sobota, 22 lipca 2017

Co jest, a czego nie ma. Magia i potwory

Na mapach rysuje się stwory przedziwne – wielogłowe, wielonożne, zębate – których ciała łączą w sobie cechy różnych znanych nam zwierząt, wyglądające niekiedy tak, jakby ktoś rozczłonkował, a potem przypadkowo połączył ze sobą kilka całkiem odmiennych bestii – futrzastych, pierzastych i tych pokrytych łuską. Pilnują skarbów, strzegą tajemnic albo polują pośród nieznanych nam jeszcze krain – ludzka pomysłowość przypisuje im różne role, widujemy je w herbach miast, znakach rodowych, na kartach świętych ksiąg. Pojawiają się w opowieściach ludzi morza i kapłanów, mężów uznawanych za prawdomównych, i tych o wątpliwej reputacji... ale czy ktoś tak naprawdę – na jawie – ktoś widział kiedyś te stworzenia, tak, że inni z nim będący, też mogli je oglądać? Dajmy na to, takiego gryfa? (Pół lwa, pół orła). Skrzydlatego konia, jednorożca, morskiego rumaka? Smoka z trzema głowami ziejącego ogniem, nadnaturalnych rozmiarów, albo kobietę-wodniczkę, co to zamiast nóg ma rybi ogon, która nie śmierdzi i potrafi być ponętna? Czy też inne tego typu maszkarony?
Nie opłynęliśmy jeszcze całego globu, wiele wciąż nas zaskakuje – uczeni zapełniają księgi obrazami niezwykłych, barwnych ptaków, nowymi odmianami jaszczurów, krabów i ślimaków, trafiają w nasze ręce czaszki stworzeń co najmniej dziwnych, nieco zagadkowych – ale wszystkie one przypominają już znane nam zwierzęta. Owszem, są różne odmienności... ale pewnych rzeczy w naturze się nie spotyka. Czy ośmionogi koń mogły biegać? Rodzą się czasem cielęta z dodatkową parą głów, z podwójnymi pyskami – widywano dwugłowe żółwie, dwugłowe węże i małe smoki... ale stworzenia te nie były nigdy silne, sprawne, ani złowieszcze, i żyły na ogół dzięki życzliwości ludzi, nie zawsze długo. Nie tworzą one osobnych rodzajów, nie ma takich ras. Poza tym jak połączyć orła z lwem? Człowieka z ptakiem? Ciemny lud może w to sobie wierzyć, ale wszystkim tym którzy umieją czytać – nie wypada. Podobnie jak w duchy domowego obejścia, mściwe zjawy i dusiołki. Może i można pomylić chochlika z jakimś małym człowieczkiem, bo to faktycznie niekiedy podobne, ale przecież one nie gadają. Wódka sprawia że widzimy rzeczy których nie ma – jak mówi krasnoludzkie porzekadło, a od siebie jeszcze dodam, że i szaleństwo takie stany powoduje, strach i zmęczenie.
Ludzie często mylą się w swych osądach, błądzą, święcie wierząc że jest inaczej, klną się przy tym na matki i bogów, przysięgają z prawicą na sercu... nie mając zupełnie świadomości jak wielkie plotą dyrdymały. Kiedyś po wsiach często mówiono że nocą przychodzą elfy, kradną dzieci i zamieniają na swoje. Po setkach lat, kiedy nie ma już prawie elfów między nami, nadal znajdywani są „odmieńcy” a rodzice zarzekają się że ich dziecko nie jest ich.

Cóż, ludzie sami wymyślają bogów w których pragną wierzyć, potwory których będą bać i rytuału które mają zjednać im przychylność pierwszych i łaskawość drugich.

Od rytuałów wzięła się właśnie tzw. magia żywiołów, i ludowe postrzeganie wiedzy tajemnej, bo i owszem – zawsze chodzili po ziemi tacy których dotyk uśmierzał ból i sprawiał że połamane gnaty łatwiej się zrastały, jawnie i niejawnie działali ci, którzy umieli wpływać na słabsze umysły, czytać ich myśli, widywano ludzi zdolnych przesuwać oddalone przedmioty, samą siłą woli, unosić się w powietrzu, śnić o tym co było i będzie – jednak żaden z nich nigdy nie ciskał z rąk płonącymi kulami, skrzącymi gromami, soplami lodu, ani nie sprowadzał wichur czy deszczy. Nie zmieniał ludzi w potwory, nie tworzył ze szmaty do podłogi dworskiego odzienia ani wina z wody. Owszem, pewni ludzie umieją sprawić że innym, nie tylko jednostkom, ale i całym grupom – stają przed oczami obrazy których faktycznie nie ma, i stąd pewnie biorą się powyższe opinie, ale to tylko iluzje. Sztuczki.

Pomiędzy ludową opowieścią, snutą dziecku przy ognisku, albo między pijakami w karczmie, wrodzonym darem a przypadkowym kaprysem bogów – istnieję ścisły, nie zawsze uchwytny związek. Efryjczycy twierdzą że świat zrodził się ze słów wypowiedzianych u zarania dziejów przez ichniego boga, przedwiecznego starca bez twarzy... skoro tak było na początku, nie dziwnym że i dziś jest tak samo. Ot, potęga słowa.

