piątek, 17 listopada 2017

Kir U

Kir U – duże nadmorskie władztwo biorące swe miano od miasta leżącego w delcie Irtisu. Wielkiego portu z dziesiątkami bazarów, świątyń, domów nauk – „porozrzucanych wokół ulic i uliczek plączących się jak witki w ptasich gniazdach”. Na kamienistych pustkowiach, wewnątrz swego terytorium, podobnie jak w przypadku innych państw regionu, stolica sprawuje władze jedynie formalnie. Poza brzegami rzek i ziemiami północnymi nie ma możliwości prowadzenia żadnej kontroli, ale i nie ma tam też kogo ani czego kontrolować (za wyjątkiem kilku oaz). Państwo obejmuje obszar rozciągający się od żyznych brzegów Simisiz na południu, aż po skały hallkarskiego płaskowyżu i północne wzgórza Bahyr, za którymi piętrzą się ku niebu zielone olbrzymy Harzaaru (gdzie żyją ostatnie nagie, dzikie trąbowce i stworzenia których nie widuje się nigdzie indziej). Bahyr i przyległe doń wybrzeże stanowią dobre pastwiska, przynajmniej w porównaniu do tego jak wygląda reszta Południowego Efru, są jednak uznawane za niebezpieczne i korzystają z nich nieliczni, żyjący tam od pokoleń, na których mieszkańcy brzegów Simisiz i Irtis patrzą krzywo, nieufnie, jakby bytność na tej ziemi jakoś ich kalała. Mieszkańcy Kir U najbezpieczniej czują się u brzegów wielkich rzek i w oazach – niezależnie od tego czy są mieszczanami czy pracują na roli. Rzeki (czy też szerzej, źródła słodkiej wody: jeziora, studnie naturalne i kopane) to w ich wierzeniach domy bóstw, silnych, ale nie bezgranicznie, których władza rozciąga się tylko do granic pustyni, wszędzie tam gdzie przenikają życiodajne krople. I nigdzie dalej. Wolą nie ryzykować znalezienia się poza ich dobroczynnym wpływem. Największym miastem jest Kir U, pozostałe są mniejsze, i skupione wokół świątyń. Bija swoje monety, z miedzi i brązu, a także ośmioboczne złote morwy, z krągłą dziurą pośrodku. Jedna morwa warta jest dziesięciu tutejszych srebrników. Pieniądze stale krążą z rąk do rąk, są wytarte i niekompletne, tak iż nie idzie odczytać z nich inskrypcji.


Mieszkańcy Kir-U, zwani niekiedy w ruńskich i kulińskich opracowaniach Kirunami, są Saurami – tj. ludem pokrewnym Hallkaryczykom i koczownikom z pustyni Burun, wywodzącym się od wspólnego praprzodka – króla Saura (Sauhur). Posługują się językiem ifan (yfhan), posiadającym bogatą literaturę: naukową, prozę i poezje. Tutejsze biblioteki pełne są ręcznie kopiowanych zwojów, wymienianych co kilka dekad, starodruków, pism świętych i kanonicznych, oraz prywatnych dzienników. Wszelkie nauki – od medycyny, przez astronomię po alchemię, a także sztuki rzemieślnicze, stoją tam na bardzo wysokim poziomie.
Ich władca zwany jest iszamlanem, co zwykle tłumaczy się jako tytuł porównywalny z naszym królem, ale wywodzi się on od strażników najstarszych pism, pełniących też rolę sędziów oraz asystujących w obrzędach Wielkiemu Kapłanowi.

Kir U było pierwszym pustynnym królestwem do którego w 1341 wkroczyły bandy orków; wędrując wybrzeżem, wpłynęły do delty Irtisu, złupiły stołeczne przedmieścia, i część dzielnic wewnętrznych. (Szczepy idące przez puszczę zaczęły grabież od środkowego biegu, przekroczyły rzekę na tratwach i wpław, po czym udali się do miast Hallkarczyków).
„To czego nie mogli zabrać ze sobą, upchać w końskich jukach i na grzbietach uprowadzonych błotnych bawołów – niszczyli. Toporkami i maczugami rozłupywali posągi i kolumny świątyń, obalali je na linach, czerpiąc z tego nieopisaną radość. [...] Nie wszyscy wrócili do swoich, wielu poniosło śmierć, od ran i tonąc w czasie przepraw, wielu legło z przetrąconymi kręgosłupami. Niestety – nie powstrzymało to fali mordu i grabieży. Odstąpili od swych praktyk dopiero kiedy uznali że więcej już nie uniosą. [...] Ci których nie udało się ukamienować obrońcom murów, których nie wciągnęli w głębie rzeczni bogowie – stracili życie w tajemniczych okolicznościach, na skraju Harzaaru. Do dziś napotyka się tam obrosłe korzeniami i przysypane gnijącymi liśćmi złote czary, dzwony i monety, oraz rzeźby w kawałkach, rozłupane by łatwiej było je nieść, ogółem – dobra które wcześniej musiały leżeć w lnianych i skórzanych workach. Obok nich zaś leżą pogruchotane czaszki orków, ich piszczele, kręgi i zęby. Mogły napaść ich zwierzęta, mogła powalić choroba... mogli wreszcie powadzić się z sobą o łupy...  a może to Kai Izar Burza, półbóg którego posąg wywlekli z jego grobowca, zemścił się na nich kiedy najmniej się tego spodziewali?”.
Na północ od ujścia połączonych wód Ingilu i Simisiz znajdują się ruiny Askazaru, częściowo zatopione w przybrzeżnych wodach, co dodaje im aury tajemniczości. Miasto zostało zniszczone przez wielkie fale w 899 roku naszej rachuby, a potem było systematycznie burzone. Dziś, choć większość wartościowych płaskorzeźb i artefaktów rozkradziono, wciąż można tam znaleźć prastare monety i resztki dawnych ornamentów. Ci zaś, którzy mają pojemne płuca i sprawne ręce, są młodzi i żądni przygody – zawsze mogą wyłowić coś pośród zatopionych murów porosłych koralem i koloniami skorupiaków. Coś za co można dostać na bazarze talerz zupy – albo stado kóz, złoto bądź srebro – zależnie od szczęścia. Trzeba jednak uważać przy tych poszukiwaniach, zwłaszcza na agresywne ryby i duże kraby, te pierwsze kiedy chowają młode potrafią pokąsać do krwi bądź pociągnąć w głębinę, te drugie są bardzo terytorialne, niezależnie od pory roku, dnia i nocy.
Na pustyniach napotkać można także resztki ruin innych miast – co sugeruje że kiedyś były tam oazy. Liczą sobie kilka tysięcy lat. Ich miana rzadko kiedy zachowały się w kronikach, i tylko w zmienionych wariantach, zniekształcone, dotrwały w zbiorowej pamięci pospólstwa. Twierdzi się, że pod rozgrzanymi piaskami istnieją rozległe kompleksy piwnic, krypt, i całych mieszkalnych podziemi – w których po dziś dzień ktoś bytuje. Ktoś, kto strzeże starych pism, klejnotów i artefaktów... duchy, ludzie-węże, nieumarli. Jest to jednak mało prawdopodobne. Mimo to, opowieści snute przez starców niezmiennie kuszą niedoświadczonych młodzików bez grosza przy duszy, którzy krążą po pustyni z nadzieją na znalezienie włazu bądź ukrytego portalu – ale jedyne co zyskują to poparzenia skóry.
[...]
Irtis zasila od północy kilka kamienistych rzek, stałych i okresowych – zwykle nienanoszonych na mapach.
 

GH, 1810 r., cytaty za Księgą Snów w tłumaczeniu gnomów

wtorek, 14 listopada 2017

Efr Południowy

Kiedy spojrzymy na mapę kontynentu – choćby najlichszą i niedokładną, naprędce przerysowaną od Horańczyków lub naskrobaną z pamięci – szybko zrozumiemy, że jego część południowa jest nieznacznie większa niż północna i bardzo podobnie ukształtowana: otwarta od zachodu i poprzecinana rzekami płynącymi z gór na wschodzie. Na tym podobieństwa się jednak kończą.
Już widok wybrzeża sprawia, że trzemy oczy ze zdumienia dumając, czy aby ostre światło nas nie zwodzi, parne powietrze nie mąci myśli, a bóstwa nie płatają figli. Postawiwszy stopę na lądzie, z dala od ujścia jednej z wielkich rzek, albo oddaliwszy się od ich poprzecinanych kanałami dolin, gdzie widoki są raczej swojskie, szybko zrozumiemy, że ciężko o coś bardziej odmiennego, różnego nie tylko od tego co możemy oglądać na północy kontynentu, ale też innego od wszystkiego co idzie napotkać gdziekolwiek: bezkresne kamieniste lub piaszczyste pustkowia ciągną się tu po horyzont, czasem jedynie urozmaicane pojedynczymi skałami. Chyba tylko pylisty Hrollnaird, leżący hen, gdzieś w głębi Kulinu, może się z tym równać, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Czy to w Środkowym Południu czy na Runie, w wyniku intensywnej wycinki na potrzeby górnictwa, hutnictwa, budowy tam i kanałów – wszędzie zdarzają się mniejsze i większe odsłonięcia piasków, a wybrzeża często okalają plaże i ruchome wydmy... ale te obszary mają mniej lub bardziej wyraźnie zakreślone granice. Widać gdzie się zaczynają, i gdzie kończą. Tutaj zaś, można iść wiele dni, nie spostrzegając znaczących zmian w krajobrazie, nie znajdując zupełnie niczego i nikogo nie napotykając. A potem skonać samotnie, w żarze i duchocie. A tym co z nas zostało, nie zainteresuje się nawet sępy. Rozsypiemy się w proch, a kości przysypią pyły. Rozległe pustkowia są całkiem wymarłe, i nie do przebycia, nawet dla największych śmiałków. Za dnia, kiedy słońce wysoko – ziemia jest tak rozgrzana, że można grzać na niej strawę. Nocą zaś, przychodzą chłody i dokuczliwe wiatry, jakby to była co najmniej Bliska Północ jesienną porą, a nie kraj wiecznego lata. Owe pustkowia stanowią większość tutejszych ziem.


