piątek, 30 marca 2018

Taarikh (Szykwalk)

Taarikh – dawna kolonia narwijska, przejęta przez Szykwalkczyków. Przejściowo określana jako Nowe Południowe Pferis. Zajmuje niewielką, górzystą wyspę i pomniejsze skrawki lądu na wschód od Hoal i Sonnir. Między jej stromymi, skalistymi brzegami, przypominającymi czerstwe ciasto, rozciągają się piaszczyste plaże, gdzieniegdzie usiane skałami, gdzie morze wyrzuca musze, palmowe orzechy i inne nasiona. Tutejsze dymiące góry, w liczbie dwóch, niekiedy wprawiają ziemię w drżenie, ale nie plują ogniem – miejscowi nazywają je Mu i Iewa. Niegdyś byli ciemni i niebieskoocy, ale mieszali się z kolonistami i zatracili dawną urodę. Teraz większość ma jaśniejszą skórę, a błękitne oczy występują tylko u połowy populacji. Na Taarikh uprawia się miejscowe owoce, całkiem pozbawione smaku, blade, ale bardzo pożywne, korzenie z których uciera się przyprawy, zioła o pikantnym smaku, a także łowi różnobarwne ryby, kraby i inne żyjątka – które występują tam w wielkiej obfitości. [...] Wyspiarze pod żadnym pozorem nie poważą się polować na żółwie morskie, które uchodzą tu za święte.

Tutejsze drzewa pozwalają uzyskać bardzo lekkie, wytrzymałe drewno o dużej wyporności, a także sok żywiczny, z którego można pozyskiwać giętki, wytrzymały materiał, świetny do izolacji poszyć łodzi. Korzenie niektórych wrastają w piaski plaż, i dosyć dobrze rzucają się w oczy, ale większość napotkamy w głębi lądu.

niedziela, 11 marca 2018

Sonnir (Szykwalk)

Sonnir leży na północnych krańcach Zachodniego Skupiska, pośród gęsto zaludnionych wysp, zasiedlonych przez tysiące rybaków, rolników i zbieraczy. Ludnych jeszcze przed przybyciem osadników z Kulinu, dobrodziejstw ich cywilizacji i zbóż. Ona sama jednak nie miała nigdy wielu mieszkańców. Niewielką wyspę upodobały sobie szczególnie wodne smoki, takie jakich pełno na rafach wokół Iaru i na Rkarze. Maszkar niewielkich, ale za to bardzo agresywnych, uparcie strzegących swych lęgowisk, leży i łowisk. Miejscowi najwyraźniej nie umieli, bądź nie chcieli sobie z nimi poradzić. Niektórzy badacze lokalnych plemion twierdzą, że wręcz je dokarmiali, nie chcąc aby w poszukiwaniu pokarmu zaczęły odwiedzać ich wyspy. Zwykle resztkami z połowów, padłymi wielorybami, morskimi krowami, ale nie tylko. Naruszających uświęcone zwyczaje współplemieńców – gwałcicieli, złodziei i morderców – także podrzucano ziemno-wodnym jaszczurom, przezornie łamiąc im uprzednio kończyny. Nieniepokojone smoki mnożyły się na potęgę, aż do momentu napływu ludności z Szykwalku. Do dziś są utrapieniem osadników, ale z roku na rok jest ich coraz mniej.

Kiedy przypłynęli tam pierwsi Kulińczycy, zanotowali że nie ma tu śladu człowieka, a widok smoków grzejących się na plaży ich w tym jeszcze utwierdził. Dopiero kolejne ekspedycje natknęły się na karłowate świnie buszujące między korzeniami drzew i platformy w ich koronach, oraz resztki wiosek na palach. Niewielkie siedliska ostatnich ludzi Sonniru, nazywających siebie ludźmi-ptakami. Ciężko rzec czy na poważnie, czy prześmiewczo. Nieopodal jednej z takich nadrzewnych osad zbudowano fort, nazwany od imienia kapitana statku Taiman. Z czasem rozrósł się do niewielkiej osady. Dziś liczy około trzydziestu domostw.

niedziela, 4 marca 2018

Hoal (Barna)

Hoal – wyspa położona niepodal Sonnir i Taarikh, między Reą a Issed Erth, w północnej części Skupiska Zachodniego. Średniej wielkości, samowystarczalna. Kolonia barnijska i dom czarnych plemion. Największe miasto to Port Hoal.


Ma szerokie piaszczyste plaże, usiane skałami. Duża część tutejszych lasów została wycięta pod uprawy, pastwiska, i dla zabudowy. Przeszło połowa rdzennych mieszkańców przez lata mieszała się z Barnijczykami, i dziś ich skóra jest jaśniejsza jak u reszty krajowców. Mają lepszą pozycję niż ciemni krewniacy, w majątkach tutejszych ziemian otrzymują zwykle lżejsze prace, role opiekunów i zadania nadzorcze.