Ytan z Perenlinnu

środa, 19 lipca 2017

Czemu ludzie osiedli na południu Kulinu, i dlaczego popłynęli na Run

To co było jasne dla naszych przodków, doświadczających trudów morskich podróży, długich marszów,  borykających się z zimnem, głodem i chorobami – dla nas, ich spadkobierców, stało się tematem zażartych dyskusji mnożących pytania i nierzadko kierujących się ku błędnym teoriom. O ile uczeni byli w stanie prowadzić swoje dociekania w zgodzie z rozumem, to już reszta doszukiwała się w przeszłości zdarzeń bliższych magii, mitom i legendom, co zaowocowało w końcu przekonaniem o istnieniu Południowego Kontynentu, wizji na tyle atrakcyjnej, iż  uwiodła także wielu mędrców, na ogół nieczułych na tego typu sensacje, którzy poświecili całe lata na udowodnienie, że archipelagi Dalekiego Południa to pozostałości naszej prakolebki. W zarośniętych wzniesieniach chcieli widzieć szczyty gór, pod którymi rozciągały się rozległe miasta, pomniki dawnej świetności, mimo tysiącleci, cały czas miały tam czekać na swych odkrywców, zagrzebane w piasku i skrywane przez głębiny. Niektórzy stracili na te ustalenia całe życie.
Między prostym ludem, ale i na dworach, powszechne były opowieści o królestwach wilków, trolli i goblinów, jakie miały rozciągać się w głębi lądu, o krajach rządzonych przez magów i kapryśne bóstwa, tajemniczy wieżach, kręgach i zamkach z których się nie wraca – to jednak tylko opowieści. Gdyby wierzyć ich słowom, Kulin musiałby być miejscem magicznym – nic jednak po jednorożcach ani gigantach nie pozostało, a i dziś dwugłowe smoki widuje się nie częściej jak dwugłowe kozy czy owce.

Co zadecydowało o tym, że Wielki Kontynent* jest najgęściej zaludniony tylko w swej niewielkiej, południowej części? Czemu od tysiącleci najchętniej zasiedlano obszar Środkowego Południa oraz ujścia trzech rzek Południowego-Wschodu: Bawru, Ijakuru i Ksiegu, resztę krain pozostawiając samym sobie, w stanie dzikim, bądź interesując się nimi w stopniu nieznacznym?
Aby w pełni wyjaśnić co miało na to wpływ, gdzie tkwi tajemnica magnetyzmu akurat tych ziem, potrzebujemy porządnej mapy, takiej z prawidłowo naniesionymi ciekami wodnymi i w miarę dokładnie nakreślonymi górami – dobrze by było ażeby czytelnik ją sobie teraz rozwinął.


Po pierwsze, Kulin jest bardzo górzysty, poza południowym wybrzeżem, warzarskimi stepami i Ziemiami Północno-Zachodnimi, w krajobrazie dominują góry oraz pagórkowate wyżyny. Co więcej. na obszarze tzw. Bliskiej Północy zbiory udają się dużo gorzej, a o uprawie niektórych owoców nie może być mowy (choć rośnie tam też wiele takich których na Południu się nie uświadczy). Z trzech znanych nam kontynentów – Kulin ma najmniej równin, najrozleglejsze, najżyźniejsze tereny, takie których nie trzeba było karczować, bądź które przygotowały już wcześniej elfy i krasnoludy – znajdują się właśnie tam.