Gaje, sady, trzcinowiska, pola uprawne, znajdują się jedynie u wybrzeży wielkich rzek, bez których nie byłoby tu żadnego życia, rosną także w oazach – do niektórych przekopano kanały, powiększając tym samym ich obszar. Poza piaskowymi rakami i kolczastymi jaszczurami, raczej nieprzyjaznej natury, wszystkie inne tutejsze stworzenia lęgną się w zieleni, i mimo dużej odporności na głód czy pragnienie, nie oddalają się zanadto ku pustkowiom. Szerokie koryta mulistego Irtisu, Ingil, Simisiz i Nuphysz, oraz ich żyzne osady – umożliwiają siew, dostarczają budulca i pozwalają nawet najbiedniejszym żywić się rybą i glonami.
Są tak ważne, że każda z nich ma swojego boga lub boginię, ci zaś setki posągów, ołtarzy i liczne świątynie – zlokalizowane najczęściej nad brzegami. Dzień i noc ludzie znoszą tam ofiary, a gdy jest szczególnie źle, kiedy susza i rzeka nie przybiera stosownie do oczekiwań – topią dary w rzece, licząc że może to pomoże. Zabronione jest kalanie świętości ich wód – nie odprowadza się tam ścieków, nie wyrzuca odpadków, nie wszędzie dozwolona jest kąpiel. Nad ich brzegami, i na pustynnych wzniesieniach, żyją wielkouche karłowate lisy, nie większe od kun (których też tu pełno), myszy poruszające się wielkimi susami, jakby były żabami, myszy pyliste i pręgowane, grzywiaste owce, koziorożce (pasące się w dużo większej ilości pośród szczytów Szukkur, na wschodzie) oraz smukłe jelenie o prostym porożu. Na wymienione zwierzęta polują smoki pustynne, które w czasie najgorszych upałów zapadają w kilkumiesięczny sen. I dzikie koty – różnych gabarytów i umaszczenia. W słono-słodkich wodach przybrzeżnych zalewów, a także w nurcie środkowym i dolnym, napotkać można niewielkie smoki wodne, spokrewnione z nimi ociężałe, pancerne jaszczury, żółwie błotne i delfiny rzeczne – różowe, szare i niebieskie – niesforne, chętnie bawiące się z dziećmi, stale oskarżane przez rybaków o podkradanie ryb, a niekiedy również ciąże ich nastoletnich córek. Do tego duże ssaki – świnie wodne i hipopotamy. Te drugie są bardzo niebezpieczne, żyją niekiedy w wielkich stadach, i choć nie żywią się mięsem – wywracają łodzie a potem topią miejscowych. Należy je omijać. (W rzekach Północnego Efru można napotkać nieliczne stada ich zimnolubnych pobratymców, nieco mniej agresywne). [...] Tutejsi trzymają udomowione, nagie trąbowce, które służy im jako zwierzęta pociągowe. Ponoć w czasach pierwszych ludzi, kiedy nie było tu pustyń, a między wielkimi rzekami zieleniły się lasy i step – żyły tutaj wolno, w wielkiej ilości, jak ich krewniacy z Północy. Prócz przepiórek, kur o zielonych łapkach, lam, bawołów i wielbłądów, miejscowi udamawiają również szare orły, bursztynowe sokoły i gatunki pomniejsze, z którymi namiętnie polują na kuny, króliki oraz lisy, głównie dla rozrywki. Niełatwo wykraść ich pisklęta. Wielu łowców traci przy tym zdrowie i życie. Co więcej, młode niełatwo odchować.  Dlatego stworzenia te bardzo tu się ceni, i trzyma raczej dla prestiżu niż z faktycznej potrzeby. Dawnymi czasy było inaczej. Drapieżne ptaki gniazdują w górach Szukkur, na zacienionych półkach skalnych, w Górach Orlich i koronach wielkich drzew, w opuszczonych wieżach, tam gdzie czują się bezpiecznie. Pary trzymają się razem całe życie, latami wracają w to samo miejsce – ale to jedyne ułatwienie dla poszukiwaczy piskląt.
Wspomniane drzewa, choć rzadkie – stanowią bardzo charakterystyczny element tutejszego krajobrazu, miejscowym się opatrzyły i raczej ich nie dziwują, ale dla nas stanowić mogą iście osobliwy widok: „Na północy, pośród wysokich traw i kamienistych pustkowi, rosną  niskie, rozłożyste saragi, zwane też dhago.  Pustynne drzewa, potężne i długowieczne. Trzeba kilkunastu mężczyzn by je objąć, a łyse trąbowce wyglądają przy nich jak owce obok stodoły. Najstarsze liczą sobie tysiące lat. Pamiętają czasy kiedy po ziemi stąpali bogowie, czasy potomków Saura i Hafra, pierwszych królestw, budowy rozległych miast które skrywają dziś piaski, a także zielonych pastwisk ciągnących się tam gdzie dziś są tylko wydmy. Rodzą słodkawe owoce w skórzastych skorupach. Ich kora jest gruba i gładka. W kotlinie Kirouk, rośnie ich większy rodzaj, dorastający do stu stóp. Przez miejscowych traktowany jako drzewo święte. Nikt nie odważy się wbić w nie siekiery ani spuszczać soków. Ludzie przybywają doń tłumnie lub w pojedynkę. Modlą się przed nimi długie kwadranse, wylewają pod korzeniami kielichy z wodą, mlekiem bądź własną krwią, i proszą o wsparcie: uleczenie, oddalenie bólu albo szczęście dla bliskich. Wierzą, że drzewa te mają dusze. Myślą i czują. Że ich uśpiona za dnia świadomość po zmierzchu wędruje, i przypatruje się śmiertelnym.  Olbrzymy podobne do saragów i świętych drzew z Kirouk, będące w zasadzie formą pośrednią między tymi dwoma gatunkami – rosą wzdłuż całego północnego brzegu Simisiz, można je napotkać w oazach Daarah i Hor Tyrah,  a także na stokach Gór Orlich, ale jest ich bardzo niewiele. Rosną powoli, rzadko pylą. [...] Inne równie wielkie drzewa napotkać można na Zielonych Wyspach” – anonimowy obieżyświat z Barny, zbiory miejskiej czytelni w Hoorze, pismo odręczne,  zarchiwizowane w roku 1836.


[...]
W piaskach i pośród skał niewielkich wysoczyzn, idąc za rada miejscowych, przybyłe z Kulinu gnomy znalazły wiele zagadkowych muszli. Ciężko im było przypisać je do któregoś ze znanych rodzajów. Prócz nich, zaskakiwały także odciski morskiego robactwa i drobnych żyjątek – których pochodzenia tak nikt nie umie wyjaśnić, zwłaszcza tak daleko od wody. Odciśnięte w kamieniu ślady wielkich smoków, ichnie kości i jaja – wydają się być świadectwem odległych er, kiedy rasy rozumne tu nie żyły.
[...]
„Najbliższe źródło dobrego drewna, niezbędnego cieślom i szkutnikom, to północna knieja Harzaar, za którą ciągną się już ziemie orków. Fachowcy z pustynnych królestw, drwale i smolarze, pływają tam tłumnie kilka razy do roku. [...] W Harzaarze występują drzewa proste, wysokie i grube, niekiedy tak wielkie że trzeba kilku rosłych mężów by móc je objąć, a powalone uciągnąć idzie tylko dzięki oswojonym trąbowcom. Rosną tam także pomniejsze wonne gatunki, dające mleczny sok (wydajniejsze od tych z ziem południowych królestw), z którego wyrabia się materiał na podeszwy i naczynia, bukłaki oraz inne drobiazgi. Bardzo pożądany przez ruńskich i kulińskich szewców, pozwalający bowiem robić buty nie przepuszczające wilgoci, odporne na ścieranie, które nigdy nie gniją. [...] Ciągnące się na wschodzie góry, to te same co w ziemi gadziopyskich – z tym że tutaj Efryjczycy nie zwą ich już Ikhur, a Szukkur. Za nimi ciągną się tzw. Księstwa Zewnętrzne” – Anonim, gnomski Przewodnik po Krainie Słońca z 1798

FF

wtorek, 7 listopada 2017

Efr Północny

Jego wybrzeża wydają się znajome. Aż za bardzo. Szerokie kamieniste plaże, samotne skały o ostrych krawędziach, ciemna zieleń soczystych traw, które jesienią stają się kruche i płowieją; zapach dziesiątek ziół i tańczące na wietrze pyłki lub barwne liście – wszystko to przywodzi na myśl Run i Kulin. A jednak to zupełnie inny świat. Kiedy wspomniane trawy płoną w świętym akcie wyniszczenia (który finalnie ma przynieść odrodzenie), podpalane przez otumanionych wywarami orków, kiedy ciemny dym zasnuwa niebo a tańczące dzień i noc płomienie popielą wszystko do gołej ziemi – wtedy mamy pewność, nie jesteśmy u siebie. Skorośmy przy ogniu i jego niszczycielskich właściwościach, mówi się że Efr ma kształt klepsydry ciśniętej na żagwie. Zdeformowanej pod wpływem żaru, przygarbionej, ale nadal zachowującej swą formę. Przyjrzymy się tu nieznacznie mniejszej, górnej „bańce”. To kawał ziemi, przy której stepy Warzarii wydają się raptem leśnymi polanami, a otwarte przestrzenie Ziem Północno-Zachodnich zaledwie namiastką tutejszych widoków. Aż po horyzont – nic. Totalna pustka, gdzieniegdzie poznaczona szerokimi korytami... aż trudno uwierzyć że w oddali, gdzie ludzkie oko nie sięga – wnoszą się potężne góry. [...]
To kraina orków a niegdyś być może również i ludzi – w starych, zapomnianych czasach... Otwarta od zachodu –  na północy ograniczana jest przez Krucze Góry – Ngarrnarr, na wschodzie przez pasma szczytów wybrzeża, zwanych przez Efyjczyków Ikhur, czyli Śnieżnogórami, a w orkowym harkocie Tumbur Hist (Kamiennymi Czubami), lub po prostu, Wielkimi Górami, bo faktycznie – nie mają tutaj sobie równych. Południe ziem gadziopyskich kończy się tam gdzie zaczyna się Harzaar – Wielka Puszcza. Jej drzewa pozostają wiecznie zielone – zupełnie jak te na archipelagach gdzie żyją czarni. Zwarta, mroczna, pełna zbutwiałych pni i obalonych konarów, przeżartych przez robactwo – między którymi czają się koty czarne i nakrapiane, zwinne smoki oraz węże, niewiele mniejsze od tych morskich, leśne kraby i ptaki-nieloty, wysokie na siedem stóp, i paskudne nadrzewne ośmiornice... przez wieki wdawała się nieprzebyta.  Ale mit ten runął, w 1341 roku nowej ery, kiedy orkowie dostali się na południe idąc wzdłuż bagien wybrzeża, i wyrąbując sobie ścieżkę przez sam środek gęstwiny. Był to straszny czas. Dla mieszkańców Kir-U, Hallkaru i północnego Basil jawił się nieomal jak początek zapowiadanego kresu dziejów. Na nic zdały się ich onagry i trebusze, deszcze zatrutych strzał czy wysokie mury. Orkowie brali to co im się podobało, powalali posągi, burzyli świątynie. Trwało to póki się nie znurzyli, i nie stwierdzili że więcej ze sobą nie udźwigną. [...]

