piątek, 9 lutego 2018

Zielone Wyspy

Na południowych wodach niespokojnego Teritallu, z dala od wielkich lądów, fale obmywają liczne chaotyczne roje i długie łańcuchy górzystych wysp, zwanych Zielonymi (Tsiroe). W zależności od wiatrów i rodzaju statku – płynie się tam od dwóch do trzech miesięcy.


Biorą swe miano od bujnych, gęstych puszcz, które przez okrągły rok – niezależnie od tego czy panuje właśnie jesień czy zima – rosną i szumią swymi grubymi, mięsistymi liśćmi. Choć po prawdzie tam gdzie rosną nie ma ni śniegu, ni przymrozków. Panuje wieczne lato, a dzień trwa tyle samo co noc, zawsze. I może to tu kryje się sekret ich rozmiarów? Cóż, niepodważalną prawdą jest że nie ma w świecie potężniejszych drzew, grubszych i bardziej rozłożystych jak te z Tsiroe Alm – ustępują im nawet efryjskie pustynne giganty, a te które robią wrażenie na Kulińczykach, wyglądają przy nich jak trzciny. Niektóre potrafią w ciągu jednego dnia i nocy urosnąć o jedną dziesiątą łokcia, a inne nawet o łokieć i więcej. Jakby nieprawdopodobnie to nie brzmiało – tak jest. W ciągu raptem kilku lat, osiągają gigantyczne rozmiary. Choć z wiekiem rosną wolniej. Najstarsze, o rozłożystych koronach, padają pod własnym ciężarem bądź tracą największe konary, strasząc potem lepkimi od żywicy kikutami. Jeśli w ułamanych odnogach zalęgło się robactwo – dość szybko mrą i gniją; jeśli są zdrowe – wrastają w glebę i kontynuują swe życie. Na zbutwiałych resztkach szybko wyrastają nowe rośliny, puszyste mchy, zioła, krzaczki i drzewka. Wszędzie walają się nasiona, przywleczone przez wiatr i leśne zwierzęta – mają więc z czego kiełkować, tam gdzie jest choć trochę światła, zaraz pojawiają się nowe pędy. Największe pnie, obalone przez huragany, nie przeżarte przez korniki, rzadko się marnują. Miejscowi robią z nich łodzie, bębny i beczki. W wybranych rodzajach świętych drzew rzeźbi się wizerunki bóstw i przodków. Największe gatunki są tak grube, że aby je objąć – trzeba kilkunastu mężczyzn. Niektóre plemiona drążą je tygodniami, i urządzają sobie w nich domostwa. Widuje się całe wioski tego typu, a bywa że pnie są tak ogromne, że mieszczą kilka izb (każdą zamieszkuje inne pokolenie). Tak, to nie bujda! Kapłani, możni i uczeni, a także cieśle i ichni pomagierzy, ludzie różnych stanów i temperamentów, głupi, niegłupi, starzy i młodzi – wszystko to widzieli i jak jeden mąż mówili to samo. I mówią nadal – bo przecież to wszystko trwa, i wciąż powstają nowe wioski w pniach, jeśli tylko ich mieszkańcy muszą się przenieść, a wiele plemion odczuwa taką potrzebę cyklicznie. Na ogół normą jest jedno pomieszczenie na jedno drzewo – bo takie dłubie się najłatwiej. Przyroda śmiało tu sobie poczyna, zachęcając wręcz by czerpać zeń pełnymi garściami, a nie znający stali dzicy, mimo trudności – pracują wytrwale. Rzeźbią swe dziuple ostrymi muszlami, kamieniami  i ociosanym krzemieniem, dniami i nocami usuwając przegniłe drewno, a potem wypalają wnętrza i ścierają sadze. Prosty, prymitywny sposób – ale skuteczny.