 Druga ważna kwestia: kiedy nie znamy terenu, kiedy brak traktów a gęste puszcze uniemożliwiają szersze spojrzenie, wtedy głębokie leniwe rzeki stają pierwszymi szlakami.
Zarówno w Środkowym Południu, Hatlanie jak i na obszarze nieistniejącej już Cinubrii takowe były i płyną po dziś dzień. Tam najłatwiej zakładać porty, budować osady, prowadzić handel. Woda to życie – jak mawiał Zsur, styriakirski filozof.
[...]
Hatlańczycy są znacznie mniej liczni niż ludy Środkowego Południa czy mieszkańcy Imperium Ibryjskiego, mimo iż władają rozległymi terenami, nie zbudowali wielu miast i nie pływają na Zielone Wyspy. Czemu poradzili sobie gorzej niż sąsiedzi? W Hatlanie żyło niegdyś sporo goblinów, a nim elfy zdążyły zagospodarować te ziemie jak trzeba (tak jak to uczyniły między Nintien a Sanem) – wymarły w wyniku zarazy przywleczonej przez naszych przodków, zatem nie było nawet co kraść ani czego zajmować. Ciryjczycy zastali martwe wioski. Między innymi w wyniku pomoru, który wyprzedził większość konfrontacji, tereny dzisiejszego  Hatlanu cieszyły się złą sławą. Teraz, po upływie setek lat, kiedy wybito już wszystkich gadziopyskich, kiedy można by swobodnie zaludniać południowo-zachodnie rubieże, nadal nie jest to czynione na właściwą skalę: samych Hatlańczyków jest zbyt mało, a ich elity nie chcą wpuszczać obcych, poza tym stale borykają się z Warzarami.
[...]
Jeśli rozpatrzyliśmy już dokładnie problemy rozrastającego się bez opamiętania Hatlanu, warto zastanowić się chwilę także nad Ibryjczykami, którzy niemalże od początku pozostają nieco w tyle za osiągnięciami Środkowego Południa, i długo jeszcze nie będą w stanie dotrzymać mu kroku. [...] Nim na tereny między Sanem a Yssthoreą przybyli ludzie, były tam bagna i ogromna gęstwina. Elfy określały ten obszar Krajem Wschodniej Puszczy i poza garstką miejscowych plemion, nie szło tam  napotkać nikogo. Można było kluczyć tygodniami i nie spotkać nawet śladu innego wędrowca. Puszcza stanowiła naturalną barierę między ziemiami karłów i elfów a ludami Południowego-Wschodu. Pierwsze plemiona nufrińskie, nim się zjednoczyły i stały się Ibryjczykami, miał pełne ręce roboty – lasy karczowano i wypalano przez całe wieki, pokolenia pracowały w poczcie czoła, w pełnym słońcu, wiedząc że ich wysiłki przyniosą korzyść dopiero dzieciom i wnukom. Niemałe trudności sprawiało też osuszanie bagien. Wszystko to czyniono w okresie stałego zagrożenia ze strony wschodnich sąsiadów, najeżdżających ich wioski nawet z odległego Aszharu. Najazdy te nasiliły się kiedy Ibryjczycy zaczęli się bogacić, zdobywać bydło i uprawiać ziemię na większą skalę. Mieli więc zdecydowanie trudniejszy start, a późniejszy rozrost kraju, aż do stanu obecnego – także sprawił że kierowały nimi odmienne priorytety. W przeciwieństwie do Ciryjczyków i Brusów ze Środkowego Południa, nie przyszli na gotowe, i zamiast handlu, rzemiosła oraz rynku zbytków, musieli kłaść nacisk na rozwój militarny oraz kwestie podstawowe. Dzięki temu jednak zawojowali nie tylko swych prześladowców, ale też wszystkie ziemie aż po Góry Wschodnie i Horan. Obecnie, tak jak od stuleci, cesarstwo obciążają duże wydatki na wojsko i administrację, przez co nie ma dostatecznych środków by roztoczyć mecenat nad ludźmi sztuki i nauki, adekwatny do ich zdolności oraz potrzeb. Dlatego ci podróżują za San, gdzie jeśli są sprawni w swym rzemiośle mogą liczyć na wiele.
[...]
Na Run popchnęła ludzi wizja bogactwa, dowiedziawszy się o głębokich skarbcach, misternie zdobionych świątyniach i pełnych spichrzach, zapragnęli je zdobyć – doświadczenia z Kulinu przekonały ich że jest to osiągalne, i nie trzeba po temu wielkich nakładów siły. Już wówczas dochodziło do wielu zatargów między niedawno osiadłymi a stale przybywającymi pobratymcami, i wychodzono z założenia że w obliczu takich obiecujących perspektyw, błędem byłoby rozlewać bratnią krew. [...] Mimo iż to co zastali odbiegało od tego o czym słyszeli, bardziej opłacało się zapuścić korzenie niż wracać, zwłaszcza że warunki były podobne. Kolonizacje prowadzono z iście obłąkańczym zapałem. Trupy spływały rzekami jak pnie drzew. Krasnoludy były tu zdecydowanie liczniejsze jak na Kulinie, a elfy nie pierzchały tchórzliwie. Trudności jednak nie zniechęciły ludzi. Popłynąć hen za morze, ku nieznanym ziemiom, i walczyć przeciwko karłom i długouchym? Wiele rodów napawało to dumą. Bród i choroby jakie przywieźli, pomogły im równie mocno jak odwaga granicząca z szaleństwem. A potem, kiedy zajęli te wsie i miasta których nie puścili z dymem, zapanował okres względnego spokoju.
[...]
Tytuł tego artykułu zapożyczyłem z kroniki Iana z Tinwin Og, żyjącego na przełomie piętnastego i szesnastego stulecia duchownego, doradcy władcy Marbadu – Anara. Nim trafił na jego dwór, gdzie całymi dniami pisał swoje dzieło, pobierał nauki w rodzinnym Balleurze, a potem na dwadzieścia trzy lata osiadł w Kelfi, gdzie uzupełniał wiedzę. W swoich zapiskach wiele miejsca poświęcił czasom najdawniejszym, konsultując się z elfami które kierowały jego dociekania na właściwe tory. Myśli zmieszczone w tekście pochodzą z ksiąg jego i jego uczniów.

Agar z Hoell

* Mieszkańcy Runu nazywają Kulin „Wielkim Kontynentem” – w porównaniu z Runem, faktycznie jest ogromny.


niedziela, 16 lipca 2017

Południowy Kontynent

Gdzie się człowiek nie ruszy, czy to będzie kraj biedny, czy bogaty, niezależnie od tego czy zatrzyma się na dworze pośród ludzi bywałych w świecie, światłych, czy też będzie gawędził w karczmie, z miejscowymi moczymordami, wszędzie usłyszy tę legendę: historię wielkiego kontynentu* który przed tysiącleciami zatonął pośród fal Teritallu: jedne opowieści twierdzą, że zaszło to w ciągu kilku dni, a zdarzenie poprzedzały eksplozje gór i trzęsienia, inne, że pogrążał się w odmętach powoli, w ciągu wielu setek lat,  tak iż kolejne pokolenia porównywały co zostało z ziem ich ojców, i stopniowo opuszczały jego brzegi, kierując się ku niezamieszkałym ongiś lądom, ku zatokom Kulinu i ujściom rzek Południowego Efru, wówczas jeszcze żyznego i zielonego. Świadectw jest tak dużo, że nie można traktować ich jak ludowych opowieści o olbrzymach, syrenach czy kilkugłowych smokach. Co z tego wszystkiego jest jednak prawdą? Oraz czy opowieści mówią o jednym kontynencie, wielkiej wyspie, czy też kilku lądach – które spotkał ten sam los, niekoniecznie w tym samym czasie? Kolejne świadectwa mnożą znaki zapytania. 