Orki – przypominają wyrośnięte gobliny, i żyją jak one, wedle praw dzikich. Nie znają pisma, nie budują miast, nie orzą i nie sieją – a bogom cześć oddają pod otwartym niebem, nad rzekami i u szczytów gór. Aż strach pomyśleć co by to było, gdyby nasi napotkali w lasach tych mocarzy, a nie ociężałe trolle i słabe gobliny. Owszem, ich grupy stanowiły zagrożenie, i tak jest do dziś w niektórych zakątkach Wielkiego Kontynentu – na rubieżach cywilizacji. Nie można mówić że są one przeciwnikami wyłącznie dla krasnoludów – ale jednak by roztrzaskać łeb goblina wystarczy jedno celne uderzenie. Jedno. Nie trzeba do tego wielkiej siły. Wszyscy którzy noszą ich zęby na sznurkach, albo chwalą się zasuszonymi dłońmi, mówią że pękają jak gęsie jaja. A uszkodzić orka? To wyzwanie. Czaszka brunatnoskórego jest jednak znacznie grubsza niż ludzka. Działa jak stalowy hełm z porządną wyściółką. Cios który wydawałby się śmiertelny – orka co najwyżej na krótko zamroczy, szybko odzyska wigor, podniesie się i z jeszcze większym szałem, gołymi pięsciami, będzie miażdżył kirysy i wgniatał hełmy. Bez pik i berdyszy, kusz o mocnym naciągu, samotnie – ludzie nie mają z nimi szans. Zwyczajny ork przewyższa człowieka o głowę, ma mały, zadarty nos, albo wręcz nagie nozdrza, co wraz ze skórą barwy raz to zgniłozielonej, raz brunatnej – nadaje mu iście gadzi wygląd. U niektórych szczepów występują wyłącznie oczy czarne, jak u myszy, bez widocznych białek. Jedni mówią że tacy się już rodzą, inni ze zaczerniają je barwnikiem, nakłuwając gałkę kościaną igła. Są i bardziej ludzkie, złote lub szare. Czarne włosy rolują w długie kołtuny, gola albo wypalają, mają żółte, często połamane zęby, mocniejsze niż ludzkie. Ciała nie odznaczają się wieloma anomaliami, są harmonijne jednak nawet prowincjonalny medyk w mig pojmie – czy to patrząc na rycinę czy na trupa przywiezionego w miodzie – iż orkowe cielska cechuje nieco inny rozstaw kości. [...] Są bardzo masywne. Mimo to, w ich korpusach siedzi jedno serce. Para płuc. Nerki, kiszki, wszystko jak u innych ras rozumnych. [...] Szybko biegają i potrafią skoczyć w dal na kilkanaście łokci, jak dziki kot. Malują twarze wapnem lub sadzą – co tylko potęguje ich upiorny wygląd.

Orkowie mają naturę wędrowców, krążą po ziemiach które uznają za swoje, piechotą i na grzbietach czarnych koni (które cenią sobie najbardziej) – starając się nie wkraczać na ziemie innych grup – jeśli tak się stanie, dochodzi do starć krwawych i brutalnych. Nie ma ich tam w prawdzie wielu, nie są długowieczni – ale robią spore zamieszanie. Podążają za wołami, żubrami i włochaczami – zależnie od plemiennych upodobań albo konieczności. Żyją dzięki ich mięsu, ścięgnom, skórom i kościom – robią z nich wszystko co noszą ze sobą i na sobie. Polują na przepiórki, oraz nieco większe ptactwo, szczególnie chętnie te wodne, z błonami między szponami które uważają za przysmak. Kościanymi oszczepami przekuwają nieuważne ryby. Brodząc godzinami na płyciznach zbierają całe worki. Nie znają szkła ani metalu, nie tkają. Niektórzy mają wprawdzie oręż i drobne przedmioty skradzione ludziom z południa, monety, spinki i gwoździe, ale są to przedmioty bardzo rzadkie, trzymane w drewnianych pudełkach i skórzanych sakwach, pielęgnowane niczym relikwie. Wytworzone nieznanym im sposobem przedmioty codziennego użytku – uszkodzone i niekompletne – służą wielu pokoleniom, nie zawsze zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Umieją docenić piękne wykończenie, sami także mają zwinne palce, potrafią pięknie rzeźbić w kości, drewnie, czy kamieniu, pleść maty, tak z cienkich skór jak i traw, ale nie rozumieją skąd biorą się szklane butelki czy łańcuchy. [...] Mimo prymitywności, maja szerokie rozeznanie we wszystkich rodzajach ziół, grzybów i porostów, umieją też wykorzystać sproszkowane minerały. Nie straszne im mroźne zimy ani upalne lata.

Tutejsze włochacze-trąbowce, tym różnią się od zwierząt zamieszkujących kulińską Daleką Północ, że mają zawsze niemniej niż sześć ciosów. [...] Podobnie jak jelenie o wielkim porożu, zwane dumurami, czarne orły, nagie, długoszyje baruhwiry – przypominające włochate jednorożce, tyle że bez rogów (tj. nie te heraldyczne  a prawdziwe) – uznawane są za zwierzęta święte. Nie przeszkadza to orkom nań polować, ale otaczają je szczególną czcią i szacunkiem. Zabijanie przychodzi im łatwo, bo praktykują to od najmłodszych lat, nie czynią tego jednakże dla zabawy. [...]
Orki różnie chowają swoich zmarłych, te z wielkich równin nad Kukborem i Rahwuur w kamiennych kurhanach. Co jakiś czas je powiększają, dodając ciało kolejnego zmarłego. Niektóre szczepy palą najbliższych, przedtem barwiąc ich ciała wywarami z łupin i maściami. Składają przy nich przedmioty codziennego użytku – flety, bębny, czarki, kościane grzebienie i ostrza – wszystko to czego zmarły używał za życia. W przypadku mężczyzny z dymem idzie także część oręża, tego gorszego, wysłużonego, której nie przekazują synom. Maczugi, kamienne toporki i włócznie, łuki oraz kołczany, pełne strzał, wszystko trawi żar. Nie jest prawdą że orkowe kobiety i konie uśmierca się by pochować wraz ze ich panami, być może czyniono tak wcześniej, ale dziś obserwatorzy ich życia już o tym nie donoszą. A może nigdy tak nie było?

Od pochwyconych orków niewiele idzie wyciągnąć. Żyjące w niewoli osobniki szybko odchodziły od zmysłów albo traciły wolę życia, marły we śnie lub odmawiały przyjmowania pokarmów. Brańcy nigdy nie przysłużyli się poznaniu orkowego języka, kultury ani wierzeń. Wszystko co wiemy to efekt wyjątkowej determinacji najdociekliwszej z ras. [...]
Choć może wydawać się to nieprawdopodobne, za górami Ikhur żyją ludzie. I gnomy. Tamtejsi ludzie mają rdzawą skórę i ciemne oczy, długie czarne włosy i tak jak orkowie, odziewają się w skóry. Są raczej niscy. Żyjące między nimi gnomy nie pochodzą z wybrzeża, przypłynęły tu by badać ich zwyczaje i wydobywać minerały, w zamian za gościnę przywożą im metalowe przedmioty, tandetne wyroby z południowoefryjskich manufaktur, szkło i tkaniny. Szczęśliwym zrządzeniem losu za góry orkowie nie chodzą, bo to dlań „ziemia rodzącego się słońca”, „kraina duchów i dmącego wiatru”,  nieprzekraczalna dla żywych, tych którzy pragną żywymi pozostać, dlatego milion, może dwa miliony przedstawicieli naszej rasy żyje tam bezpiecznie, żywiąc się jagodami, korzeniami i ptasimi jajami, a przede wszystkim dzięki obfitości ryb, skorupiaków i wydr morskich. To i owo o orkach wiedzą, a przebywające między nimi gnomy wszystko pilnie notują, i same wyprawiają się na wielkie równiny, by obserwować życie wędrowców. Niekiedy brani byli za dzieci, niekiedy za wysłanników bogów. Nie było ich w historii wielu, ale przynajmniej część opublikowało swe zapiski – to co po sobie pozostawili pozwala na wnikliwsze spojrzenie do wnętrza kontynentu. [...] Na Południowym Efrze mówi się że tamtejsi ludzie czytają w myślach i znają czary, przypisuje się im powalanie przeciwnika siłą woli i unoszenie w powietrzu podczas wielkiego skupienia, a jedno z tamtejszych plemion ma ponoć medykament w postaci białego proszku, który pozwala nie spać przez wiele dni i nocy. Nazywają siebie różnie: Wronami, Szarymi Sowami, Wilkami – itd. – każda grupka ma swoje święte zwierze, które w jakiś sposób miało być związane z ich przodkami. Ponoć małe grupy ich krewniaków zamieszkują też  gęstwiny Harzaaru.


W północno-zachodniej części kontynentu, na obu brzegach rzeki Rahwuur, ciągną się ziemie zamieszkałe przez potomków niejakiego Sguga, poszczególne klany krążące po tych terenach nazywają się Kanarg, Hruk i Ghyuur. Nad środkowym Rahwuurem leży dolina której ziemia ma rdzawą barwę, zwana jest Polem Krwi. W owym rozległym zagłębieniu odbywają się obrzędy związane z wchodzeniem w wiek męski, oraz święta związane ze zmianą pór roku, wędrówką słońca, kultem przodków.

Kraj potomków Snurna Czerwonego obejmuje północno-wschodnie obszary kontynentu, położone nieco wyżej jak reszta równin – między szczytami Ngarrnarr od północy a Tumbur Hist na wschodzie. Nazywają siebie Rzun Azarah. Czernią twarz sadzą.

Położone pośród mokradeł źródła Rahwuuru, i środkowy bieg Kukboru, zamieszkują orki wywodzące swe pochodzenie od Watahy Białego. Są wyznawcami boga Bhukaniszaka. Sami siebie nazywają Burhian. Szczęśliwym trafem ich bóg wyobrażany jest jako czarny karzeł – dzięki czemu kilku gnomom udało się przez jakiś czas żyć między nimi i zachować głowy, poznać ich codzienność. Dzięki przytomności umysłu przedstawili się jako jego wysłannicy.

Nad południowym dopływem Kukboru, zwanym Kamarem, oraz wpadającym doń Birknakiem, żyje Opuszczone Plemię. Orkowie wielkiej siły i postury. Wieżą że pierwsi przedstawiciele ich rasy wyszli z mgły, z nicości. Że oni są ich bezpośrednimi potomkami, a ich legendarny wódz, tysiącletni Hamador Czerwona Ręka – odszedł w mrok, pozostawiając kostur z czaszką bawołu i święty przykaz trzymania się tej ziemi. Żyją wedle praw jakie nań nałożył.

Nad dolnym Kukborem wędrują orkowie Haszar, wielcy miłośnicy raczego mięsa, skorupiaków które dorastają tutaj do kilkunastu łokci, morświnów z delty i rybożernych pelikanów.

Pozostałości wieży zwanej przez orków Sihur, leżącej na wybrzeżu, o tydzień drogi na południe od ujścia Kukboru, są świętym miejscem orków Khabara. Za jakieś sto-dwieście lat rozpadnie się doszczętnie. Jedni mówią że to resztki konstrukcji wiatraka, inni że strażnicy. Uchodzi za dzieło ludzi – jasnoskórych pradziadów Kulińczyków albo pozostałość po południowoefryjskiej kolonii.
[...]
Wszystkie orki mówią o sobie Khrun, co oznacza wędrowca – wędrującą dusze i zarazem obieżyświata. Słowo jakim my je określamy pochodzi od Efryjczyków, jest już dość archaiczne, i jego pierwotne znaczenie zatarło się wśród mieszkańców pustyń, tłumaczy się je jednak zwykle jako „potwór” (orkh).

FF

niedziela, 5 listopada 2017

Efr

Efr. Największy z kontynentów. Najsłabiej poznany, odległy, niedostępny i zagadkowy. Jeśli brać pod uwagę powierzchnię jego ziem krańcowych, północnych i południowych, póki co oddanych na mapach tylko w ogólnym zarysie, niezbadanych – to musi być dwa-trzy razy rozleglejszy niż Kulin. Póki co znamy jedynie w przybliżeniu ogólny zarys jego zachodnich i wschodnich wybrzeży, wraz z umiejscowieniem największych zatok i ujść dużych rzek, biegi ich koryt i źródła; wschodnie krańce kontynentu, skryte za wielkimi górami, które ciągną się z północny na południe – od nigdy nietopniejących śniegów po skwar ziem wiecznego lata – oglądamy jedynie oczami wyobraźni, poprzez nieliczne dostępne nam mapy, sporządzone przez uczonych z pustynnych królestw, których kopie mają gnomy, Horańczycy i geografowie z Neuwy. (Nikt z Kulinu ani Runu nigdy tam nie dotarł, a przynajmniej nie pozostawił po sobie żadnych świadectw takiej wyprawy).