Najbarwniejsza postacią Hoalu był bez wątpienia Efryjczyk imieniem Aiz. Do tej pory rosną tam krzewy które zasadził, a ich owoce uznawane są za najsłodsze, niosące ukojenie w chorobie i przy melancholii. Miejscowi czczą go jak świętego.  Jego grób skrywa płyta długa i szeroka na około szesnastu łokci. Tak wielka, by nikt nie mógł się do zwłok błogosławionego dobrać. Jej powierzchnia nawet nocą pozostaje ciepła – jedni mówią że nagrzewa się za dnia, inni że to ciepło bijące od szczątek Efryjczyka. Zawsze leżą nań świeże kwiaty, muszle i czarki z jedzeniem. Nie wiadomo jak znalazł się na Hoalu. Mógł dotrzeć do Barny z Horanu, albo zostać zabrany przez jakąś handlową jednostkę kulińską wprost z ojczyzny. Nie był nigdy przesadnie wylewny, i pędził żywot samotnika. Wszystkim znane było jego pochodzenie, ale nikt nie wiedział konkretnie gdzie żył przed dotarciem na wyspę. Odznaczał się wyjątkowymi zdolnościami – jego ręce leczyły złamane kończyny, bóle kolan, krzyży. Gdyby nie pochodzenie, zaraz obwołano by go świętym. Czasem znikał na kilka dni, i wtedy nikt go na wyspie nie widział. Przed swą śmiercią zwrócił uwagę wyspiarzy na wirujące kule, barwne punkty sunące w niewielkiej odległości od lądu, nad rafami. Pewnej nocy tańczyły na zachodnim skraju wyspy. Udał się doń, i słuch po nim zaginął. Po kilku dniach znaleziono jego ciało wyrzucone na brzeg. Na plecach miał zagadkowe nacięcia. Pochowano go niezwłocznie, w głębi lądu, bo już zaczęły interesować się nim kraby. Wszystko co z nim związane przeszło do miejscowej gawędy, i dziś ciężko ocenić co prawdą, co zmyśleniem.

wtorek, 27 lutego 2018

Rea (Unnter Kunien)

Rea – samotna wyspa w północnej części Zachodniego Skupiska. Powierzchniowo zbliżona do barnijskiego Kokaru. Na zachód od niej leżą Wyspy Przesilenia Letniego, na wschód Hoal, Sonnir, Taarikh i Iar, daleko na południu zaś Archipelag Gwiazdy Ijaz. Dla dzisiejszego Unnter Kunien zajęły ją oficjalnie załogi statków kupieckich z Kelfi i Sawoin, z których część nawykła była jedynie do żeglugi śródlądowej, lub wyłącznie wzdłuż wybrzeży Środkowego Południa. W roku lądowania – 1253 – założono tam obóz który z czasem rozrósł się do rozmiarów sporego miasteczka. Tutejsi zwą go Samell, pierwotnie zaś nosił miano Teer Malla In Ibre – Samell Ar Arun, Szczęśliwego Miasta Błogosławionej Samell, córki Arun. [...] Nim wyspiarze zaczęli się mieszać z Cirami, byli ciemnoskórzy i błękitnoocy.


Wyspa ma trójkątny kształt, zorientowana jest tak że tępy górny róg skierowany jest na północny-wschód, [...] tam, pośród skał znajduje się stolica, Ibrus. Poza Samell i Ibrus nie ma tam innych miast.

[...] Na wyspie pochowano kapitana Iella Cifa, zwanego Cadufirem, który przywiózł na wyspę owce, króliki, kurczaki, pierwsze szczepy winne, i wiele innych roślin – które się nie przyjęły, ponadto wyznaczył miejsce pod budowę portu, nazwanego potem Miastem Cadufira. [Obecnie jest to jedna z czterech stołecznych dzielnic, trzecia co do wielkości]. Spłodził z tutejszymi kobietami wiele dzieci płci obojga. Jego potomkowie żyją tam po dziś dzień, ale sława przodka nie zapewniła im wysokiego statusu. W porcie okresowo panuje duży gwar. Tragarze-mieszańcy, a także czystej krwi dzicy, krążą między ładowniami statków handlowych a magazynami, między kazamatami a domami bogaczy. Przygięci do ziemi ciężarem płóciennych worków, koszy pełnych wonnych korzeni, prażonych nasion, rzadkich rodzajów ziół, olejów i spotykanego tylko tu, bardzo lekkiego, a zarazem twardego drewna, męczą się bladym świtem i wieczorami, kiedy słońce jest bardziej łaskawe. Za swoją pracę dostają marne miedziaki, alkohol lub ciro-bruskie jedzenie. [...] Oprócz wymienionych towarów, z których po starciu skomponowane będą pikantne przyprawy, czasami przewozi się na kontynent beczki słodkich owoców, z drzew które na Kulinie i Runie owocują tylko w gnomskich szklarniach – tutaj zaś rodzą obficie, przez cały rok.

sobota, 24 lutego 2018

Wyspy Letniego Przesilenia (Wigricht)

Średniej wielkości górzysty archipelag składający się z ośmiu dużych wysp i dziesiątek mniejszych wysepek, w większości zamieszkanych. Wszystkie leżą na północno-zachodnim krańcu Skupiska Zachodniego, z dala od innych lądów. Od wschodu odeń znajduje się Rea i Iar, od południa Archipelag Gwiazdy Ijaz. 



 
Zostały odkryte pierwszego dnia lata, roku 1291, przez załogę barnijskiego statku Hogar. Marynarzy dziesiątkowała nieznana do dziś choroba, truli się zepsutym jedzeniem i zanieczyszczoną wodą. Po cztero i pół miesięcznym rejsie, który miał zakończyć się dużo wcześniej, u wybrzeży Hoalu, zniesieni przez prądy na zachód, utrudzeni po wielkim sztormie, nocą ugrzęźli na płyciźnie, nieopodal dzisiejszej Wyspy Północnej. Szczęśliwie nisko położone gwiazdy okazały się dziesiątkami ognisk rozpalonych przez świętujących mieszkańców. Wyspiarze mimo wyraźnego dystansu byli przyjaźni. Duże wzniesienia o łagodnych stokach w centrum wysp rozpoznano jako zarośnięte pozostałości gór ognistych. Wedle rozmów z mieszkańcami, na kilka pokoleń przez przybyciem Kulinczyków pluły jeszcze żarem, a do stu lat wcześniej dymiły.

Barnijczycy nie bardzo wiedząc co począć z nową ziemią, zbudowali kilka fortów. Słabo obsadzone, po kilkunastu latach przeszły we władanie wigrichtyjskie, a koloniści barjnijscy nigdy tu nie zawitali.

piątek, 9 lutego 2018

Zielone Wyspy

Na południowych wodach niespokojnego Teritallu, z dala od wielkich lądów, fale obmywają liczne chaotyczne roje i długie łańcuchy górzystych wysp, zwanych Zielonymi (Tsiroe). W zależności od wiatrów i rodzaju statku – płynie się tam od dwóch do trzech miesięcy.