Wedle opinii wielu badaczy, Zatopionego Kontynentu należy szukać na obszarze archipelagów Dalekiego Południa, mają być jego pozostałościami, a potwierdzać się to zdają, prócz słów starców i materiałów pisanych, również ruiny świątyń, zagadkowych murów, placów i dróg. Ich zarośnięte ruiny znajdujemy w głębi puszczy. Rozsadzają je korzenie, a półmrok wielkich drzew czyni niewidocznymi dla niewprawnego oka. Są kompletnie zapomniane i powoli znikają; przykryte ziemią i warstwami gnijących liści, kruszeją bez niczyjej wiedzy, a jeśli jest inaczej, jeśli się o nich pamięta – nierzadko uważane są za przeklęte, za miejsca gdzie nie wolno chodzić, skąd wraca się odmienionym, nawet jeśli świadomość tej odmiany przychodzi dopiero po dłuższym czasie. Resztki budowli znajdujemy także na plażach i w płytkich zatokach. Nawet na wpół zagrzebane w piasku, pokryte muszlami, robią wrażenie, a śmiejące się z dna obtłuczone lica prastarych bogów, królów i ich dzieci, intrygują rysami przypominającymi nasze.
Mimo że wszystko zdaje się przesądzać za prawdziwością przekazów dotyczących zatonięcia kontynentu, warto mieć na uwadze że ludzie lubią wyolbrzymiać zasłyszane historie, te zaś przez lata się zmieniają, a wszystkie pozostałości dawnych budowli, wykorzystywane teraz przez mieszkańców wysp inaczej, przebudowywane wedle lokalnego gustu i potrzeb – nie muszą być wcale tak stare jak się powszechnie utrzymuje. Nie sposób oszacować ile naprawdę mają lat. Niektóre posiadają inskrypcje, które mogłyby coś powiedzieć – ale nie umiemy ich odczytać, poza tym że kompletnie obce, są pokiereszowane i niekompletne. Zielsko pleni się na Dalekim Południu na potęgę, a wichury są tu kilkukrotnie silniejsze niż te znane w naszych stronach – natura ich nie oszczędza. Sporo ruin leży na dnie, co może sugerować, że albo kiedyś wyspy były bardziej wypiętrzone, albo też doszło do podniesienia się poziomu wód. Obie możliwości brzmią bardzo atrakcyjne w uszach zwolenników teorii zatopionego kontynentu, ale nie stanowi to dowodu na to, że kiedyś był tu jeden rozległy ląd. W północnej części Tsiroe Alm znajdziemy znacznie więcej pozostałości po dawnych mieszkańcach niż na południu. (Na wyspach najbliższych Południowym Rubieżom nie ma ich prawie wcale). To skłania do zastanowienia się czy tak rozwinięta społeczność nie powinna zagospodarować równomiernie całego terenu? (Zwłaszcza jeśli wyspy były kiedyś rzekomo połączone). Niektóre scenariusze sugerują jednak, że cywilizacja kwitła tylko w części północnej, gdyż tylko tam było to możliwe.
[...]
Feherie Is Zira – wykładowcę orizkiego Uniwersytetu Insigh, Haar Burzana – bruskiego badacza i metalurga, Turn Bur Kohomira z Marbadu – kronikarza oraz poetę, półelfa Triso Elm – doradcę wielu koronowanych głów, mędrca, Manhira – wypychacza ptaków i znamienitego rysownika, a także Kolina z Firsin, królewskiego kartografa – wszystkich łączyło jedno, niezależnie od specjalizacji, wyuczonego zawodu, i przekonań religijnych, uważali że Południowy Kontynent był kolebką ludzkości, w czasach, kiedy wszystkie rasy rozumne były do siebie podobne. Zsir, Burzan, Kohomir, Elm, Manhir, Kolin i wielu innych, włączając w to pokaźne rzesze gnomów, byli o tym święcie przekonani. Zapisali tysiące stron, drukowali swe dzieła w dziesiątkach egzemplarzy oraz przemawiali publicznie, na uczelniach, w domach nauk, świątyniach, wierząc, że wiedza o wspólnych korzeniach i utraconym dziedzictwie może przynieść kres lokalnym waśniom, zaprowadzić pokój między możnych i skłaniać do wypracowania nowych standardów, uspokoić politykę.
[...]
Tak kiedyś jak i dziś, legendy zapładniają umysły różnych ludzi, bywa, że wychodzi z tego coś dobrego. Nakłaniają do rozważań, bacznych analiz i zmiany myślenia, ale też do praktyk co najmniej zaskakujących. Cóż mam na myśli? „Dowody spoczywają w mulistym dnie Teritallu” – rzekł swego czasu Manhir, zaraz potem dodając z rezygnacją, iż nigdy do nich nie dotrzemy. A może nie? Słyszy się coraz częściej że gnomy konstruują nieprzemakalne skafandry w których opuszczają się w głębiny, podobne do tych z jakich korzystają w swoich hutach, w obawie przed poparzeniem. Póki co robią to w jeziorach i w szybach zatopionych kopalń... ale skoro im się udaje... czyż na morzu nie jednym problemem będzie długość rury?
[...]
Jeśli uznać to o czym teraz czytasz za prawdę, to czy Run, albo Kulin, póki co wolne od tego typu obaw – mogą kiedyś zacząć tonąć, albo zapadać się pod ziemię? Czy istnieje zagrożenie dla świata który znamy? Czas pokaże, ale badając przeszłość, możemy przygotować się na przyszłość, rozpatrzyć różne scenariusze, przygotować się. Jak wiemy, historia lubi się powtarzać.

J.R.