Na wszystkich mapach Efru, dół i górę kontynentu wieńczą obłe, pofalowane kresy, nanoszone przerywaną linią – hipotetyczne zarysy. Raz to uformowane wedle kaprysu kartografa, kiedy indziej podłóg informacji które uznał za sensowne. Ponoć południowo-wschodnie krańce kontynentu tworzą trzy ogromne półwyspy – gdzie gospodarzą spalone słońcem gnomy, które wydobywają olej skalny i diamenty. Jest tam potwornie gorąco, i nie ma dostatecznej ilości wody by mogły utrzymać się większe osiedla, nie mówiąc już o miastach. Jak radzą sobie owe gnomy – nie wiadomo.
Świadectwa odnośnie północnych wybrzeży donoszą o rozbudowanych półwyspach poprzecinanych głębokimi zatokami, skalistych wyspach i spajającym to wszystko lodzie, wielkich krach i górach lodowych dryfujących w cieplejszej części roku. Zimą, kiedy lód zwiększa swą powierzchnię – można ponoć przejść z Hure na Efr piechotą.

Wedle tego co do nas dociera, mieszkańcy Efru wprawiają w zdumienie wyglądem i obyczajem – tak ci z północy jak i południa; tutejsze rośliny i zwierzęta, są odmienne od tych które znamy u nas, a ziemie mają skrywać wielkie bogactwa – szafiry, diamenty, szmaragdy, rubiny oraz inne kamienie, wszelkich barw i przejrzystości, a także kości wielkich smoków – takich przy których te dzisiejsze wyglądałyby jak pokurcze (podobne do tych wykopywanych od wieków w Hrollnairdzie).

Wszystko co tutaj zamieszczone, pochodzi z relacji tych, którzy w przebraniu, nierzadko pod fałszywym mianem, śmiało przemierzali nieznane krainy: zdeterminowanych ludzi i żądnych prawdy gnomów, wścibskich kupców, z portów Neuwy i Horanu, pism tamtejszych uczonych, oraz ichnich tłumaczeń dzieł południowoefryjskich – pism kreślonych przez ręce myślicieli, kapłanów, matematyków, medyków, astronomów, dzieł dyktowanych przez królów jak i ksiąg świętych – objawionych przez bogów. Czyli ze wszystkich dostępnych źródeł, zwykle nie wyczerpujących dostatecznie tematu.

Jeśli idzie o kontakty z efryjskimi żeglarzami, nie wiemy jak to dawnymi czasy było w przypadków elfów czy krasnoludów. Musieli się z nimi stykać mieszkańcy historycznej Cinubrii, wielu pośród nich śniadych, czarnowłosych – całe plemiona i narody, a słońce przecież aż tak mocno tam nie przygrzewa. Z Efru przypłynęli Horańczycy, stamtąd też jak się zdaje pochodzą Kchmurowie.

Coraz śmielej mówi się, że nasi przodkowie przybyli na Kulin nie z zatopionego kontynentu, ale z wybrzeży Północnego Efru. Ibryjscy koloniści, skupieniu wokół kultu świętych Takama i Koda, prowadzeni przez kapłana boga Yhora – Kuruna Wisentara, a także przybyłe wraz z nimi gnomy, których nie pchało na wschód religijne uniesienie a głód wiedzy – orzekli to samo! Mianowicie, że w roku 1768, w tygodniu płomykówki, natknęli się na wybrzeżu na pozostałości kamiennej zabudowy. Zarosłe mchem i przykryte grubą warstwą gleby kocie łby, sterty gruzów oraz obrobione kamienie, które mogły być ongiś posągami. Niektórzy kopali całymi dniami – znajdowali pokruszone skorupy naczyń, szkło i kości. Czaszki na które się natknięto, choć rozkruszone i niekompletne – mogły być ludzkie. Mierzono – rozmiar pasował. W ciągu półrocza jakie spędzili w swoim obozie, od czasu do czasu wędrując po okolicy i wpływając w górę rzek, natykali się na inne ruiny – zarośnięte bloki i zapadnięte fundamenty. Nic co mogłoby wskazywać jak gmachy wyglądały, ale jednak świadectwa czyjejś obecności. Budowli w ludzkiej skali. Zdawało się to potwierdzać domysły części uczonych.
Bogowie nie byli jednak przychylni sekcie. Wierni skupieni wokół Wisentara musieli szybko opuścić dopiero co założoną kolonię – kiedy wywiedziały się o nich wędrujące orki, atmosfera religijnego uniesienia prysła błyskawicznie. Po kilku szturmach i dziesiątkach nieprzespanych nocy, straciwszy wielu towarzyszy, poranieni, bez sił – pod osłoną jesiennej mgły porzucili wybrzeża. Mimo iż byli przekonani że odnaleźli cel swej wędrówki, dawną kolebkę jasnoskórych, ich miejsce na świecie, gdzie miała się dokonać odnowa ludzkości – nie mogli tam pozostać. Nie pomogły nawet strzelby i arkebuzy. Wśród goblinów siały popłoch, ale na orkach nie robiły większego wrażenia. To była krwawa masakra. Spisane opowieści tych którzy przeżyli, po dziś dzień budzą grozę i powszechnie uznawane są za przesadzone. Być może powtórzyła się historia z ostatnich lat starej ery. Wiele na to wskazuje. Skoro współcześni, silni ludzie, wspierani techniką, nie dali rady utrzymać swej siedziby, nie mogło się to udać też ich przodkom. A może to była jednak jakaś inna rasa? Mnożą się pytania i scenariusze. Osad na wybrzeżu nie zniszczyły tutejsze wiatry ani deszcze, burze z piorunami czy wichury – zrównały je z ziemią orcze plemiona. Przodkowie dzisiejszych mieszkańców. Zapewne wiedzieli kogo grzebią pod stropami. O ile wydało się im to na istotne, włączyli to do rodowych pieśni. Niestety nie istnieją pisma południowoefryjskie które mogłyby coś powiedzieć na ten temat, śniadzi mieszkańcy pustyń zaczęli odwiedzać te ziemie dopiero około 500 roku nowej ery – kiedy naszych już ta być nie mogło.
Spekuluje się że przodkowie dzisiejszych Kulińczyków, z Południa i Bliskiej Północy, docierali pierw na wschodnie wybrzeża kontynentu, i mogli mieszkać tam całe dekady i wieki – nim popłynęli dalej lub ruszyli przez góry. To zaskakujące że nie zachowała się pamięć o krainie jaką porzucili – uczeni do dziś głowią się czemu tak się stało.

FK

sobota, 28 października 2017

Myfr

Wielkie Księstwo Myfr – duży kraj ciryjski położony na wschodnim krańcu Środkowego Południa, między rzekami Imtris, Foin i San. Od zachodu graniczy z Rewell i Awrią, od południa z Wigrichtem i Erelią, od wschodu z Ibrią, a na północy z Dzikimi Ziemiami.


Północno-zachodnia część księstwa ma charakter wyżynny,  południowo-wschodnia to niziny, tylko gdzieniegdzie urozmaicane niewielkimi wysoczyznami. Kraj ma dwa oblicza. Otaczające go zewsząd rzeki są głębokie, płyną leniwie i stwarzają dobre warunki żeglugowe. Mimo że Myfr nie leży bezpośrednio nad morzem, jego statki docierają nimi nad Teritall. Zawijają całymi chmarami do portów u wybrzeży Szarynu, Morza Wichrów, Brunatnego, Flegge i Meme – ale dalej się nie zapuszczają. Zwłaszcza w kierunku wschodnim (a przynajmniej nie jawnie). Ibryjczycy nie pozwalają na rejsy do wschodniej części swego cesarstwa; przy ujściu Sanu bacznie kontrolują wszystkie barki i żaglowce – skrupulatnie – przetrząsając nawet balast; podejrzane zawracają lub rekwirują, a jeśli to drugie, to wraz z zawartością ładowni i załogą. Cwani Myfryjczycy pływają niekiedy pod ichnią banderą, ale kiedy ten fortel wychodzi na jaw – tracą wszystko. Często także życie. Mimo to stale pojawiają się śmiałkowie którzy próbują szczęścia. Dochodzi do zatargów. [...] Rzeka San ma ogromny potencjał transportowy, umożliwia jednostkom o dużym zanurzeniu podróż aż do ujścia Szoe, a nawet nieco dalej, kiedy lato jest deszczowe, dlatego książęcy inżynierowie by obejść ibryjską blokadę, od dekad planują przekopanie kanału między Szerokim Imtrisem i San, po południowej granicy, wzdłuż której leży kilka pomniejszych jezior – potencjalnie znacząco ułatwiających tę pracę. Odcinki jakie trzeba przekopać są dosyć krótkie, jedyną trudnością jest uzyskanie odpowiedniej głębokości wykopu oraz jej utrzymanie już po zalaniu, w trakcie eksploatacji – nad czym kolejni uczeni łamią sobie głowy.