Biorą swe miano od bujnych, gęstych puszcz, które przez okrągły rok – niezależnie od tego czy panuje właśnie jesień czy zima – rosną i szumią swymi grubymi, mięsistymi liśćmi. Choć po prawdzie tam gdzie rosną nie ma ni śniegu, ni przymrozków. Panuje wieczne lato, a dzień trwa tyle samo co noc, zawsze. I może to tu kryje się sekret ich rozmiarów? Cóż, niepodważalną prawdą jest że nie ma w świecie potężniejszych drzew, grubszych i bardziej rozłożystych jak te z Tsiroe Alm – ustępują im nawet efryjskie pustynne giganty, a te które robią wrażenie na Kulińczykach, wyglądają przy nich jak trzciny. Niektóre potrafią w ciągu jednego dnia i nocy urosnąć o jedną dziesiątą łokcia, a inne nawet o łokieć i więcej. Jakby nieprawdopodobnie to nie brzmiało – tak jest. W ciągu raptem kilku lat, osiągają gigantyczne rozmiary. Choć z wiekiem rosną wolniej. Najstarsze, o rozłożystych koronach, padają pod własnym ciężarem bądź tracą największe konary, strasząc potem lepkimi od żywicy kikutami. Jeśli w ułamanych odnogach zalęgło się robactwo – dość szybko mrą i gniją; jeśli są zdrowe – wrastają w glebę i kontynuują swe życie. Na zbutwiałych resztkach szybko wyrastają nowe rośliny, puszyste mchy, zioła, krzaczki i drzewka. Wszędzie walają się nasiona, przywleczone przez wiatr i leśne zwierzęta – mają więc z czego kiełkować, tam gdzie jest choć trochę światła, zaraz pojawiają się nowe pędy. Największe pnie, obalone przez huragany, nie przeżarte przez korniki, rzadko się marnują. Miejscowi robią z nich łodzie, bębny i beczki. W wybranych rodzajach świętych drzew rzeźbi się wizerunki bóstw i przodków. Największe gatunki są tak grube, że aby je objąć – trzeba kilkunastu mężczyzn. Niektóre plemiona drążą je tygodniami, i urządzają sobie w nich domostwa. Widuje się całe wioski tego typu, a bywa że pnie są tak ogromne, że mieszczą kilka izb (każdą zamieszkuje inne pokolenie). Tak, to nie bujda! Kapłani, możni i uczeni, a także cieśle i ichni pomagierzy, ludzie różnych stanów i temperamentów, głupi, niegłupi, starzy i młodzi – wszystko to widzieli i jak jeden mąż mówili to samo. I mówią nadal – bo przecież to wszystko trwa, i wciąż powstają nowe wioski w pniach, jeśli tylko ich mieszkańcy muszą się przenieść, a wiele plemion odczuwa taką potrzebę cyklicznie. Na ogół normą jest jedno pomieszczenie na jedno drzewo – bo takie dłubie się najłatwiej. Przyroda śmiało tu sobie poczyna, zachęcając wręcz by czerpać zeń pełnymi garściami, a nie znający stali dzicy, mimo trudności – pracują wytrwale. Rzeźbią swe dziuple ostrymi muszlami, kamieniami  i ociosanym krzemieniem, dniami i nocami usuwając przegniłe drewno, a potem wypalają wnętrza i ścierają sadze. Prosty, prymitywny sposób – ale skuteczny.


Kiedy między rokiem 1200 a 1230 dotarli tu pierwsi żeglarze z Kulinu, Barnijczycy z  Waikemaaru i Kokar, zdziwiło ich, iż mimo zbliżającego się zimowego przesilenia tutejsza roślinność wygląda tak, jakby panowała pełnia astronomicznego lata. Niektórzy się wprawdzie tego domyślali, wnioskując po pogodzie i umiejętnie łącząc fakty, ale i tak widok zielonych drzew doprowadził większość do głębokiej konsternacji. Może gdyby między Kulinem a wyspami Dalekiego Południa były jakieś lądy, a przyroda zmieniała się stopniowo, szok byłby mniejszy – ale Barnijczycy pokonawszy pustkę Teritallu, opuściwszy ojczyznę skąpaną w jesiennych barwach, po kilku monotonnych tygodniach znaleźli się niespodziewanie w krainie wiecznego lata. Sceneria zmieniła się od razu, jak malowane tło w teatrze. Wielu zwątpiło w swoje zmysły. Długo dumali, czy należy przybijać do brzegu, czy to bezpieczne... może prawdziwy wizerunek lądu maskuje jakiś czar, a jego rzeczywisty obraz nie jest tak sympatyczny? A może w ogóle go tam nie ma? Iluzja to jaka, albo  zbiorowy obłęd? W końcu w ojczyźnie mróz, zapewne pierwsze śniegi już pokrywają pola i bielą gonty, dni muszą być krótkie, ciemne, tutaj zaś... inny świat, jakby rządzący się całkiem odmiennymi prawami. Nikt nie brał pod uwagę całkowitego zaniku pór roku, ani tego, że słońce może prażyć mocniej, nie wspominając o odmiennym rytmie jego wędrówki. Do Południowego Efru podówczas rzadko kto pływał, a konkretnych wyobrażeń o lądach których się spodziewano  za Teritallem – nie było. Zakładano tylko że są. A jak są, to pewnie podobne do południowego wybrzeża Kulinu –  nikt nie wychodził ponad ten tok rozumowania.
Drugim kamieniem milowym, będącym chyba jeszcze większym zaskoczeniem, było odkrycie że im dalej na południe, tym nie goręcej (jak zaczęto spekulować) a chłodniej. Stopniowo, pokonując kolejne rafy koralowe, niebezpieczne skały, wchodząc w konflikty z lokalnymi grupami dzikich, Kulińczycy dotarli do wysp które okrzyknięto Pifryjskimi i samotnego lądu, nazwanego na cześć Świętego Koggara. Tam zobaczyli jesienne barwy, dobrze znane z ojczyzny. I dryfujące góry lodowe. Potem śmiałkowie osiadli pośród dzikich, zgromadziwszy zapasy – zaczęli się wypuszczać coraz dalej na południe, aż poznali mroźne, niespokojne wody, urozmaicone niekiedy gigantycznymi płatami kry. Wszystko to zgadzało się z tym co mówili im miejscowi, jednak zapragnęli zobaczyć więcej, dopłynąć do krańca świata. I udało im się. Po wielu trudach dotarli w końcu do Krainy Lodu, morderczej i skrajnie niegościnnej, która wydała im się podobna Białym Pustkowiom Dalekiej Północy. Chłodniejsze wody za Dalekim Południem zaczęto określać Południową Rubieżą. Poza ptakami, rybami które mnożą się wszędzie (więc i tu dającymi sobie radę), lubiącymi zimno fokami i polującymi na nie morskimi gadami o szarych pyskach – nie ma tam życia. Czasem widuje się jeszcze wieloryby i meduzy, ale to wszystko.  Krainę Lodu tworzą częściowo czarne wyspy, podmorskie skaliste góry, których szczyty wystają ponad powierzchnię, ale większość z tego co mogą zobaczyć nieliczni docierający na te wody żeglarze, to wieczny lód. Gruby,  na ogół płaski, o głębokim zanurzeniu. Identyczny jak ten z Białych Pustkowi. Badacze zainteresowani jego charakterem i potencjalnymi bogactwami, wwiercali się weń, kuli i rąbali szyby: na głębokości około trzystu stóp napotykali wodę. Dna jednak nie sięgali – pod lodem jest bliżej nieoszacowana głębia. Ciemna i pusta – bez śladów choćby najmniejszych żyjątek.