* Wielki Kontynent, zwany jest też Kontynentem Południowym lub Wielką Wyspą; każdy lud ma nań swoje określenie, wrośnięte w lokalną kulturę i wierzenia, ale w pracach naukowych stosowane są one wymiennie.

sobota, 15 lipca 2017

Cinubria

Cinubria, właściwie Wielkie Państwo Cin (Ksin), ogromne imperium Starej Ery we wschodniej części Południowego Wybrzeża, istniejące z przerwami w latach 1400-341.

Nazwa pod którą znamy je w Środkowym Południu i na Runie wynika z maniery dawnych tłumaczy, nie zaś błędnego odczytania znaków, jak twierdzi się w niektórych opracowaniach. Końcówka „-ubria” znaczy w starociryjskim i zbliżonym doń podówczas staronufrińskim przestrzeń, jest to więc dookreślenie, doprecyzowanie,  czym owe Ksin jest. (Zjawisko typowe dla dawnych form tych języków). Pamięć o wielkim imperium Południowego-Wschodu przetrwała w naszych księgach pod tym mianem, i dziś jest to już część formalnej terminologii traktującej o historii tamtych ziem. Nieliczne krasnoludzkie plemiona z Północy, które sąsiadowały z Cinubrią, nazywały ją w swoich pismach Państwem Południowym lub Ksien.


Wedle pism jakie dotrwały do naszych czasów, Cinubria zaczęła swój historyczny byt w roku 1400, kiedy to doszło do zjednoczenia siedmiu królestw Południowego-Wschodu, leżących na terenie obecnego Aszharu, Neuwy i Ihil. Jej stolicę przenoszono kilkakrotnie, ale ostatecznie te honory spłynęły na Aar, początkowo przeciętną twierdze na pograniczu ihilsko-aszharskim, wzniesioną nad wysokim brzegiem rzeki Bawr. W ciągu dwudziestu lat została rozbudowana, a u jej stóp wyrosło miasto z prawdziwego zdarzenia, z kanalizacją, wykładanymi kamiennymi płytami ulicami, reprezentacyjnymi pałacami i świątyniami – pełne piętrowych domów, kupieckich składów, bud, warsztatów, jadłodajni, domów uciech. Z lampionami oświetlającymi ulice. Potem miał miejsce kilkudniowy pożar, który nie zaszkodził jednak znacząco większości miasta, i rozbudowę kontynuowano. Poszerzono główne ulice, część drewnianej zabudowy zamieniono na murowaną. Pod twierdzą założono ogrody. Urządzono w nich brukowane alejki i zasadzono żółtolistne drzewa oraz rozłożyste krzewy z wybrzeża, wykopane niecki powoli napełniano wodą. Po kilku latach w  trzech wielkich stawach żyły niezliczone rzesze sumów, pomarańczowych ryb i żółwi, zaś po jego tafli pływało pstrokate ptactwo wodne. Wszystko to trwało by pewnie po dziś dzień, gdyby nie fakt iż po rozpadzie imperium, bogate Aar stał się miastem spornym. Bardzo ucierpiało w czasie walk i późniejszego plądrowania, zrezygnowani mieszczanie w popłochu uchodzili w swe rodzinne strony, oddając się w opiekę nowym panom. Kiedy miasto opustoszało, niekonserwowane, wypalone budynki zaczynały popadać w ruinę. To co ocalało z pożarów i nie zapadło się pod swoim ciężarem, trwa po dziś dzień. Wiele cegieł i kamieni dostarczyło budulca dziesiątkom ihilskich miast i osad. Dzisiejsze ruiny Aar to przede wszystkim twierdza na wzniesieniu, kikuty murów i samotne ściany.

Po raz pierwszy zjednoczone siedem królestw upadło w roku 1208. Osłabiony wiekiem władca z Aar, nie mógł zapanować nad rozległym obszarem jakie obejmowało jego państwo, podówczas największe na świecie. Chaos trwał kilka lat, a dawne prowincje pośpiesznie deklarowały niezależność i wracały do porzuconych przez przodków symboli. Mimo wielu trudów, dziesiątek tragicznych oblężeń i morza krwi, państwo zostało ponownie scalone w roku 1199 dzięki wysiłkom Undżena, byłego generała wojsk cesarskich, który następnie zapoczątkował dynastie zasiadającą na tronie przez cztery stulecia. Po raz drugi w historii przestało istnieć w roku 400, kiedy to „bratnie narody”, tak jak to już drzewiej bywało, zaczęły skakać sobie do gardeł. Odżyły dawne animozję, uszczelniono granice między prowincjami, a niektóre z nich deklarowały suwerenność; porządek zakłócony zamachem stanu został przywrócony zimą następnego roku. Niektórzy historycy traktują te wydarzenia wyłącznie jako wojnę domową,  dodatkowo ocenianą jako niezbyt krwawą i mało zaciekłą. Ostateczny upadek miał przyjść pięćdziesiąt dziewięć zim później. Kraj osłabiony serią najazdów, którego prowincje mniej lub bardziej dążyły do samodzielności – przestał istnieć.