Nim Myfr stał się stolicą księstwa, był średnim miastem Illaru, niepozornym ale i nie odstającym od reszty – z rynkiem, murami i sześcioma świątyniami. Bez kanalizacji i należycie głębokich studni. [...] Gdzie indziej było podobnie. Ot, przeciętne miasto swoich czasów. Nic nie zapowiadało że w bliskiej przyszłości czeka go rozbudowa, techniczne usprawnienia i podniesienie rangi do poziomu monarszej rezydencji. Kiedy illarski książę popadł w konflikt z braćmi których majątki rozciągały się wzdłuż Szoe, będąc człowiekiem przewidującym, przeniósł tymczasowo dwór do Myfru (999 r.). Kiedy Illar został złupiony i puszczony z dymem, przez tychże braci, wspieranych przez Fyrunnczyków i mieszczan nutidzkich, i stało się jasne że odbudowa zajmie lata, ale już nie on będzie się tym zajmował, bo kres rządów bliski, niespodziewanie przyszedł mu ze wsparciem władca rewellski, który zaoferował tysiąc łuczników i drugie tyle pikinierów, a także katapulty oraz inne machiny ciskające, a także obeznanych z ich konstrukcją i wykorzystaniem półgnomów. Był to rok 1000 nowej ery, okrzyknięty przez astrologów początkiem wielkich zmian, w świecie i regionie. W tymże roku książę Nemehir wziął sobie za żonę najmłodszą córkę króla, księżniczkę Arell, zwaną Krzywooką. (Bo miała lekkiego zeza i defekt ten urody jej nie dodawał). Mając świadomość że idzie nowe – oznajmił, że od teraz rządził będzie Illarem z Myfru. Po dziewiętnastu miesiącach zmagań otwartych, oblężeń i wojny podjazdowej, odzyskał kontrolę nad swymi ziemiami. Wkrótce młyny fyruńskie, zaczęły mielić dla jego poddanych, a skruszeni mieszczanie Nutidu złożyli mu hołd, po czym wypłacili ogromne kontrybucje – w srebrze, złocie i innych metalach. Południowy Fyrunn wraz ze stolicą znalazł się pod władaniem Illaru. Bracia zaginęli, zmarli albo uszli na Północ, do Ibrii bądź Isentaru. Owjar przyglądający się dotąd tylko zmaganiom, poprzysiągł Nemehirowi wieczną przyjaźń i wsparcie. Tamtejszy władca był stary i bezdzietny, świadom że gdy tylko zamknie oczy, w kraju zapanuje chaos. Zajęli razem północny Fyrunn, a kiedy pan owjarski zmarł (1003 r.) – oddał mu w testamencie swe ziemie, pół skarbca i zobowiązał do uroczystego pochówku. Sprawy układały się po myśli księcia i wydawało się że bunt braci był jednak błogosławieństwem, impulsem bez którego nie doszło by do żadnej zmiany, a jego władza nadal nie wychodziłaby poza Illar. Nagle zrozumiał jak ciasno mu było w kraju który odziedziczył po ojcu. Tak się zasiedział w Myfrze podczas tych trudnych lat, że obrał go swoją nową stolicą już formalnie, wraz z ceremoniałem i nadaniem mieszczanom związanych z tym przywilejów, praw i obowiązków. A także śmiesznych nakryć głowy. Tam rodziły się mu kolejne dzieci, tam kazał wykuć sobie grobowiec. Leży w mieście Myfr nieniepokojny, po dziś dzień, a bogowie wyżsi i niżsi, święci oraz duchy polne, świątynne i przydomowe – strzegą go jak umieją. Od tego momentu księciem illarskim był już jedynie tytularnie, a faktycznie władcą Myfru, i tak też bito na pieczęciach, szyto na proporcach i kaligrafowano w papierach. [...] Jeszcze za jego życia zaczęło się wielkie karczowanie borów między górnym biegiem Hail a Sanem – przez które jego poddani zeszli na nizinę. W starych księgach zapisało się to jako wstęp do serii zbrojnych wypraw na północne rubieże kraju Erelów – które miały przynieść tym ziemiom cywilizację, prawdziwych bogów, ład i porządek. Potomkowie Nemehira weszli w sojusze z księstewkiem Sowa i Malwanem, których trony przejęli ich synowie, wnukowie oraz bracia krwi. Z czasem zaś całkiem oddały się we władanie myfryjskiej stolicy, „z korzyścią dla obu stron” – jak zapewniają kroniki. Kiedy Księstwo Myfryjskie podporządkowało sobie Derie, a obszar kraju był na tyle duży by mógł równać się z innymi państwami regionu, Nehmaar, zwany Bękartem, chcąc podkreślić rangę swoją i swego władztwa (oraz utwierdzić wątpiących w jego prawo do tronu) – nakazał tytułować się Wielkim Księciem. Inne zapiski twierdzą inaczej, że to rada księstwa zadecydowała uhonorować monarchę tym tytułem, i że musiał być przez ową do tego długo namawiany. Niezależnie od tego kto wyszedł z taką inicjatywą, dzięki niej prestiż kraju formalnie wzrósł. Dano do zrozumienia sąsiadom, że Myfr nie będzie niczyim lennem i jednoczenie dochowano tradycji – bo ludzie nawykli do bycia poddanymi księcia, nie zaś króla. Królowanie zawsze kojarzyło się tutaj specyficznie, z tyranią, na co miały wpływ wieści docierające od wieków z Rewell i skłóconych królestw Ibrii. Odtąd tj. od roku 1223 władca Myfru stał się Wielkim Księciem równym królom, i fraza ta weszła do jego oficjalnej tytulatury. [...] Około roku 1233 niewielkie oddziały wojsk myfryjskich zaczęły przeprawiać się przez rzekę Hail, za nimi, z Mur i Hai Rallu, ciągnęli wozami osadnicy – głównie drwale, smolarze, węglarze, wszelkiej maści nędznicy – przeludnione miasta pękały w szwach, a nadania ziemskie i regularne wypłaty kusiły. I wojskowych i mieszczan. Nie minęło sto lat, a Wielkie Księstwo poszerzyło swe władanie o ziemie między zalewem na Imtrisie a szeroko rozlaną Wielką Rzeką San. W 1238 postawiono fundamenty warowni Iorunn, a cztery lata później stały już pierwsze baszty. Po trzydziestu było tam małe miasteczko. [...] Lasy były gęste, pełne zwierzyny, stolica oferowała zwolnienia z danin, pańszczyzny i podatków. [...] Przez kolejne stulecia dożynano kryjących się w lesie tubylców, tych którzy nie uszli wraz z większością na południe. Mniej skorzy do walki, którzy dominowali w tutejszych społecznościach, nie wierząc w swe siły, pośpiesznie opuszczali plecione chaty. Zawijając w skóry tyle ile byli w stanie unieść, brali na plecy dzieci i starców, po czym umykali na niedostępne konnym mokradła. Ustaliwszy że wróg nie odejdzie, uchodzili dalej, ku pobratymcom mieszkającym pośród jezior, bliżej ujścia Imtrisu i Sanu. Ale to już odległa historia.
[...]



Skrócony opis ziem Wielkiego Księstwa – na podstawie pism Knude Toma z Tyhmaru:

Illar. Ziemie Illaru ciągną się od wschodnich pasm gór Baraik i rzeki Foin po górny i środkowy bieg Hail, większą cześć jego północnej granicy wyznacza Szoe. Są to ziemie wyżynne, nieznacznie pofałdowane i urozmaicone łagodnymi wzgórzami. Wyjąwszy stolicę, największe grody to Illinkai, Ksoir, Mohr, Szewryn, Hibor, Indred, i, rzecz jasna – Illar (dawno już odbudowany, piękniejszy niż przed wielkim pożarem i rozleglejszy). Łączą je szerokie trakty, ale można też podróżować bezdrożami, pośród wysokich traw – gdyż większość tutejszych lasów wycięto a bagien się nie spotyka. Płynie tu kilka pomniejszych rzeczek, ale pokonanie ich nie będzie stanowiło problemu. Dobry koń będzie równie przydatny jak pełna sakiewka – bo tanio nie jest.

Owjar. Leży między korytem Foin a pagórkami Oirin, oddzielającymi go od Fyrunnu. Nieopodal granicy z Rewell stoi jego stolica, liczący sobie co najmniej tysiąc dwieście lat Krid, a pośród wzniesień na północnym-wschodzie znajduje Knod, miasto i zamek tego samego miana, które bogacą się na pracy kopaczy z okolicznych wyrobisk, głównie cyny.
                       
Fyrunn. Od zachodu jego granice wyznaczają łagodne wzniesienia Oirin (uważane niegdyś za siedlisko złych duchów) i górny bieg Szoe, napędzający wiele młynów; południowa granica ciągnie się w całości wzdłuż tej rzeki, aż do ujścia do Sanu; wschodnią wyznacza San; a północną, malwańską – północno-wschodnie pagórki Oirinu. Nie ma tu wielu miast, dominują tereny rolnicze. Imiennik dawnego księstwa, stołeczny Fyrunn leży nad środkowym Szoe, górniczy Untall nad górnym, a portowa Cemea u ujścia tejże do Sanu. Ważną warownią, na tyle dużą że widocznym z ibryjskiego brzegu – jest cudem ostały Dagr, mocno ostrzelany podczas ostatniej wojny przez cesarskie okręty. Jego dowódca, Ilan Kelan, pochodzący z miasteczka Uris, zginął kiedy zawaliły się nań stropy górnych pięter i dziś ma tam swój pochówek. Załodze zamku udało się zatopić kilka jednostek wroga, ale obrońcy ponieśli duże straty – spaliły się też drewniane zabudowania między wałami, ostały się tylko osmalone gwoździe.

Sowa. Niewielka prowincja nad górnym Foin, wciśnięta między Owjar a Malwan. Tutejsze lasy dawno już wycięto, na wzgórzach uprawia się zboża, jadalne korzenie i bulwy, pasie owce i udomowione koziorożce. Poza stolicą (Sowa), jedynym dużym miastem jest Foe.

Malwan. Najdalej na północ wysunięta cześć Wielkiego Księstwa, pagórkowata i lesista, leży nad Foin i jej górskim dopływem – Hokel. Jej środkiem płynie rzeka Traisen. Pełno tam wyrobisk, na polanach pasą się owce, koziorożce i woły. Najważniejsze miasta które warto odwiedzić to Hair i Malwan pośród pagórków Oirin, oraz Pilgren, nieopodal ujścia Traisen do Foin.

Nutid – niewielka prowincja widłach Szoe i Sanu. Jedyne znaczące miasto dawnego nutidzkiego księstwa to stolica, poza nim są tu tylko wioski, pola i resztki lasów. Okolicznych mieszkańców zawsze ciągnęło do Nutid, jego rynków, targów i świątyń, dlatego nie rozbudowali żadnej innej miejscowości – zgodnie zresztą  z życzeniem cechów.

Derie – leży między górnym biegiem Imtrisu a dolnym Hail, stykając się z bogatym w ryby zalewem. Na zachodzie krainy piętrzą się wschodnie pasma Baraik i mniejsze pagórki; na wschodzie, wzdłuż Hail, są szerokie, nizinne równiny, wykarczowane pod uprawy i pastwiska. Pośród pól jęczmienia, prosa i pszenicy, piętrzą się wysokie na sto łokci wiatraki, pełno tam drewnianych, ludnych osad, skupionych wokół krągłych majdanów przyozdobionych figurami starych bogów, świętych, bądź pełnymi ptactwa stawami, liczących  dziesiątki i setki mieszkańców. W górach, dzień i noc na potrzeby stolicy wydobywa się srebro, cynę oraz minerały. Kopalnie są głębokie, wąskie, wielu mówi że niebezpieczne, ściąga się do ich eksploatacji krasnoludów i gnomy z sąsiedniej Awrii, które przy okazji rozwijają lokalne tradycje gorzelnicze. Małych mieścin w których znajdzie się zajazd, karczma i dobrze zaopatrzony skład wina w środkowej i wschodniej części prowincji nie brakuje. Na zachodzie są tylko kopalnie i górnicze osady. Ich urobek transportuje się do hut w północno-wschodnim Derie i południowym Illarze. [...] Stolicą krainy, głównym ośrodkiem kulturowym tutejszych Ciryjczyków i zarazem jedynym miastem okolonym murami, jest Drenn, ciągną tam wszystkie trakty. [...] Drenn niewiele ustępuję Myfrowi.