Geografowie, bazując na doświadczeniach żeglarzy i ustaleniach okrętowych kartografów, a także informacjach pochodzących od tubylców, dzielą Zielone Wyspy się na Archipelagi Wschodnie i Zachodnie. Ich łączna powierzchnia wraz z rozdzielającymi je płytkimi morzami, zajmuje obszar nieco większy niż Kulin, a porównywalny do znanej części Północnego Efru – widać to szczególnie dobrze kiedy nałożymy na siebie mapy w tej samej skali, i spojrzymy pod słońce.
Mimo setek lat jakie minęły od ich odkrycia, wciąż nie ustalono pełnej listy wysp; nie ma nawet zgody co do ilości ich skupisk – katalogowane są wedle różnych kryteriów, często podyktowanych polityczną rywalizacją. Nie naniesiono też na mapy wielu płycizn i raf, zbyt wielu by beztroskie pływanie po tych wodach było bezpieczne, zwłaszcza w czas pory deszczowej.
Dobrze znamy tylko pojedyncze wyspy, głównie te które zasiedlają osadnicy z Kulinu, inne jedynie w przybliżeniu, co sprowadza się na ogół do wynotowanej rzeźby terenu, tj. tego co widać z pokładu statku, określenia typu wybrzeża i linii brzegowej, a także ustaleniu czy ląd jest zamieszkały. To ostatnie nad wyraz często okazuje się informacją błędną, i bywa przyczyną wielu nieszczęść. W przypadku większych lądów, z bujniejszą roślinnością – oszacowanie ich faktycznego kształtu jest niemalże niemożliwe.

Zielone Wyspy zamieszkują tzw. czarni ludzie, zbliżeni wzrostem i proporcjami ciała mieszkańcom Runu, Kulinu i Efru, ale o skórze brunatnej. Raz to ciemniejszej, raz to jaśniejszej – niekiedy ciężko ocenić, bo malują ciała sadzą, pyłem i startym kwieciem – co nadaje im upiorny wygląd i jednocześnie chroni przed robactwem (które pleni się tam na potęgę). Jej zabarwienie, podobnie jak wzory malunków, na ogół  precyzyjnie wskazuje przynależność plemienną i pokrewieństwo z innymi grupami wyspiarzy. Niektórzy donoszą nam też o plemionach jasnoskórych, zbliżonych wyglądem do ludów hafryjskich i sauryjskich, widywanych na krańcach Archipelagów Wschodnich, ale należą one do zdecydowanej mniejszości. Prócz nich, żyją tu też karłowaci dzicy ludzie, podobni do tych z Dalekiej Północy i efryjskich gór. Różnych rodzajów i natury – część z nich jest płochliwa i tylko obserwuje z ukrycia wioski czarnych, licząc niekiedy na pozostawione przez nich resztki, inne, żyjące w dużych grupach – otwarcie domagają się jedzenia i psocą co niemiara jeśli się im go odmówi. Posuwają się nawet do kradzieży. Niekiedy zachowują się zupełnie jak zwierzęta, i ciężko dopatrzyć się w nich istot rozumnych. Włochaty, niewielki ludek stale coś je, a ciemnoskórzy posilają się z rzadka i w małych ilościach. Od połowy tego co je normalny Kulińczyk, do nawet zaledwie jednej trzeciej – mimo to potrafią wiosłować całymi dniami nie opadając z sił, śmieją się i żartują nawet kiedy ich ręce pokrywają krwawiące pęcherze. Jeśli zaczną jeść więcej, dostają do jedzenia produkty typowe dla Środkowego Południa, albo rodzime w dużej ilości – bardzo szybko tyją. Jakby ich ciała szykowały się na przejściowe niedobory. Nie ma tu wprawdzie okresów chłodniejszych, występują jednak miesiące pełne deszczu, gwałtownych burz i huraganów, kiedy ciężko o pożywienie. Powtarzają się cyklicznie, a wyspiarze właśnie z myślą o tym trudnym czasie drążą w drzewach olbrzymie dziuple. Tylko one, ruiny starych budowli i jaskinie, dają w miarę suche i bezpieczne schronienie.

