-Amerykę Północną, bieguny, Lemurio-Oceanię, i zamiast pisać ostatni kontynent (Run), wziąłem się za finalną redakcję – 04.09.2017]

Gracjan Triglav