Iorunn. Ziemie Iorunnu to jedna trzecia całego terytorium Wielkiego Księstwa, obejmująca nizinne obszary między Hail, zalewem na Imtrisie (tzw. Szeroki Imtris) a Sanem, zamieszkałe kiedyś przez Erelów – bierze swe miano od miasta które założono z myślą o osadnikach z przeludnionego Nutidu, Mur, Drennu i miast illarskich, długo służącego jako garnizon i baza wypadowa. Ongiś były to ziemie lesiste, pełne bagien i całkiem dzikie. Odkąd weszli tu Myfryjczycy, trwa systematyczna wycinka i osuszanie mokradeł . Tutejsze drewno służy budowie statków i łodzi, konstrukcji stropów w kopalniach, młotów i machin oblężniczych, rozbudowie miast i wsi, w całym Myfrze. Między górnym Hail, Nutidem i San leżą ziemie zwane ongiś Tehnae – są tam duże, stare miasta z czasów założyciela Księstwa Myfryjskiego: Mur i Hai Rall, oba wzbogaciły się na drewnie, węglu drzewnym i smole, a dziś produkują między innymi cegły, tkaniny i mechanizmy. Nad Sanem stoi zamek Onill, przy którym wyrosło spore miasteczko – zamieszkałe przez drwali, cieśli, smolarzy i rybaków. Na południu, wśród lasów, znajdują się Nell, Tenna i Ymmagaar. Do Tenny można dotrzeć traktem z Iorunnu, zwanym Drogą Południową, rozwidla się on pod tym miastem i prowadzi dalej, do Nell oraz Ymmagaaru. Łatwiej tam jednak dopłynąć wraz z nurtem granicznych rzek – jest to najbezpieczniejsza i najszybsza droga, i chyba tylko wodne duchy, Haipsy, w jakie wierzą miejscowi, mogą coś nam po drodze komplikować (jeśli kto czuły na przesądy). Smoki są tu tak obżarte, że ani myślą polować na ludzi – więc lepiej chwycić za wiosła.
[...]
Herb Wielkiego Księstwa jest prosty, i dzięki takiej łatwej do odwzorowania formie zobaczymy go praktycznie wszędzie, nawet w niewielkich miejscowościach. Wygląda tak: „na błękitnej tarczy dzielonej z lewa w skos, grubym białym pasem, w górnym polu widnieje gwiazdozbiór Gryfa (liczący sobie pięć gwiazd), a w dolnym gwiazdozbiór Sarny (trzy gwiazdy)”. [Rzecz wymaga sprostowania, gwiazdozbiór  Gryfa zwyczajowo rozrysowuje się tak: dwie mniejsze gwiazdki na lewo i prawo od środkowej, większej, tuż nad nią; dwie dolne nieco niżej, pierwsza pod krańcem południowo-zachodniego promienia, a druga jeszcze niżej i na lewo. Gwiazdozbiór Sarny składa się z trzech punktów o tej samej jasności, dlatego mają ten sam rozmiar – pierwsza jest na samym dole tarczy, a dwie pozostałe po skosie na prawo tuż nad nią – tj. tak jak je widać na niebie, bez żadnych odstępstw. – T.K. Neireik]
[...]
Pieniądz myfryjski cieszy się zdecydowanie największym poważaniem pośród monet wielkich ciryjskich krajów północnych kresów Środkowego Południa. Bity jest ze szczerego srebra wydobywanego w górach Baraik i pozyskiwanego droga handlową – nazywany jest thaarem bądź thaarem myfryjskim (dla odróżnienia od niewiele wartej monety rewellskiej), albo po prostu illem (tj. srebrem). Na awersie zdobi go tarcza herbowa kraju z inskrypcją i nominałem (1, 10 lub 20 – dwudziestek jest w obiegu najmniej), z drugiej strony jest profil Wielkiego Księcia. Niewielkie rachunki reguluje się monetami żelaznymi, czasem także miedziakami z krajów ościennych.
[...]
Język jakim posługują się tutejsi Ciryjczycy nazywany jest myfryjskim, ale faktycznie powinno się mówić raczej o illarskim. [...] Po przeniesieniu stolicy do Myfru, illarski pisany wzbogacił się o wiele lokalnych naleciałości, a także wyrażeń zapożyczonych od Rewellczyków, którzy tłumnie gościli na tutejszym dworze (posłów, kapłanów, uczonych, mędrców i filozofów). [...] Myfryjski jest częściowo zrozumiały dla większości Rewellczyków.

Święty Kao z Manharmu, Spis ziem i ludów, 1810 r.

środa, 25 października 2017

Rewell

Rewell –  duże ciryjskie królestwo Środkowego Południa  położone nad górnym i środkowym Ballnarem, między Ubain a Foin. Od zachodu graniczy z Marbadem i wigrichtyjską prowincją Iruwar (której zależności od Tyhmaru nie uznaje),  od południa głównie z Awrią, oraz, tylko na wąskim odcinku, z Wigrichtem, na wschodzie z Myfrem, a od północy z Dzikimi Ziemiami, tj. Skodtallskim Pogórzem (które na wielu mapach przypisywane jest Zugrawowi).



Ziemie królestwa są w większości równinne, czasami lekko pofałdowane, z niewielkimi wzniesieniami. Niekiedy krajobraz urozmaicają szare skały. Większość niewysokich gór i pagórków znajduje się w Kuentarze, północno-zachodnim Kowellu, Nemaarze i Ziemi Unnirskiej, oraz południowym Massbainie.  Krainy Rewell leżą ponad nizinami ciągnącymi się na południe od gór Baraik, ale nie tak wysoko jak ziemie Wielkiej Wyżyny. Ubain, Ballnar i Foin płyną tu szerokimi dolinami, nie napotykając większych przeszkód, mają niewielki spadek i są dość głębokie – trzeba je pokonywać promami. Mosty to rzadkość. Wpada do nich wiele lokalnych rzek i strumieni.



Rewellczycy mówią rialem. Język ten przypomina bardziej marbadzki niż myfryjski, jest bardzo śpiewny, pełen dźwięków miękkich, słów długich, wielosylabowych – ciężkich do powtórzenia. Między krainami, a nawet wewnątrz nich – występują znaczne różnice dialektowe, ale wszyscy się rozumieją. Kupcy rzadko zajeżdżają do Królestwa Rewellskiego, nie ma tu też wielu obcych, nie napotkamy w między ludźmi żadnych karłów czy elfów – mimo iż żyją tuż obok, po sąsiedzku (wśród Zugrawczyków i w górach Baraik). „Poddanych tutejszy władca ma mało – około dziesięciu milionów, z czego jedna dziesiąta wysoko urodzeni, trzy dziesiąte mieszczanie, reszta chłopi”.

Na błękitnych rewellskich proporcach wyszywa się srebrnymi nićmi lwa wspiętego, zwróconego w lewo, w otwartej koronie. Obie tylnie łapy dotykają ziemi a z otwartej paszczy wysuwa się długi ozór. Nie ma od tego odstępstw. Lew o białym umaszczeniu towarzyszy królom Rewell od samego początku – nie jest jasne czy przywędrował tutaj z ciryjskiej prakolebki, czy też wkradł się do narodowej symboliki już po ujrzeniu tych kotów na wybrzeżu. [...] Na północy królestwa i w górach Baraik wbite są grube kamienne słupy, wysokie na siedem stóp – na których rzeźbione są z każdej strony lwy, a rewelskimi zawijasami wypisane jest czyja to ziemia. Rewellczyków? Nie. Króla Rewellczyków!

„Będąc w tym czy innym mieście Środkowego Południa, nadstawiwszy ucha na rynku, w podcieniach kamienic, w arkadach i na przyświątynnych placach, wszędzie tam gdzie gromadzą się miejscowi, zwykle wiekowi, z nadmiarem wolnego czasu, by trochę pogwarzyć o prozie życia, kamieniach nerkowych i religii, wszędzie można usłyszeć narzekani: jak to się ciężko żyje Ibryjczykom pod cesarzem, jakiż to tam rygor, podatki, kary, grzywny, jakaż nieprawość, zamordyzm i nadużycia! Że pańszczyzna, że bezprawne wywłaszczenia, karne przesiedlenia – całych wsi i rodzin – wieszanie krasnoludów, palenie czarownic... prawdziwy obłęd! A prawo przestarzałe, pokrętne, słowo imperatora zaś równe słowu bożemu, znaczy się... niepodważalne! Nie to co u nas, gdzie względna swoboda... mimo że korupcja, mimo że kurestwo, nepotyzm – to jednak da się żyć. Nie to co tam! Hmmm... Ci którzy tak mówią nie byli chyba w Rewell”  Grantaran Turiz-Koll, lwurski pisarz

„Bo u nas w Rewell to tak, że wszystko na głowie króla, wszysciuchno panie! Tak, właśnie tak! Bo król to jak ojciec, ojciec tysiąca dzieci. I o wszystkie te dzieci się troska, zamartwia: płacze, gdy dzieje się im źle, cieszy sukcesami, źli kiedy rozrabiają. A jak się źli – to na całego. No, ale tatko to musi być niekiedy srogi! Musowo,  bo się go smarkacze nie będą słuchały –  a jak się nie słuchają, jak nie ma porządku, bogów poszanowania, starszych i tradycji – to się dzieje źle! Tak mój panie, tak to u nasz właśnie wygląda” Ian, chłop spod Ial Hapsi

„Rewellska monarchia tym się różni od marbadziej, wigrychtyjskiej czy szykwalckiej, że król panuje tu nad wszystkim i wszystkimi – rzecz jasna nie bezpośrednio, bo tak się nie da, ale mianuje swoich pełnomocników, namiestników, przedstawicieli, a ci odpowiadają tylko przed nim. Owszem, litera prawa się tu liczy, i się jej nie pogwałca (a przynajmniej nieczęsto i nie otwarcie), ale jest to prawo pisane tak by nie ograniczało władcy, i nie dawało sposobności do obchodzenia przepisów co bardziej przedsiębiorczym. Cechy mają tu niewiele do gadania, lokalnych rad nie ma, a coś takiego jak Wielka Rada przy dworze w ogóle nie istnieje. Można by rzec, że we wszystkich krajach Środkowego Południa rządzi moneta, a tu słowo króla droższe jak złoto. Na opak. Ma to swoje dobre i złe strony – nikt nie cacka się tu z notorycznymi złodziejami, gwałcicielami ani mordercami – wbija się ich na pal, wiesza lub ćwiartuje. Bez ceregieli. Powrót do zabronionych prawem praktyk lub ucieczka z więzienia czy kopalni równa się śmierć. I odnosi to skutek. Oczywiście kary za przewinienia popełnione pierwszy raz są łagodniejsze – to nie Ibria, ale sąd i kaci zaliczają się do tych bardziej skrupulatnych. Dzięki temu w kraju panuje spokój. Królowi łatwiej prowadzić gry z innymi tronami, może gwizdać na burzącą się szlachtę i realizować swoje cele, budować drogi, fortyfikacje, mosty. Nie ma tu rozdzielności skarbca korony i króla, wszystko należy do jednego człowieka w przyciężkim nakryciu głowy,  i to właśnie takie realia pozwalają monarsze kwestionować zarządzenia Tyhmaru, i dopominać się o wolność Paguirczyków. Słać broń palną i przyjmować uchodzących przed terrorem. Rewell jako jedyny kraj graniczący z Wigrichtem nie uznał okupacji Paguiru, ani fałszywego podniesienia jego rangi i zmiany nazwy. Co się tyczy minusów – kraj choć silny militarnie i samowystarczalny, nie może zapewnić swoim obywatelom tych wszystkich luksusów którymi cieszą się państwa wybrzeża. Ludzie posiadają za mało pieniędzy, a owe nie mają tej siły nabywczej co monety innych, choćby malutkiej Hambri. Poza tym w kopalniach zamiast wykwalifikowanych górników pracują skazańcy, a niewolnik zawsze pracuje gorzej jak człowiek wolny” Thmur Miken, uczony z Unnter Kunien, wykładowca uniwersytecki

Na srebrnej monecie rewellskiej znajduje się profil aktualnego władcy, z drugiej godło i zapisany pod nim nominał: 1, 5 lub 10. Zwie się ona tar (thaar),  jest z tak podłego kruszcu, że wydać ja trza na miejscu (gdzie indziej nikt od nas tego nie weźmie). Szlachta rozlicza się w złocie albo monetą wigrychtyjską – choć to niepatriotycznie i niesolidarnie z Paguirczykami.