Zielone wyspy, przynajmniej częściowo – uznawane są za pozostałości Kontynentu Południowego. Wspomniane ruiny i podwodne bryły, przypominające ociosane bloki skalne, wielkie płytowe drogi, fundamenty i tarasy, i co tam jeszcze chce się w nich widzieć, wielu traktuje jako potwierdzenie krążących od tysiącleci legend. Opowieści o prakolebce białych na Dalekim Południu, wielkim kataklizmie i ucieczce do ziem elfów. Są i tacy, którzy dopatrują się w niektórych skałach ludzkich posągów – co skutkuje wieloma osobliwymi nazwami, nanoszonymi na mapy z pominięciem tych używanych przez miejscowych.

Żyje tam wiele zwierząt: barwne ptaki w przeogromnej różnorodności, tysiące rodzajów owadów – chrząszczy rozmiarów ludzkiej dłoni, zajadle kąsających much i  łasych na nektar motyli, tak dużych jak ptaki; pośród gnijących liści pasą się leśne świnie, podobne do naszych dzików, brunatne gryzonie przypominające świstaki o psich łapkach, a nad nimi drzemią duże owocożerne nietoperze i wielkookie nocne dziwolągi. Ponadto gady i płazy: leśne smoki, kolorowe żabki i zwinne jaszczurki. W głębi lądu krążą duże ptaki-nieloty, przewyższające człowieka i wzrostem i siłą – podczas polowań bezszelestne, bardzo agresywne, trudne do spłoszenia, oraz kupa stworzeń które jeszcze oko jasnoskórego nie widziało, a przez miejscowych opisywanych dość dziwacznie. W puszczach, wśród konarów – można napotkać lądowe ośmiornice. Jadowite i nie. Podobnie jak w przypadku węży – trzeba na nie uważać. Nawet jeśli to ten drugi rodzaj, wcale nie czyni go to mniej niebezpiecznym. Potrafią przydusić nawet ofiarę większą niż one same, zmiażdżyć jej kark i skruszyć kończyny. Trwa to zaledwie chwilę, a kiedy są głodne bywają piekielnie szybkie. Choć to stworzenia nieduże, mają znaczny zasięg ramion i są bardzo mądre. Kiedy polują w grupie – współpracują jak ludzie. Porozumiewają się huknięciami przypominającymi nawoływania sów i ćwierkania wróbli, rzadko milczą – dzięki temu choć niewidoczne w koronach drzew, zdradzają się ze swą obecnością. Lekceważących te stworzenia na ogół nie ma już wśród nas, albo są trwale oszpeceni i utykają. Dlatego zawsze należy mięć oczy i uszy otwarte. Wyspiarze znają rośliny których zapachu ośmiornice nie cierpią, i nim wejdą do lasu – skrapiają się wywarem z ich kory i liści, albo nacierają ciało świeżo zerwanymi. Dzieci które o tym zapominają, na ogół marnie kończą.
W większości przybrzeżnych raf pływają małe, zwinne rybki – lśniące jak rubiny, ametysty i szmaragdy, odpowiedniki ptaszków mieszkających w rozłożystych konarach drzew i leśnej ściółce. Uważny obserwator wypatrzy tam także morskie ślimaki i małże, których skorupki są białe bądź pastelowe.
Wśród skał i na pełnym morzu grasują różne rodzaje rekinów, niekiedy małe i niegroźne, innym razem zaś śmiertelnie niebezpieczne. Te polujące niekiedy na dzieci wyspiarzy, lekkomyślnych rybaków i ich udomowione kormorany, wpływają w czasie przyboru do większych rzek, walczą z nurtem, a kiedy trafi się okazja, wciągają ofiarę pod wodę i dosłownie rozszarpują.
Morskie jaszczury praktycznie identyczne z tymi z południowoefryjskich rzek, czasem tylko różniące się odeń kształtem pyska, także pływają wśród raf. Utrudzone pokonywaniem fal, odpoczywają na plażach, obok stad wszędobylskich mew, często drepczących po ich cielskach i nic sobie z morderczych potworów nie robiących, jakby te były kłodami. W pewnych okresach plaże zapełniają się cielskami wielkich żółwic, tłumnie wylegających na brzeg w czasie ciepłych nocy. Gigantów, chronionych przez skorupy mające średnicę dziesięciu łokci i więcej. Żółwie te zamiast kończyn mają szerokie płetwy, a oczy łzawią im jak ludzkie – wychodzą na plaże tylko raz do roku, by złożyć jaja. Nie opiekują się młodymi – te zaraz po wykluciu mkną do morza. Ociężałe krowy morskie nie są w stanie wygramolić się na ląd, fale wyrzucają martwe bądź chore osobniki, innych się poza wodą nie widuje; przypominają foki – ale zamiast rybami, żywią się pokarmem roślinnym. Pływają na ogół w niewielkich grupkach, po kilka osobników. Kiedy pasą się na przybrzeżnych glonowiskach, faktycznie przypominają najzwyklejsze krowy mleczne. W ciepłych wodach Zielonych Wysp mnożą się także znane z północnego Teritallu delfiny i wieloryby – wyjąwszy te ostatnie, oraz ślimaki morskie, które często są bardzo trujące – wszystkie wymienione gatunki należą do przysmaków wyspiarzy. Dietę uzupełniają jagodami i orzechami, które zbierają głównie kobiety i dzieci. Wielkim przysmakiem czarnych jest miód, są nim także słodkie nasiona, jaja i larwy drzewnych owadów, oraz gotowane bulwy.