Kiedy między rokiem 1200 a 1230 dotarli tu pierwsi żeglarze z Kulinu, Barnijczycy z  Waikemaaru i Kokar, zdziwiło ich, iż mimo zbliżającego się zimowego przesilenia tutejsza roślinność wygląda tak, jakby panowała pełnia astronomicznego lata. Niektórzy się wprawdzie tego domyślali, wnioskując po pogodzie i umiejętnie łącząc fakty, ale i tak widok zielonych drzew doprowadził większość do głębokiej konsternacji. Może gdyby między Kulinem a wyspami Dalekiego Południa były jakieś lądy, a przyroda zmieniała się stopniowo, szok byłby mniejszy – ale Barnijczycy pokonawszy pustkę Teritallu, opuściwszy ojczyznę skąpaną w jesiennych barwach, po kilku monotonnych tygodniach znaleźli się niespodziewanie w krainie wiecznego lata. Sceneria zmieniła się od razu, jak malowane tło w teatrze. Wielu zwątpiło w swoje zmysły. Długo dumali, czy należy przybijać do brzegu, czy to bezpieczne... może prawdziwy wizerunek lądu maskuje jakiś czar, a jego rzeczywisty obraz nie jest tak sympatyczny? A może w ogóle go tam nie ma? Iluzja to jaka, albo  zbiorowy obłęd? W końcu w ojczyźnie mróz, zapewne pierwsze śniegi już pokrywają pola i bielą gonty, dni muszą być krótkie, ciemne, tutaj zaś... inny świat, jakby rządzący się całkiem odmiennymi prawami. Nikt nie brał pod uwagę całkowitego zaniku pór roku, ani tego, że słońce może prażyć mocniej, nie wspominając o odmiennym rytmie jego wędrówki. Do Południowego Efru podówczas rzadko kto pływał, a konkretnych wyobrażeń o lądach których się spodziewano  za Teritallem – nie było. Zakładano tylko że są. A jak są, to pewnie podobne do południowego wybrzeża Kulinu –  nikt nie wychodził ponad ten tok rozumowania.
Drugim kamieniem milowym, będącym chyba jeszcze większym zaskoczeniem, było odkrycie że im dalej na południe, tym nie goręcej (jak zaczęto spekulować) a chłodniej. Stopniowo, pokonując kolejne rafy koralowe, niebezpieczne skały, wchodząc w konflikty z lokalnymi grupami dzikich, Kulińczycy dotarli do wysp które okrzyknięto Pifryjskimi i samotnego lądu, nazwanego na cześć Świętego Koggara. Tam zobaczyli jesienne barwy, dobrze znane z ojczyzny. I dryfujące góry lodowe. Potem śmiałkowie osiadli pośród dzikich, zgromadziwszy zapasy – zaczęli się wypuszczać coraz dalej na południe, aż poznali mroźne, niespokojne wody, urozmaicone niekiedy gigantycznymi płatami kry. Wszystko to zgadzało się z tym co mówili im miejscowi, jednak zapragnęli zobaczyć więcej, dopłynąć do krańca świata. I udało im się. Po wielu trudach dotarli w końcu do Krainy Lodu, morderczej i skrajnie niegościnnej, która wydała im się podobna Białym Pustkowiom Dalekiej Północy. Chłodniejsze wody za Dalekim Południem zaczęto określać Południową Rubieżą. Poza ptakami, rybami które mnożą się wszędzie (więc i tu dającymi sobie radę), lubiącymi zimno fokami i polującymi na nie morskimi gadami o szarych pyskach – nie ma tam życia. Czasem widuje się jeszcze wieloryby i meduzy, ale to wszystko.  Krainę Lodu tworzą częściowo czarne wyspy, podmorskie skaliste góry, których szczyty wystają ponad powierzchnię, ale większość z tego co mogą zobaczyć nieliczni docierający na te wody żeglarze, to wieczny lód. Gruby,  na ogół płaski, o głębokim zanurzeniu. Identyczny jak ten z Białych Pustkowi. Badacze zainteresowani jego charakterem i potencjalnymi bogactwami, wwiercali się weń, kuli i rąbali szyby: na głębokości około trzystu stóp napotykali wodę. Dna jednak nie sięgali – pod lodem jest bliżej nieoszacowana głębia. Ciemna i pusta – bez śladów choćby najmniejszych żyjątek.