Królestwo tworzy pięć prowincji. Nemaar leży w widłach Ubain i Ballnaru, tj. Białej Rzeki; jest to kraina pagórkowata, częściowo zalesiona, częściowo pokryta polami gdzie uprawia się jęczmień, proso i pszenicę. Na północy płaska, na południu jak pofalowane morze. Jest kolebką rewellskiej państwowości. To tu osiadli pierwsi Ciryjczycy, przeganiając krasnoludów i elfy, i o czym się dziś niechętnie pamięta, a co ma swoją wagę, wschodząc w bliskie związki z plemionami  nufrińskimi, przybyłymi ze wschodu. Najważniejsze miasta to Ogion, Kraimar An, Yllelaigur, Kol i Kaile Laite.

Na wschód od Namaaru, na drugim brzegu Białej Rzeki leży Ziemia Unnirska, zwana zwykle Unnirem, tj. tak samo jak miasto i zamek w jej północnej części. Jej drugi co do wielkości i znaczenia gród nosi nazwę Rill. Oba powstały na pokrasnoludzkich fundamentach. Kraina pokryta jest łagodnymi wzniesieniami, będącymi kontynuacją gór Baraik, które ciągną się przez całe południe Massbainu.

Massbain kształtem przypomina jadalną bulwę albo placek smażony w głębokim oleju – wyjąwszy południe i północ to ziemie równinne, gdzie drwale całymi wiekami robili co w ich mocy aby pola uprawne ciągnęły się aż po horyzont,  bartnicy mogli zmienić się w pasieczników, a rysie umknąć na Północ i do Awrii. Najważniejsze miasta to Sorei, Eunn, Mharaan, Szaraan, Kaen i Thion. To ostatnie od przeszło dwustu lat jest stolicą, a Kaen pełni rolę miasta królewskiego, gdzie znajduje się druga rezydencją monarchy. [...] Rewell nie ma wielu domów nauk. Choć państwo jest duże, są tu tylko trzy uniwersytety. Dlatego warto zaznaczyć że najbardziej poważany (choć nie najstarszy) jest w stolicy. Został założony przez króla Hafura II Ptasznika, w roku 1701, i znacząco przyczynił się do podniesienia rangi miasta, a pracujący tam uczeni mieli zwykle dobry wpływ na decyzje władcy, dyskretnie inspirując go do modernizacji kraju. Wszystkie wymienione miasta są otoczone murami i skanalizowane. Płynie tu wiele krętych rzek, bogatych w jadalne wodorosty i tłuste ryby, które wpadają do Foin bądź Ballnaru. W okolicy Thionu jest przeprawa osadzona na łodziach, rozbierana na zimę (w obawie przed krą). Tam gdzie ciągną się trakty, funkcjonują zazwyczaj promy i stacje wioślarzy. Gdzie ich brak, trzeba opłacać miejscowych rybaków.

Kowell to największa kraina Rewell, niewielkie lasy zachowały się w jej centrum i nad rzekami, resztę wykarczowano pod pola i pastwiska. Jest płaska bądź łagodnie pofalowana, ma dobre, ciemne gleby i gospodarzy się tu spokojnie, ze świadomością że o ile nie będzie suszy – plony winny być obfite. Jeśli nie – zmniejszy się pogłowie owiec. I tak z roku na rok. Niewielkie wzniesienia ciągną się wzdłuż północnej granicy, za którą są już niskie góry kontrolowane przez Zugrawczyków. Przygraniczne pagórki wykorzystywane są jako dogodne punkty obserwacyjne. Stoją na nich stołpy, drewniane wieże, stare balisty, trebusze i onagry. Większe miasta, posiadające sypiące się już dzisiaj mury, przestarzałe kompleksy zamkowe i zbyt wąskie kanały, to Pentie, Tregor oraz Enei Imall, Ballnamaar nieopodal Białej Rzeki, Ial Hapsi pod lasami ziem środkowych, i Oensul, leżący za Ubainem. Kruun, Oaan czy Mahar – to dawna osady służebne, wznoszone wokół ruin które dały im swe miana, role i pozycje.

Kuentar, co tłumaczy się jako kresy bądź rubież, to już w zasadzie część Skodtallskiego Pogórza. Zaledwie trzysta lat temu były to ziemie niczyje, uznawane za skrajnie niebezpieczne, zdradliwe, gdzie widywano trolle, gobliny, nocne światła i potwory. Do dziś tereny te pozostały dzikie i więcej tu zwierząt jak ludzi, zwłaszcza wilków – ale prowadzone konsekwentne osadnictwo z dziesięcioletnimi zwolnieniami od danin zmieniają ten stan rzeczy. Jest tu dużo kopalni miedzi i żelaza, ale kopacze noszą kajdany. Nie starają się o duży urobek – mimo batów jakie za to zbierają. Przez te razy często nie mogą chodzić i leżą tygodniami, a ich zdrowie ich nie jest najlepsze. [...] Wolni dymarze-odlewnicy, wprawieni w swej sztuce, pracują w pocie czoła by przetworzyć rudę na miejscu. Ciągną tu cieśle, drwale i węglarze, potasznicy i maziarze – cierpliwie ciułający thaar do thaara. Za nimi zaś panny trudniące się nierządem, gorzelnicy, medycy i kuchcikowie. Tutejsze lasy i góry przecinają prędkie nurty rzek Yllin i Foinlin, oraz górny bieg Ballnaru – płyną w głębokich dolinach, wąskimi korytami pełnymi kaskad i zdradzieckich głazów.  Źródła ich są już na Dzikich Ziemiach – a gdzie, tego dokładnie nie wiadomo. Większe miasta to Ithiell, Rellion, Dora i Mythaad, mniejsze, położone między Yllin a górnym Ballnarem, zwą się  Tro, Moribhan, Nombre, Hrae, Pair i Kenuki. Nieopodal tego ostatniego, ma swoje siedliszcze niezwykła istota, o której pisze pan Hafkir z Kol, smolny handlarz: „Dwugłowy mędrzec Kharabandal. Żyje już podobno dwieście lat, ale nie dałbym mu tyle. Wygląda na góra osiemdziesiąt, i tak chyba faktycznie jest. Duże ciało, szeroki korpus: dwie ręce, dwie nogi... dwie głowy. Jedni powiadają że to dwie istoty w jednym ciele, inni że jedna osoba o dwóch obliczach. Obie głowy mogą mówić jednocześnie, każda o czym innym. Głos mają ten sam. Są bliźniaczo podobne, poza tym że lewa nosi ślad po głębokim cięciu (nieszczęściu z młodości). Kharabandal jak się doń zajdzie, siedzi spokojnie i się nie rusza. Ponoć się postarzał, zniedołężniał, ale za młodu chodził sporo. Żyje samotnie, w pieczarze. Karmi kruki i leśne zwierzęta. Podobno zna wiele języków i umie pisać kilkoma alfabetami, dwoma rękoma jednocześnie. Zrodziła go ponoć zwykła kobieta którą zgwałciły karły, inni mówią że sama chciała, a jeszcze inni że to syn pradziadka obecnego pana na Mophirk – Terebauta. Dziewczyna urodziła samotnie, a potem przerażona porzuciła dwugłowe dziecko. Ponoć chowali go jacyś półelfowie czy Zugrawczycy, ale nikt nie wie nic pewnego – poza tym że znaleziono go w lesie. Rósł zdrowo i rozwijał się normalnie, narzekając niekiedy na krzyż. Teraz ponoć bardzo go męczy. Niekiedy mówi że jest bardzo utrudzony, i by mówić szczerze, otwarcie, prosto – tylko wtedy będzie mógł coś zaradzić. Ludzie gadają że ma dwa serca – ale to chyba  bujda. Kharabandal przeczytał wiele ksiąg, ponoć służył w świątyni gdzie zgłębiał zwoje, mapy i ryciny. Tutejsi znoszą mu jedzenie gdy proszą o poradę, błogosławieństwo bądź uleczenie, a czynią tak często [...] W herbie Kuentaru jest sowa z rozpostartymi skrzydłami, z żółtymi ślepiami. Te ptaki, zaraz po krukach, Kharabandal lubi najbardziej”.

Ren z Nagad Mard, uczony tumski, źródła cytatów – mimo wskazówek – pozostały niezidentyfikowane.

wtorek, 24 października 2017

Marbad

Marbad – duże ciryjskie królestwo na północnych krańcach Środkowego Południa, uchodzące za ostoję dawnych tradycji i ostatnią rubież cywilizacji. Pierwotnie zajmowało jedynie środkową część dzisiejszego obszaru, gdzie żyły wcześniej elfy – żyzne ziemie wyżynne i łagodne wypiętrzenia w łuku pasm Heiw Ban. W latach 660-700 puszczało z dymem górskie siedliska gobilnów, wyżynając przy tym tylu ilu się dało i niszcząc ich kryjówki. Między 700 a 711 przepędziło resztki ukrywających się w rozległych pieczarach długouchych i obsadziło przełęcze, w międzyczasie zasiedlając graniczne wzgórza na zachodzie, zwane dziś Kerwaldzkimi. Następnie poszerzyło swoje władztwo o tereny za górami, tzw. Hmir Miakon – Leśny Kraj – wielką knieję położoną między Ninten a Ubain. W latach 1341-1362 – Marbad kontrolował północne ziemie Tunnyll położone w widłach Nintien i Uialmanen, co skutkowało późniejszymi roszczeniami terytorialnymi wobec księstwa. Od zachodu graniczy z Unnter Kunien i Tunnyll, od południa z Wigrichtem, od wschodu z Rewell, a od północy z Warzarią i ziemiami Zugrawu.


Góry Heiw Ban, których nazwa ma rodowód elficki i tłumaczy się jako Skalisty Półksiężyc,  oddzielają  Marbad od wigrychtyjskich prowincji Oubissir i Iruwar, a także wyznaczają większość granicy między Menurem (Północą) a terenami rdzennie marbadzkimi – Flokurem (Zachodem) i Wysokimi Ziemiami, zwanymi też Średniogórzem. Łańcuchy Heiw Banu są równie wysokie jak szczyty Ilmaru, w najwyższych partiach składają się z nagich spękanych skał, o ostrych kształtach, pokrytych wiecznym śniegiem. Góry te usiane są głębokimi jaskiniami, w dolinach wytworzyły się płytkie jeziora, ubogie w rybę. Żyją tam irbisy, niedźwiedzie i koziorożce, orły, sępy i pomniejsze ptactwo. Gdzie w miarę płasko, idzie spotkać pojedyncze zabłąkane żubry, których dawniej w sąsiednich Wysokich Ziemiach było pełno. Teraz duże stada spotkać można tylko w gęstwinie Hmir Miakonu, albo na północnym brzegu Nintien. Na Wysokich Ziemiach i w Menurze żyją w pokaźnej ilości rysie, żbiki i wilki, a także do dziś nieprzetrzebione jelenie olbrzymie, pręgowane i północne.
Największą rzeką Marbadu jest Uialmanen, która płynie ze wschodu na zachód i wpada do Nintien, już na terytorium Księstwa Tunnyll. Zasila ją wiele lokalnych rzek. Płyną szybkim nurtem, w głębokich, krętych dolinach pośród skał i głazów, gdzie zawsze można natknąć się na jakieś osady, siedliska leśnych robotników, bartników i hodowców owiec. Krzepcy wioślarze dopłyną Uialmanen aż do miasta Berie, ale dalej wiosłować się nie da. Tamtejszy wysoki próg stanowi wyraźną granicę między nurtem górnym a środkowym. W gęstwinie Hmir Miakonu bierze swój początek wiele rzek i rzeczułek które wpadają do granicznych wód Niniten i Ubain, ale nie są znane dokładnie ich przebiegi ani źródła. W części środkowej, na zachodzie i południu, Marbadczycy wznieśli wiele miast i miasteczek, niewielkich wprawdzie, niekiedy złożonych zaledwie kilkunastu uliczek, rynku i niskich murów z sypiącymi się basztami – ale jednak miast, gdzie można znaleźć gospodę, łaźnię, medyka i balwierza, połatać ubranie, zamówić nowe buty, dobrze zjeść, a także zasięgnąć informacji. Również w bibliotece, gdzie za niewielką opłatą pozwolą nam przejrzeć mapy, zajrzeć do leksykonów, przewodników – a także wskażą inne osoby poszukujące wiedzy.