wtorek, 6 lutego 2018

Ziemie Zewnętrzne

Ośnieżone szczyty niebosiężnego Szukkuru układają się w wielkie masywy i tworzą nieprzebytą barierę, niemożliwą do pokonania dla większości zwierząt i ludzi. Przypominają sterczące z dolnej szczęki zęby wodnych jaszczurów, i budzą podobną trwogę – jednak ci, którzy umieją dzielić siły na zamiary, odpowiednio zdeterminowani – pokonują ich śliskie stromizny i docierają na drugą stronę. Czasem dzięki sile własnych mięśni i życzliwości bogów, czasem dzięki prastarym tunelom, schodom z wykruszonymi schodami i wąskim ścieżkom, które ostały się tu jeszcze z czasów kiedy ludy wybrzeża chciały  mieć coś do czynienia z potomkami Hafra i Saura, kiedy jeszcze się to opłacało. W 1610 roku nowej ery  zasypano ostatnie hallkarskie przejścia, i od tego czasu – nieliczni nawiązują kontakty handlowe z przymorskimi królestwami, i robią to potajemnie, na niewielką skalę, a o pobieraniu nauk w ichnich domach mądrości, świątyniach i cechach – nie może być już mowy. Większość zewnętrznych królestw zadecydowała  ze kontakty te są dlań nieopłacalne, a wręcz sieją tylko niepotrzebny ferment. Bano się, że agresywne wojska hallkarskie zajmą w końcu ich doliny, i rozgoszczą się jak u siebie; Kiroukczycy wydawali się nie napawać ich tak czarnymi myślami, ale trakt wzdłuż górnego Simisiz niewiele dzieli od szerokich przełęczy gór Orlich, i zakładano że prędzej czy później Basilowie zgromadzą odpowiednie siły – pierw przyjdą po srebro i inne metale, potem zaczną wycinać lasy, a w końcu zakuwać w kajdany chłopów i gnać całe wioski do Hor Tyrah, by harowali na ich potrzeby. Nie chcieli ryzykować. Na ile te obawy były zasadne, trudno orzec, zwłaszcza z naszej perspektywy czasowej i geograficznej. Fakt faktem, że dalej niż do Khure nikt tutaj nie pływa, i nie obawiając się ataku z morza – mieszkańcy wschodniego wybrzeża uznali to za rozwiązanie idealne. (Silne prądy i duża liczba zaginionych jednostek, a nawet całych armad – odnotowywana od niepamiętnych czasów, utrwaliła złą sławę mórz południowych i permanentnie zniechęciła śmiałków).


Za górami Szukkur, na wschodnim wybrzeżu – deszcze są obfite a roślinność zielona. Łąki ukwiecone, wonne, wypełniają doliny i pokrywają łagodne stoki; drzewa tutejszych puszcz niewiele odstają od tych harzaarskich, są równie grube i wiekowe. Niektóre nawet je przerastają. Pośród tych kojących oczy krajobrazów występują i obszary kamieniste, pobawione roślinności, niewielkie pustynie ożywające tylko w chłodniejszej porze roku, ale w większości miejsc pleni się dzikie życie – wszelkich kształtów i postaci. Nad rzekami ciągną się pola uprawne, osady i przystanie. Na południowoefryjskich mapach nanoszone są duże miasta, dużo gęściej rozsiane po wybrzeżu i liczniejsze jak w pustynnych królestwach Saurów i Hafryjczyków; towarzyszące mapom ryciny ukazują ich wysokie mury, strzeliste wieże i duże kopuły, kaskadowe ogrody i tarasy. Opisy jakie mamy stoją w zgodzie z tymi obrazami, choć mają już swoje lata i nie zawsze prezentują bieżący stan rzeczy – nie uwzględniają ani szkód poczynionych przez ubiegłowieczne trzęsienie ziemi, ani Wielki Sztorm z roku 1776, który wciągnął do morza niejedną rybacką wioskę, niszczył porty i nisko położone pałace. Obecnie dotrzeć tam trudno, i mało prawdopodobne by postała tam stopa czytelnika.


Oto lista wszystkich państw-miast, królestw, księstw i oligarchii, które leżą na wschodnim wybrzeżu Południowego Efru, od Harzaarskiej dziczy po nieznane krańce południowe – różnią się często obszarem, jedne są porównywalne powierzchniowo z sauryjsko-hafryjskimi kanadami (okręgami), władza innych sięga raptem parę tysięcy kroków od murów stolicy, większość z nich bierze swe miano od siedziby iszamlana, rozbudowanej twierdzy bądź kompleksu miejskiego:

Af-Cur, Szembehar, Kiz, Kublai Khan, Szabahar, Barear, Fiiwaaszar, Czudyrall, Narsien, Nassaar, Kijan, Megah, wyspa Kalbari, Basair, Nurul, Khaar, Ruszar, Derian, Kikrusz, Perikan, Kiw, Karall, Mufr, Dżałran, Ułr, Szarah, Husz, Ikhur, Allar, Zara, Tanak Dumandi, Mur, Hawz-Haraf, Mukim, Yrymraet, Malak, pustynia Lyrff i Aifron Tigriz.
 
Ważniejsze miasta, nie będące siedzibą monarchów to:

Muhurukull (Szabahar), Nowrikar (Narsien), Tikkekaar (Derian), Mumbaar (Karall), Uzbaar (Zara), Mahakau (Zara), Tugur (Aifron Tigriz), Hoinor (Kikrusz), Hagapuur (Basair), Syrna (Nurul), Khuran (Khaar), Nnar (Tanak Dumandi), Duszy Kern (Mukim). 




[...]