Geografowie, bazując na doświadczeniach żeglarzy i ustaleniach okrętowych kartografów, a także informacjach pochodzących od tubylców, dzielą Zielone Wyspy się na Archipelagi Wschodnie i Zachodnie. Ich łączna powierzchnia wraz z rozdzielającymi je płytkimi morzami, zajmuje obszar nieco większy niż Kulin, a porównywalny do znanej części Północnego Efru – widać to szczególnie dobrze kiedy nałożymy na siebie mapy w tej samej skali, i spojrzymy pod słońce.
Mimo setek lat jakie minęły od ich odkrycia, wciąż nie ustalono pełnej listy wysp; nie ma nawet zgody co do ilości ich skupisk – katalogowane są wedle różnych kryteriów, często podyktowanych polityczną rywalizacją. Nie naniesiono też na mapy wielu płycizn i raf, zbyt wielu by beztroskie pływanie po tych wodach było bezpieczne, zwłaszcza w czas pory deszczowej.
Dobrze znamy tylko pojedyncze wyspy, głównie te które zasiedlają osadnicy z Kulinu, inne jedynie w przybliżeniu, co sprowadza się na ogół do wynotowanej rzeźby terenu, tj. tego co widać z pokładu statku, określenia typu wybrzeża i linii brzegowej, a także ustaleniu czy ląd jest zamieszkały. To ostatnie nad wyraz często okazuje się informacją błędną, i bywa przyczyną wielu nieszczęść. W przypadku większych lądów, z bujniejszą roślinnością – oszacowanie ich faktycznego kształtu jest niemalże niemożliwe.

Zielone Wyspy zamieszkują tzw. czarni ludzie, zbliżeni wzrostem i proporcjami ciała mieszkańcom Runu, Kulinu i Efru, ale o skórze brunatnej. Raz to ciemniejszej, raz to jaśniejszej – niekiedy ciężko ocenić, bo malują ciała sadzą, pyłem i startym kwieciem – co nadaje im upiorny wygląd i jednocześnie chroni przed robactwem (które pleni się tam na potęgę). Jej zabarwienie, podobnie jak wzory malunków, na ogół  precyzyjnie wskazuje przynależność plemienną i pokrewieństwo z innymi grupami wyspiarzy. Niektórzy donoszą nam też o plemionach jasnoskórych, zbliżonych wyglądem do ludów hafryjskich i sauryjskich, widywanych na krańcach Archipelagów Wschodnich, ale należą one do zdecydowanej mniejszości. Prócz nich, żyją tu też karłowaci dzicy ludzie, podobni do tych z Dalekiej Północy i efryjskich gór. Różnych rodzajów i natury – część z nich jest płochliwa i tylko obserwuje z ukrycia wioski czarnych, licząc niekiedy na pozostawione przez nich resztki, inne, żyjące w dużych grupach – otwarcie domagają się jedzenia i psocą co niemiara jeśli się im go odmówi. Posuwają się nawet do kradzieży. Niekiedy zachowują się zupełnie jak zwierzęta, i ciężko dopatrzyć się w nich istot rozumnych. Włochaty, niewielki ludek stale coś je, a ciemnoskórzy posilają się z rzadka i w małych ilościach. Od połowy tego co je normalny Kulińczyk, do nawet zaledwie jednej trzeciej – mimo to potrafią wiosłować całymi dniami nie opadając z sił, śmieją się i żartują nawet kiedy ich ręce pokrywają krwawiące pęcherze. Jeśli zaczną jeść więcej, dostają do jedzenia produkty typowe dla Środkowego Południa, albo rodzime w dużej ilości – bardzo szybko tyją. Jakby ich ciała szykowały się na przejściowe niedobory. Nie ma tu wprawdzie okresów chłodniejszych, występują jednak miesiące pełne deszczu, gwałtownych burz i huraganów, kiedy ciężko o pożywienie. Powtarzają się cyklicznie, a wyspiarze właśnie z myślą o tym trudnym czasie drążą w drzewach olbrzymie dziuple. Tylko one, ruiny starych budowli i jaskinie, dają w miarę suche i bezpieczne schronienie.