„Marbad nie jest bogaty, mimo że ma po temu możliwości. [...] Wiele wioskowych dzieci – niezależnie od płci – mrze w młodym wieku, nie doświadczając zbawiennego dotyku medyka ani uroku wolnej od zaduchu, czystej izby. W miastach jest nieco lepiej, ale tam z kolei łatwiej o kontakt z zarażonymi gruźlicą, trądem czy parchami. [...] Marbadki szybko się starzeją, dziesiątki ciąż, trudne porody oraz ogrom prac gospodarskich – dają im we znaki, niewylewający za kołnierz, harujący dwakroć i trzykroć ciężej mężczyźni, dniami i nocami – także nie należą do długowiecznych. Ich nazwiska szybko trafiają do świątynnych rejestrów.
[...] Kopalne srebra nie wydobywają tyle, ile by mogły, brakuje rąk do pracy. Cenionych przez jubilerów agatów wypatrują tylko najmłodsi, którym jeszcze nie znaleziono żadnego zajęcia. Nie wykopuję się także węgla leżącego tuż pod powierzchnią – a jeśli już, to na niewielką skalę i na uzytek własny (bo nikomu nie chce się lokalizować złóż ani organizować transportu w trudnym terenie, gdzie traków mało, nieliczne źle utrzymane, a w dodatku niebezpiezne). Jedyna praca jaka idzie tam żwawo i nieprzerwanie to wycinka Hmir Miakonu – tymczasowe osady drwali, smolarzy i tych którzy trudnią się wytwórstwem węgla drzewnego, produkcją dziegciu oraz zbiorem żywicy – mają pełne ręce roboty, robią od świtu do zmierzchu, a często też po nocy. Gryzący dym zdradza gdzie wrze robota. [...] Menurska puszcza dostarcza mocnego budulca i dobrego opału. Węgiel tylko częściowo trafia do rodzimych hut. Większość wozów jedzie do pieców zlokalizowanych w Unnter Kunien, Rewell i granicach wigrichtyjskiego Iruwaru (który tak tutaj, jak i w sąsiednich krajach ciryjskich zwany jest nadal dawnym mianem – tj. Paguirem). [...] Szacuje się że ludność Marbadu sięga połowy tego ile liczy sobie maleńka Awria, albo i mniej. [...] Przyprawy, zioła oraz medykamenty z wysp Dalekiego Południa trafiają tu rzadko, są drogie i słabej jakości” – słowa te pozostawił dla potomnych niejaki Ket, kupiec obissirski, choć jest to świadectwo bardzo subiektywne, nieco przejaskrawione – nie sposób odmówić mu racji. [...]


Herb Marbadu jest rozpoznawalny dla wszystkich, bo trwa niezmieniony od czasów najdawniejszych. Zwyczajowo nanoszony jest na kuty lokalnie oręż – który wśród amatorów dobrych mieczy cieszy się wielkim uznaniem. „Biały Gryf z wyraźnie zaznaczonymi uszami, wspięty, zwrócony w lewo, z rozwartym dziobem z którego wystaje szary jęzor; z szarymi pazurami – malowany na ciemnozielonym tle” – był symbolem pierwszego rodu który osiadł nad Uialmanen, a potem także kolejnych i całego kraju.
Dewizą Marbadu jest butne zdanie zaczerpnięte ze Świętej Księgi proroka Kanakara: „rozumem lub siłą, wedle naszej woli”. Wiele mówi to o harcie ducha tutejszych Cirów którzy nie ulegli nigdy najazdom warzarskim jeźdźców i krwawo rozprawiali się z Wigrychtczykami, chcącymi rozszerzyć granice Kerwaldu. Wyjąwszy rzezie elfów i goblinów – które ciężko uznać za honorowe – ze wszelkimi innymi zatargami  radzili sobie mężnie.

W królestwie zapłacimy srebrnymi bukrusami, jest to niewielka, lekka moneta o znikomej wartości, z domieszką innych metali. Dużo chętniej przyjmują tutaj złoto i unnterkuńskie cediry. W codziennych zakupach rozliczymy się drobnymi monetami żelaznymi i z cyny.
W kraju dominują rdzenni Ciryjczycy, obcych tu niewiele, nie są mile widziani, na Zachodzie i w miastach Wysokich Ziem można spotkać wynaradawiających się Warzarów, którzy porzucili dawne życie, a także wigrichtyjskich kupców. Kiedyś w Marbadzie żyły niewielkie społeczności krasnoludzkie, ale zostały wymordowane w czasie kilku ogólnokrajowych pogromów (1322-1467), ci którzy uszli z nich z życiem, schronili się w Kerwaldzie i górach Hofkig.

 
Królestwo dzieli się na trzy części, niżej wymieniam je wraz z najważniejszymi miastami, pomijając osady bez praw miejskich, bądź te które je utraciły:
Flokur. Na jego terenie, na południu, znajduje się dawna stolica – gród wież, jantarowy krąg: Koile, trzecie co do wielkości miasto królestwa liczące sobie dziewięć-dziesięć tysięcy mieszczan w obrębie murów, i jeszcze połowę na przedmieściach. Leży na równinie, nad niewielką rzeką – wiedzie doń kilka traktów i jeśli zapytamy – każdy wskaże nam drogę. Do większych miast Flokuru zaliczyć można Munir i Herinn nad dolnym biegiem Uialmanen, gdzie sporo się dzieje, tak we dnie jak i w nocy. Aoris i Aldar leżące blisko granicy z Tunnyll to niewielkie miasteczka, podobnie jak najdalej wysunięte na południe Kylla – ale będąc w podróży warto tam zawitać by uzupełnić zapasy.

Wysokie Ziemie (Średniogórze). To tutaj, nad środkowym Uilamanen znajduje się największe miasto Marbadu – Perenlinn („dom rzemiosł”), oraz drugie co do wielkości, a pierwsze jeśli idzie o znaczenie, położone nad górnym biegiem rzeki – Iksibirn, od przeszło czterech stuleci pełniące funkcję stolicy. Miasto ludne, ulokowane nad bezpiecznym wzniesieniu, nad trzema górskimi potokami – zapewniającymi czystą wodę i drożność staromiejskich kanałów. Na jego wielkim, kwadratowym rynku można dostać wszystko to co na wybrzeżu. [...] Inne duże miejscowości nad Uialmanen to Ussi i Berie. To drugie wyrosło nieopodal jeziora o tej samej nazwie, w którym utopiono wiele figur starych elfich bóstw, poszukiwanych przez zamożnych zbieraczy i koronowane głowy. W północnym ramieniu Heiw Banu leżą górnicze miasteczka Thaar i Bian. W części środkowej krainy, tam gdzie biją gorące źródła, założono Bloem i Brefell, a na południu, blisko złóż miedzi i srebra, wytyczono rynki Hoell, Nelle i Undir Naar. Wokół ich murów ciągną się rozprute skały, płytkie szyby kopalni i huty.

Menur to najrozleglejsza, najsłabiej zaludniona część królestwa; wyjąwszy miasteczko Trygwe, leżące nieopodal warzarskiej granicy, reszta małych miejscowości oraz tymczasowych osad drwali, smolarzy i węglarzy ciągnie się na obszarze jego południowych ziem. Stolicą Menuru jest Meoll, biją tam słone źródła z ciepła wodą, uznawane za lecznicze; z tego miasta biorą początek dwie drogi – do leżącego nieco dalej na zachód  Tunnmallu i górskiego Oksall. W połowie traktu do Oksall, odbija gościniec do Yfrinn, gdzie koordynuje się leśne prace chłopstwa i specjalistów. Podróżując przez wiele dni na wschód, mając po lewo leśne ostępy Hmir Miakonu, a po prawo ośnieżony szczyty Heiw Banu, dotrzemy do Tokun, a idąc dalej, nad granicę z dawnym Paguirem, do Till. W tym ostatnim aż ciemno od dymu, bo na leżących nieopodal leśnych polanach produkuje się węgiel dla południowego sąsiada, co daje tutejszym robotnikom pokaźny zysk. Na ścieżkach ciągnących się wzdłuż południowych granic Hmir Miakonu nie jest bezpiecznie. Często słyszy się o napaściach rabunkowych jakich dopuszczają się tutejsze bandy wyrzutków. Obozują na skraju puszczy albo w górach. Widuje się w nich ponoć elfy i istoty tak szpetne, że ludzie biorą je za potwory. Zapewne wiele w tym przesady. [...]

O pierwszych latach ludzkiego panowania nad Uialmanen, pierwszych królach i grodach pośród elfich ruin, mówi Orhestra, zwana także „Księgą lat minionych”. Opowiada o Jalanie Kiju, który poprzysiągł rządzić twardą ręka i zaprowadzić nowy ład, o budowniczych zamków i fundatorach świątyń, walkach z goblinami i wojnach toczonych z ludźmi, tych których powody dawno utonęły w pomroce dziejów. A także o Terrorze Czterorękich, który panował tu w latach 1611-1623, za panowania Jalana II, kiedy to wszem i wobec ogłoszono że od dnia śródlecia – wiosek i miast strzec będą z rozkazu króla czteroręcy, i nikomu nie wolno wychodzić po zmroku ani opuszczać murów. Nie respektujących zakazu znajdowano martwych, często potwornie okaleczonych, bez głów i rąk. [...] Nikt nie wiedział jak owi strażnicy wyglądają, ani czy ich określenie należy brać dosłownie, ale takie obrazki wielu kazały myśleć że niezależnie od tego jak się sprawy mają, lepiej pozostać w domu, pilnując ognia, a drzwi zamknąć na dodatkowy skobel. Miasta, miasteczka i wsie – wszystkie bez wyjątku – żyły w nieopisanym strachu. Nie pomagały modlitwy ani prośby słane do stolicy. Dopiero po latach wyszło na jaw że pokazowych mordów dokonywali królewscy zbrojni (których zachęcano do brutalności monetą i obietnicą przywilejów). Wszystko to miało jeden cel: chciano zasiać w ludziach strach i wymusić bierność w godzinach nocnych. Odstraszyć włamywaczy, podpalaczy, wszelkiego rodzaju hulaków i klientele zamtuzów. Królewskim siepaczom wtórowali niczego nie robiący sobie z zakazu zatwardziali bandyci, a swoje do smutnych statystyk dodawały też ataki dzikich zwierząt i wygłodniałych psów. Wyjawienie tego wywołało powszechne oburzenie, zamieszki i bunty. [...]

Mans, opiekun domu nauk z Neur – opracowanie „Środkowe Południe” z 1809 r.