Ciekawe opowieści na temat krain i ludów wschodniego wybrzeża wynotował Ket Tarif, szczwany lis, który rozpytywał o nie kogo tylko mógł: „Lata temu Wielki Iszamlan Aetis Isril, przywiózł z ziem orków posąg ichniego boga – Kuriego, którego kiedyś, całkiem bezmyślnie, pod osłoną nocy, skradziono ze świętego kręgu – wywołując tym czynem koszmarny gniew właścicieli. Była to jedna z kilku topornych figur otaczających miejsce ciałopalnych ceremonii, krwawych ofiar i surowych sądów. Stałem sobie spokojnie pod tym kanciastym patronem myśliwych, cierpliwe grawerując w jego boku swe imię i czekając aż Khwyrowie, tj. simiszcy rybacy znad środkowego biegu, opróżnią łodzie i pomogą nam przeprawić się ku piaskom Bollomlaru. Trwało to całą wieczność, bo mieli na kilku szerokich szkutach setki dzbanów, sterty wypchanych lnianych worków, dziesiątki koszy oraz klatek z ptakami, a pomóc sobie nie dali. Zatem czekaliśmy – ja, jasnowłosy obibok, i Kuri – bóg wielkich łowów, burz i trąb powietrznych. Ja zniecierpliwiony, on obojętny. Szykowało im się w osadzie wesele – kuzynka kończyła właśnie rok czternasty i spieszno im było oddać ją w dobre ręce, by nie daj boże nie została starą panną. Tutaj nie zwleka się z tym tak jak w miastach – rolnicy nie żyją długo i wychodzą z założenia że trzeba się śpieszyć. [...] Kiedy skończyli, popłynęliśmy przez mętne, niespokojne wody, pełne życiodajnych osadów z Kurklunu i pustynnego pyłu. Huśtało. Wysadzili mnie w zaroślach, dali zawinięte w liście gotowane jajka i chleb, oraz odradzili oddalanie się od rzeki. Przed sobą widziałem tylko krzaki i karłowate suchorosty, ale wiedziałem że to właśnie tu, gdzieś między wysuszonymi palmami i brązowymi skałami, znajduje się grób Chura Kal Baszana. Opowiadał mi o nim mój przyjaciel Zurkan, a Zurkan to źródło pewne.  Baszan był mężem rodem z Bollomlaru, ale będąc dzieckiem dostąpił zaszczytu pielgrzymki do Wielkiej Świątyni w Kirouk, skąd przybyły z Zary kapłan, tknięty przeczuciem, powiódł go w swe strony. Zakładał, że chłopiec ma potencjał i niezwykłe, jeszcze uśpione – zdolności. Kiedy Baszan wrócił, był już pod trzydziestkę i niewiele pamiętał z rodzimej mowy – a mimo to chodził i nauczał, tego co jego samego nauczono, w czasie codziennych praktyk. Pierw przez tłumaczy, na migi, potem przyswoił sobie więcej słów i zwrotów. Stary kapłan się nie pomylił – miał dar. Uśmierzał ból dotykiem, i sporządzał lecznicze mikstur, mówił cicho i spokojnie, mądrze – więc go szanowano. Nie brał za to pieniędzy. Kiedy mu się zmarło – wystawiono mu piękny grobowiec. Dziś, po przeszło stu laty, wysmagany wiatrem pustyni – stracił sporo ze swego uroku. Kute starannie inskrypcje były już prawie nieczytelne, ale miejscowi z północnego brzegu o nim pamiętali. Wszędzie walały się miski z resztkami ofiar których nie wyżarły jeszcze myszy, suche na wiór płatki kwiatów i wypalone lampy oliwne. Wszystko to chrupało pod moimi sandałami – trza by wielu dni by uprzątnąć ten bałagan. W szczelinach, między płytami grobowca tkwiły kartki z prośbami o protekcje, o uzdrowienie, podziękowania. Wyjąłem jedną z nich, potem drugą, przeglądałem je nieśpiesznie. Ludzie byli niepiśmienni, więc często po prostu malowali to co ich niepokoiło, na czym im zależało, za co byli wdzięczni: sylwetki z punktami wyobrażającymi bolące miejsce – od łaknących ozdrowienia; ciężarne brzuchy i pełne piersi – od kobiet których łona były jałowe; symbole pomyślności – od tych którym się nie wiodło; podziękowania w formie symetrycznych wzorów tworzących kwiaty i ptaki. I tak dalej.
Wiedza jaką Baszan posiadł za górami, i fakt że pozwoliła mu być obecnym w sercach tutejszych, nawet sto lat po swojej śmierci – zaintrygowała mnie. Rzecz jasna rozumiałem że nie jest to sytuacja niecodzienna, że podobnych miejsc kultu jest w świecie sporo, jednak musiało coś w tym być. Tydzień później wertowałem zielnik Aszamrana. Dziwiłem się że nigdzie nie mogę napotkać opisywanych w nim ziół. Obrazki były wykonane starannie, odciśnięte porządnie i fachowo zabarwione, wyglądały realistycznie... a jednak nie sposób było napotkać podobieństw miedzy przedstawionymi tam roślinami a tym co było pod stopami. Nie zgadzało się nic – kompletnie. Miałem już pozbyć się mojego egzemplarza, wnosząc, że to jakiś badziew, kiedy Zurkan uświadomił mnie że Aszamran był Szembeharczykiem, a omawiane tam rośliny rosną tylko po drugiej stronie gór. Potem rozmawialiśmy o tym krótko przy szklanicy mocnego hadżmuru. Dowiedziałem się że tutaj ich uprawa się nie udaje, a nawet jeśli – to korzenie są pozbawione swoich szczególnych właściwości. Nie ta gleba, nie to słońce. [...] Coraz częściej dumałem o wschodnim wybrzeżu, ale poinformowano mnie że jako człowiek całkiem obcy, spoza kręgu tutejszych tradycji – nie mam szans postawić swojej stopy po drugiej stronie Szukkuru. Że tutejsi mają z tym nie lada problem, nie są mile widziani, a co dopiero taki ktoś jak ja. Cóż, nie