Zielone wyspy, przynajmniej częściowo – uznawane są za pozostałości Kontynentu Południowego. Wspomniane ruiny i podwodne bryły, przypominające ociosane bloki skalne, wielkie płytowe drogi, fundamenty i tarasy, i co tam jeszcze chce się w nich widzieć, wielu traktuje jako potwierdzenie krążących od tysiącleci legend. Opowieści o prakolebce białych na Dalekim Południu, wielkim kataklizmie i ucieczce do ziem elfów. Są i tacy, którzy dopatrują się w niektórych skałach ludzkich posągów – co skutkuje wieloma osobliwymi nazwami, nanoszonymi na mapy z pominięciem tych używanych przez miejscowych.

Żyje tam wiele zwierząt: barwne ptaki w przeogromnej różnorodności, tysiące rodzajów owadów – chrząszczy rozmiarów ludzkiej dłoni, zajadle kąsających much i  łasych na nektar motyli, tak dużych jak ptaki; pośród gnijących liści pasą się leśne świnie, podobne do naszych dzików, brunatne gryzonie przypominające świstaki o psich łapkach, a nad nimi drzemią duże owocożerne nietoperze i wielkookie nocne dziwolągi. Ponadto gady i płazy: leśne smoki, kolorowe żabki i zwinne jaszczurki. W głębi lądu krążą duże ptaki-nieloty, przewyższające człowieka i wzrostem i siłą – podczas polowań bezszelestne, bardzo agresywne, trudne do spłoszenia, oraz kupa stworzeń które jeszcze oko jasnoskórego nie widziało, a przez miejscowych opisywanych dość dziwacznie. W puszczach, wśród konarów – można napotkać lądowe ośmiornice. Jadowite i nie. Podobnie jak w przypadku węży – trzeba na nie uważać. Nawet jeśli to ten drugi rodzaj, wcale nie czyni go to mniej niebezpiecznym. Potrafią przydusić nawet ofiarę większą niż one same, zmiażdżyć jej kark i skruszyć kończyny. Trwa to zaledwie chwilę, a kiedy są głodne bywają piekielnie szybkie. Choć to stworzenia nieduże, mają znaczny zasięg ramion i są bardzo mądre. Kiedy polują w grupie – współpracują jak ludzie. Porozumiewają się huknięciami przypominającymi nawoływania sów i ćwierkania wróbli, rzadko milczą – dzięki temu choć niewidoczne w koronach drzew, zdradzają się ze swą obecnością. Lekceważących te stworzenia na ogół nie ma już wśród nas, albo są trwale oszpeceni i utykają. Dlatego zawsze należy mięć oczy i uszy otwarte. Wyspiarze znają rośliny których zapachu ośmiornice nie cierpią, i nim wejdą do lasu – skrapiają się wywarem z ich kory i liści, albo nacierają ciało świeżo zerwanymi. Dzieci które o tym zapominają, na ogół marnie kończą.
W większości przybrzeżnych raf pływają małe, zwinne rybki – lśniące jak rubiny, ametysty i szmaragdy, odpowiedniki ptaszków mieszkających w rozłożystych konarach drzew i leśnej ściółce. Uważny obserwator wypatrzy tam także morskie ślimaki i małże, których skorupki są białe bądź pastelowe.
Wśród skał i na pełnym morzu grasują różne rodzaje rekinów, niekiedy małe i niegroźne, innym razem zaś śmiertelnie niebezpieczne. Te polujące niekiedy na dzieci wyspiarzy, lekkomyślnych rybaków i ich udomowione kormorany, wpływają w czasie przyboru do większych rzek, walczą z nurtem, a kiedy trafi się okazja, wciągają ofiarę pod wodę i dosłownie rozszarpują.
Morskie jaszczury praktycznie identyczne z tymi z południowoefryjskich rzek, czasem tylko różniące się odeń kształtem pyska, także pływają wśród raf. Utrudzone pokonywaniem fal, odpoczywają na plażach, obok stad wszędobylskich mew, często drepczących po ich cielskach i nic sobie z morderczych potworów nie robiących, jakby te były kłodami. W pewnych okresach plaże zapełniają się cielskami wielkich żółwic, tłumnie wylegających na brzeg w czasie ciepłych nocy. Gigantów, chronionych przez skorupy mające średnicę dziesięciu łokci i więcej. Żółwie te zamiast kończyn mają szerokie płetwy, a oczy łzawią im jak ludzkie – wychodzą na plaże tylko raz do roku, by złożyć jaja. Nie opiekują się młodymi – te zaraz po wykluciu mkną do morza. Ociężałe krowy morskie nie są w stanie wygramolić się na ląd, fale wyrzucają martwe bądź chore osobniki, innych się poza wodą nie widuje; przypominają foki – ale zamiast rybami, żywią się pokarmem roślinnym. Pływają na ogół w niewielkich grupkach, po kilka osobników. Kiedy pasą się na przybrzeżnych glonowiskach, faktycznie przypominają najzwyklejsze krowy mleczne. W ciepłych wodach Zielonych Wysp mnożą się także znane z północnego Teritallu delfiny i wieloryby – wyjąwszy te ostatnie, oraz ślimaki morskie, które często są bardzo trujące – wszystkie wymienione gatunki należą do przysmaków wyspiarzy. Dietę uzupełniają jagodami i orzechami, które zbierają głównie kobiety i dzieci. Wielkim przysmakiem czarnych jest miód, są nim także słodkie nasiona, jaja i larwy drzewnych owadów, oraz gotowane bulwy.