Przez przeszło tysiąc lat Wielkie Państwo Cin jednoczyło różne ludy, od koczowników aszharskich stepów po dobrze zorganizowanych Neuwczyków, prawie wszystkie ludzkie plemiona jakie żyły tu przed pojawieniem się jasnoskórych: te niepiśmienne i obdarzone kilkoma systemami znaków, o oczach skośnych i skórze spieczonej słońcem, liczne, niewielkie, bitne i pokojowe. Dziś jego pamięć jest wciąż żywa, a okres wspólnej państwowości, choć  nie zawsze faktycznie miły dla poszczególnych narodów – idealizowany.
[...]
Gdzieś na terenie Cinubrii, na wzniesieniu, istniało miasto Ku Tan, sławne dzięki wiszącym platformom i wielopoziomowym tarasom. Funkcjonowała tam sekretna szkoła Ai-den, której członkowie podobnież potrafili stawać się niewidzialni, a także latać. Używali sytemu ciosów nazywanych przez ludzi spoza ich kręgu dotykiem duchów, przez nich samych Heguri Uri (ciosami Heguri). Ich dawny mistrz, ów Heguri (Cicha Góra), to postać niemalże legendarna. Wiadomo że był mistrzem walki wręcz, ponoć magiem, przypisywano mu umiejętność wpływania na umysły zwierząt i ludzi. Dożył późnej starości niewiele jedząc, godzinami dumał na deszczu i ćwiczył kreślenie znaków, uznawany był za mędrca. Sam wybierał uczniów, zdolnych i zdeterminowanych, którzy wiele razy zmieniali bieg dziejów w tej części świata, zwykle działając z ukrycia, pokątnie, mordując lub zmuszając do poddania się własnej woli.
Wojownicy szkoleni w duchu nauk Heguri walczyli różnorakim orężem, takim które można łatwo ukryć w dłoni jak i ciężkimi cepami, wszystkim co było pod ręką; strzelali z kusz, truli, podrzynali gardła. Nie cofali się przed niczym, a im więcej dusz mieli na sumieniu, tym wyższa pozycje wśród współbraci i szerszy dostęp do wiedzy ze zwojów zapisanych ręką mistrza, zwanych Keda (wiedza).

Dziś wojownicy Ai-den oficjalnie już nie istnieją, jednak spotyka się ludzi posiadających ich umiejętności – stąd też część Neuwczyków uważa że sztuki te przetrwały i są przekazywane tajemnej grupie będącej spadkobiercami wąskiego kręgu uczniów Heguri, bądź z ojca na syna.

piątek, 14 lipca 2017

O goblinach na Kulinie

Na Południu, goblinów już się nie spotyka, w ciryjskich i bruskich państwach nie ma ich w ogóle: leśne jary, wąwozy, górskie doliny i jaskinie... od dawna nie są dlań domem; rzadko to bywa, ale niekiedy, można je jeszcze zobaczyć na targach, kiedy święto lub dzień handlowy, siedzą wtedy klatkach, skulone, prawie bez życia, słabe i kalekie, wystawiane ku uciesze gawiedzi przez marynarzy i sztukmistrzów. Dziś straszy się już nimi jedynie dzieci, a nienawykli do ksiąg powątpiewają czy w ogóle jeszcze istnieją. Istnieją. Na północy Ibrii, w górach Isentar i w najdalszych prowincjach wschodnich, blisko ziem Kchmurów, widuje się pojedyncze osobniki lub kilkuosobowe grupy, ubabrane sadzą, w kompletnym rynsztunku łowieckim, ale trzeba mieć szczęście i dobre oko. Można się na nie natknąć także w zachodnim Hatlanie, ale boją się ludzi i czmychają gdy tylko usłyszą konie, z ziem Kazarów odeszły same, niektóre żyją między Fenami; poza tym grasują w Hrollnairdzie i Hure, a na Ziemiach Północno-Zachodnich, w Urzie i Wschodnich Wybrzeżach jest ich na tyle dużo, że stanowią realne zagrożenie dla śmiałków zapędzających się w te obszary. Przełażą przez góry do elfów w poszukiwaniu zdobyczy, ale tam mordowane są bez litości. Elfy same wchodzą na ich terytoria, by palić namioty i zabijać młode, i tym samym zapobiegać najściom, a żyjący po sąsiedzku Zugrawczycy strzelają do nich z arkebuzów. Tak więc nie jest łatwo być dzisiaj goblinem.


Trochę ich jest. Wprawdzie nie tyle co dawnymi czasy, ale i nie mało. Kiedyś miały swoje stałe i tymczasowe siedziby na terenie całego kontynentu, o czym świadczą kamienne kręgi, kurhany i ołtarze, tradycyjnie łączone z tą prymitywna nacją. Nie ma wprawdzie pewności że wszystko to ich dzieła, ale wiele na to wskazuje (począwszy od skali przedsięwzięcia, a na zawartości grobów kończąc). Możliwe że wykorzystywały święte miejsca innych, starszych istot. Tego nie wiemy, ale z racji braku przekonujących pozostałości po takowych, wielu to wyklucza.