oponowałem, ale poprosiłem o wyjaśnienie. Wyszło na to, że tunele jakie wcześniej służyły do komunikacji, w większości zasypano,  a przełęcze są trudne do pokonania – idąc samemu, bez przygotowania, mogę łatwo spaść i roztrzaskać sobie głowę, albo napotkać górskich ludzi, którzy chętnie zakosztują mojego mięsa, doprawiwszy ziołami opisanymi przez Aszamrana. Zatem nie ma w zasadzie o czym gadać. Af-Curowie, Szembeharczycy, Kizowie, Nassarowie i Nurulczycy, ludy Ruszaru, Kikruszu, Zary i Tanak Dumandi – wypięły się na zachodnich Efryjczyków, oskarżając ich o sianie niepokojów, roznoszenie chorób, gorszenie młodzieży, kradzieże i morderstwa – a przede wszystkim brak poszanowania dla ichnich bogów. Uznano kontakty za niesymetryczne i bezcelowe. Posłów i dyplomatów odesłano do domu. Pierw czynili tak Zarowie i Tankowie, a potem poszli w ich ślad inni. Tunele, górskie ścieżki, drogowskazy i wszelkie inskrypcje –  skuto bądź wysadzono. Obalano stropy przejść i nanoszono gruzu. Systematycznie i konsekwentnie. Pewne ścieżki ocalały, przez stulecia powstały nowe – ale ich lokalizacje utrzymywane są w tajemnicy, a pokonanie tych szlaków wymaga niemałej sprawności. [...] W pismach Hwara Kargana ani świętego Ira  nie znalazłem nic na temat cudownych miast wschodniego wybrzeża, musiałem więc pytać tubylców – coraz bardziej poirytowanych moją dociekliwością. Ich niechęć do rozmowy nie była jednak związana z jakimś tabu, uderzeniem w czuły punkt, czy grzebaniem w sprawach których nie wolno poruszać z cudzoziemcami... po prostu – niewiele wiedzieli. W końcu jednak udało mi się dopaść pewnego starego Kiroukczyka, który nosił takie samo imię jak jeden z orckich wodzów z Dalekiej Północy, a co było dość dziwaczne. On sam na szczęście też był  dość osobliwy, przez co wcale się nie irytował, tłumaczył wszystko jak dziecku, i jak się zdaje czerpał nawet z tego pewną przyjemność. Wypiliśmy ze Sgugiem Bakkzarem setki czar hadżmuru, i dziesiątki mocnych piw, dzięki niemu wywiedziałem się że owszem, tamtejsze pałace i ogrody w których biją zdroje mogą robić wrażenie, ale ich budowniczowie to zwyczajni ludzie. Też podatni na choroby i jak najbardziej śmiertelni. Zdradził mi, że są tam społeczności które w ogóle nie jedzą mięsa, bo uśmiercanie zwierząt traktują jako grzech. I rosną, i żyją i nikomu to nie szkodzi. Ja zaś powiedziałem mu o ludach z Hure, które żyją tylko dzięki mięsu, i to surowemu. Szakale! – sapnął rozbawiony, chyba mi nie dowierzając. Uzupełniłem dzięki niemu wiedze wyniesioną z zielnika, dowiedziałem się z kory jakich drzew robi się tam kadzidła, jaka żywica jest po temu najlepsza, jak pozyskiwać proszki otumaniające oraz po których grzybach wizje są najsilniejsze. Rzekł mi też o Nargilu Ahtanie, jak później ustaliłem półkrwi Neuwczyku, który w służbie imperatora zwiedził pół świata, aż w końcu dotarł do Omniru, bawił czas jakiś w Basil, a potem starał się dotrzeć morzem do wschodniego wybrzeża Efru. O dzień drogi od Khure, przerażony wirującymi na niebie światłami, średnicy zbliżonej do księżyca, które krążyły nad jego okrętem i co i rusz obniżały lot – zawrócił. [...] O tym co dzieje się na wodach na południe od Bollomlar różne rzeczy słyszałem, i wole ich nie powtarzać, bo co człowiek to inna historia, często wykluczająca się z pozostałymi. A część z nich to wręcz durna. [...] W państwach-miastach panoszą się ponoć gnomy, i to je Bakkzar obwiniał za zawieszenie relacji handlowych. A wracając do osobliwości, ponoć idzie tam spotkać sztukmistrzów wprawionych w sztuce lewitacji, połykaczy ognia i atletów giętkich jak makaron, niczym z niewypalonej gliny, przybierających takie pozy jakby nie mieli kości. Raz do roku chodzi się tam po gorących węglach, specjalnie rozsypywanych w tym celu po ulicach. O dziwo śmiałkowie nie parzą sobie stóp – tak starzy jak i młodzi. Może węgle są już wychłodzone? [...] Ludzie często się tam myją, nawet biedota potrafi pluskać się w strumieniu dwa raz na dzień. Używają wonności, maści i balsamów. Mają je zresztą z czego robić. Tamtejsze łaźnie przewyższają komfortem nawet te którymi cieszą się na co dzień tuzurczycy. Spędza się tam całe dnie na rozmowach, słucha mądrych ksiąg i doświadcza masaży oraz pieszczot jakie pasowałby by bardziej do lokalu nierządnic. [...] Wschodni Efryjczycy wielce lubują się w kamieniach, szlachetnych, półszlachetnych i zwyczajnych, niektórzy wręcz zbierają je dla rozrywki – jak gnomy jajka, elfy goblinie czaszki a leśni łowcy smocze zęby. [...] Wiele się słyszy o kunszcie tamtejszych rzeźbiarzy, zdolnych rzemieślnikach, jubilerach i wysokim poziomie nauki, zwłaszcza alchemii, sztuki medycznej i astronomii, ale mój rozmówca uważa że to akurat przesada. Że Basil, Kir U czy Hallkar nie są wcale w tyle, wszędzie bowiem ludzie mrą i można ćwiartować ich doczesne szczątki, niebo też się niczym nie różni, a zachodnie stoki Szukkur kryją te same minerały i metale co wschodnie”.

Oe z Mnalan