 Dzisiejsze gobliny, tak jak i ich przodkowie, są niewielkie, brzydkie oraz zwinne, mają oliwkowozieloną lub brunatną cerę, najczęściej wybrudzoną sadzą bądź roślinnymi barwnikami, uszy większe jak u elfów, a lica beznose, o czarnych oczach – budzą lęk już samym wyglądem. Wyjątkowo zdegenerowane osobniki mają po sześć palców. Tradycyjnie spiłowują sobie zęby, by miały ostry kształt – co potęguje demoniczny wygląd. Nanoszą na twarze, ręce i torsy ciemne barwniki; robią to z reguły na czas polowań, świąt, bądź kiedy rywalizują z innymi grupami. Nie są to przypadkowe wzory, ale ściśle określony kod, który powtarza się u konkretnych plemion i rodów, przez pokolenia, i tylko przez nie jest rozumiany.
Choć powalają ich nasze choroby (co na równi z siłą miecza przyczyniło się do ich eksterminacji na wybrzeżach Południa), potrafią przetrwać ciężki mróz i śnieżyce, a także głód, nawet pyliste okresy suszy – wtedy ich serca biją wolno, a one same niczym susły, zapadają w rodzaj czasowego letargu, z tym że ten ich trwa krótko – od kilkunastu godzin do kilku dni. Opisywany jest z reguły jako bardzo głęboki sen.
Żywią się głównie mięsem, najchętniej surowym, uznawanym przez nie za najsmaczniejsze – uwielbiają pić krew, najlepiej jeszcze gorącą, wprost z ran ofiary, dlatego też noszą przy sobie kościane czarki i miseczki. Dobrze strzelają z łuku, używają kamiennych toporków, dzid i pałek, a teraz również oręża skradzionego południowcom mieszkającym na granicach cywilizowanego świata. Kiedyś szyły ubrania wyłącznie ze skór, pieczołowicie oskrobywanych i ciętych krzemiennymi odłupkami, łączonych ścięgnami, linkami z konopi, rzemieniami, przy użyciu kościanych igieł. Robiły sobie futrzane kaptury i nogawice. Teraz jednak w ich podręcznych worach coraz więcej metalowych drobiazgów, starych kluczy, zaostrzonych monet, wygiętych sztućców, czy kawałków potłuczonego szkła – tego wszystkiego co mogą znaleźć przy wypalonych ogniskach i na trupach. Dlatego na ich grzbietach coraz częściej widuje się pstrokate kubraki ze sprutych nici, barwionych skór i resztek podróżnych kaftanów.

Polują na duże i małe zwierzęta: począwszy od gryzoni, drobnych ryb i ptactwa, poprzez jelenie, koziorożce, bawoły, aż po wieloryby i włochacze (tj. trąbowce). Tworzą dobrze zorganizowane grupy myśliwskie.


Walczące o życie klany pogranicza nie czynią już nikomu gwałtu dla uciechy, rzadko decydują się na otwarte ataki czy rozboje, można by rzec, iż obecnie wręcz unikają konfrontacji – wiedząc że odkrycie ich bytności przez długie lata uniemożliwi spokojne polowania w dogodnym dotychczas obszarze. Te z Dalekiej i Bliskiej Północy zachowały stare, krwawe zwyczaje. Z nimi nie ma żartów. Ale muszą takie być, jeśli chcą przetrwać.
Mówi się że żyją na kontynencie dłużej niż elfy, gnomy czy krasnoludy, a z tego co możemy przeczytać w przekładach ich kronik, nigdy nie było tak aby jakimś goblińskim plemionom pozostawiono prawo spokojnej bytności na dotychczas zajmowanej ziemi. Gdy tylko była okazja, spychano je z dala od odwiecznych łowisk, świętych gór i rzek – których rzecz jasna zaciekle broniły. Dlatego nie można patrzeć na nie tylko przez pryzmat legend i opowieści.

czwartek, 13 lipca 2017

Okiem efryjskiego badacza: Cirowie a Brusowie

Jednego od drugiego nie odróżnisz, mowy mają tylko odmienne. Cirowie, zwący siebie Cirien, taką miększą, śpiewniejsza, jakby elfią, tymczasem bruska przypomina narzecza karłów: pełna jest dźwięków twardych, chropowatych, niewyraźnych pomruków i chrząknięć. Ale to pozór. To tylko w naszych uszach tak to słychać. Niedobitki z karlich klanów, cudem ocalałe z rzezi jakie im zgotowano, mówią że nijak nie szło się z nimi porozumieć, głusi byli zarówno na prośby i błagania, jak i złorzeczenia. [...] Są potwornie bladzi, jakby ich jaka choroba trawiła. Jak duchy. Oczy mają najczęściej szare lub zielone –  spojrzenia bystre, nerwowe, rozbiegane. Tak mężczyźni jak i kobiety noszą długie włosy, które są świadectwem ich siły, barwy słomkowej albo brunatne, jak u psów. Są i czarnowłosi, tacy jak my. Z wiekiem wszyscy siwieją, jak wszędzie, dotyka to także części młodych. [...] Obie grupy nie szanują swoich kobiet, jakby te w ogóle nie były żonami ni matkami, jakby nie miały dlań żadnej wartości: chodzą jak chcą, gdzie chcą i z kim chcą – zagadują nieznanych sobie mężczyzn.  Anonim (641 r. nowej ery)


środa, 12 lipca 2017

O przybyciu ludzi

Kiedy biali ludzie po długiej podróży wpłynęli w końcu w szerokie ujścia rzek Południa, zachwyciły ich rozległe złota pola i uginające się od owoców krzewy winorośli, zdumieni, przechadzali się brukowanymi gościńcami, pośród sadów, stawów pełnych ryb, krzewów agrestu, białych i czerwonych jagód. Ziemie te wyglądały na żyzne i ciepłe, zastali tam dobrze zorganizowane elfie osady, a w głębi lądu natknęli się na kamienne miasta krasnoludów, warowne świątynie, huty i kuźnie. Pod nimi, rozciągały się pastwiska ograniczone tylko górami, gdzie pasła się rogacizna, wszelkich barw i kształtów – stada liczące setki i tysiące sztuk.


W ciągu trzech wieków, przeszli przez wielkie księstwa, bogate królestwa i imperia, których nazwy nie dotrwały do naszych czasów. Zgnietli słaby opór skłóconych elfów, nielicznych i nieprzygotowanych do wojny, poczym zajęli ich miasta. Wiele z nich opuszczano nim jeszcze się zbliżyli – wyprzedzała ich zła sława i smród trupów – nie minęło wiele czasu, a zaczęli wyprawiać się na karłów: krasnoludów i zbratanych z nimi gnomów. Przepędzili też zuchwałe gobliny, znacząco przerzedzając ich szeregi. Wyprawiali się i na Południowy-Wschód – ale nie dali rady tamtejszym narodom, przodkom dzisiejszych Baelów, Neuwczyków i innych, którzy ugięli dumne głowy dopiero przed Ibryjczykami, samozwańczymi spadkobiercami potężnej ongiś Cinubrii. Poza nimi, nikt nie stawił jasnoskórym skutecznego oporu. Nikt. Nierzadko wręcz zabiegano o ich przyjaźń: ci którzy nie uszli w góry, nie zginęli od poszczerbionych ostrzy – starali się wyjednać sobie sympatię podarkami, płaszcząc się przy tym haniebnie, dobrowolnie oddając córki, dorobek życia i zapasy. Próżny był to trud, bo marli wkrótce od nieznanych wcześniej chorób, przywleczonych przez przybyszów, w zatargach lub w wyniku zdrady. Jasnoskórzy niewiele sobie robili z tych przymierzy, a piękne, ale niepłodne elfki, szybko odtrącali.
[...]
Zmieszali swą krew z dawnym ludem Styria Kiru, dając początek dzisiejszej rasie mieszkańców. [...] Elfy poddawały się ich panowaniu, bądź umykały na Północ, do nielicznych, peryferyjnych królestw zamieszkałych przez zahartowanych pobratymców i gnomy. Wielu zbiegło do dzisiejszego Hatlanu, ale marli tam, zarażeni ludzkimi chorobami. Jasnoskórzy byli płodni i ochoczo korzystali z tego co zostawili po sobie dawni mieszkańcy Południa. Całymi dniami pili stare wina, grali w kości i bawili się pionkami, szybko przejedli zapasy które miały starczyć na dziesięciolecia i ziarna pod przyszłe zasiewy. Bez skrępowania ucztowali w świątyniach. Stajnie i gołębniki zdawały im się za dobre dla zwierząt,  jeśli zjedli już wszystkie – brali je sobie za mieszkania. Tysiącletnie zwoje, święte pisma i rozprawy sławnych mędrców, nieżyjących od pokoleń, uczonych i mistyków, palili jak gdyby były zwyczajnym chrustem, podpałką, zawijali w nie jedzenie i artefakty. Biblioteki pustoszały równie szybko jak spichrze.
[...]
Nie wiadomo skąd przybyli dawni Brusowie, Cirowie i Nufrinowie oraz przodkowie innych ludów żyjący w ich sąsiedztwie – jedni mówią że przypłynęli aż z Północnego Efru, uciekając przez idącymi ze wschodu i południa orkami; inni że mieli swą kolebkę na ziemiach leżących na północ od Kchmurów. Popularne są również opinie, iż pierw dotarli do wybrzeży skutego lodem Hure, a potem osiadli na Wschodnich Wybrzeżach. Ciężko doświadczeni zimnem Północy,  pieszo i statkami, umykali do ziem Środkowego Południa i na opustoszałe obszary południowo-zachodnie. Zakłada się że przodkowie Kazarów, Fenów i Kennów trafili na swój półwysep przemierzając północne pustkowia, idąc od Wschodnich Wybrzeży lub płynąc w górę potężnych rzek dzisiejszego Hatlanu, spekuluje się też, że mogli żeglować wzdłuż wybrzeży. Rzut oka na mapę podpowiada wszystkie możliwości. Niektórzy docierali aż na Run, jeszcze przed ciryjsko-bruskimi najazdami, zorganizowanymi kiedy władza białych ludzi zdążyła okrzepnąć, a lektura starych atlasów nie pozostawiała wątpliwości – za morzem czeka wielkie bogactwo. Skoro udało się rozgromić elfów i krasnoludów tu, czemu nie miałoby udać się za wielką wodą? [...] Horańskie kroniki wspominają tylko że biali ciągnęli od morza, elfy piszą o wszechobecnym chaosie.


Wedle legend, biali ludzi przybyli z zatopionego lądu, który miał leżeć gdzieś na Dalekim Południu, a którego pozostałościami są Zielone Wyspy. Gospodarzyli tam ponoć dostatnio, pośród wielkich budowli, prowadząc głębokie rozmowy o sztuce i filozofii. Brzmi to pięknie – ale nic nie potwierdza ani rzekomego zaawansowania naszych przodków, ani południowej lokalizacji ich kolebki, oraz nie tłumaczy faktu czemu wszyscy żyjący tam ludzie mają skórę spaloną słońcem, a nasi przodkowie, jakoby stamtąd pochodzący – nie.
Opowieści o tym, jak to ludzie przybyli na Południe w zbrojach ze złotych płyt, na białych, skrzydlatych rumakach, dzierżąc w dłoniach srebrne miecze wysadzane fioletowymi kamieniami – należy włożyć między bajki. [...] Elfy mówią że zwyciężyliśmy, bo było nas więcej, szybciej się mnożyliśmy, byliśmy brudni i roznosiliśmy choroby. Cóż, wszystko to prawda.
Nasi przodkowie, dużo mniej liczni niż my teraz, zajęli dla nas wykarczowane, żyzne tereny i gotowe do zamieszkania kamienne domy, zamki i pałace. Tak było – a elfy nigdy nam tego nie wybaczą.

Hwir Tympion, syn Zurwina