wtorek, 6 lutego 2018

Ziemie Zewnętrzne

Ośnieżone szczyty niebosiężnego Szukkuru układają się w wielkie masywy i tworzą nieprzebytą barierę, niemożliwą do pokonania dla większości zwierząt i ludzi. Przypominają sterczące z dolnej szczęki zęby wodnych jaszczurów, i budzą podobną trwogę – jednak ci, którzy umieją dzielić siły na zamiary, odpowiednio zdeterminowani – pokonują ich śliskie stromizny i docierają na drugą stronę. Czasem dzięki sile własnych mięśni i życzliwości bogów, czasem dzięki prastarym tunelom, schodom z wykruszonymi schodami i wąskim ścieżkom, które ostały się tu jeszcze z czasów kiedy ludy wybrzeża chciały  mieć coś do czynienia z potomkami Hafra i Saura, kiedy jeszcze się to opłacało. W 1610 roku nowej ery  zasypano ostatnie hallkarskie przejścia, i od tego czasu – nieliczni nawiązują kontakty handlowe z przymorskimi królestwami, i robią to potajemnie, na niewielką skalę, a o pobieraniu nauk w ichnich domach mądrości, świątyniach i cechach – nie może być już mowy. Większość zewnętrznych królestw zadecydowała  ze kontakty te są dlań nieopłacalne, a wręcz sieją tylko niepotrzebny ferment. Bano się, że agresywne wojska hallkarskie zajmą w końcu ich doliny, i rozgoszczą się jak u siebie; Kiroukczycy wydawali się nie napawać ich tak czarnymi myślami, ale trakt wzdłuż górnego Simisiz niewiele dzieli od szerokich przełęczy gór Orlich, i zakładano że prędzej czy później Basilowie zgromadzą odpowiednie siły – pierw przyjdą po srebro i inne metale, potem zaczną wycinać lasy, a w końcu zakuwać w kajdany chłopów i gnać całe wioski do Hor Tyrah, by harowali na ich potrzeby. Nie chcieli ryzykować. Na ile te obawy były zasadne, trudno orzec, zwłaszcza z naszej perspektywy czasowej i geograficznej. Fakt faktem, że dalej niż do Khure nikt tutaj nie pływa, i nie obawiając się ataku z morza – mieszkańcy wschodniego wybrzeża uznali to za rozwiązanie idealne. (Silne prądy i duża liczba zaginionych jednostek, a nawet całych armad – odnotowywana od niepamiętnych czasów, utrwaliła złą sławę mórz południowych i permanentnie zniechęciła śmiałków).


Za górami Szukkur, na wschodnim wybrzeżu – deszcze są obfite a roślinność zielona. Łąki ukwiecone, wonne, wypełniają doliny i pokrywają łagodne stoki; drzewa tutejszych puszcz niewiele odstają od tych harzaarskich, są równie grube i wiekowe. Niektóre nawet je przerastają. Pośród tych kojących oczy krajobrazów występują i obszary kamieniste, pobawione roślinności, niewielkie pustynie ożywające tylko w chłodniejszej porze roku, ale w większości miejsc pleni się dzikie życie – wszelkich kształtów i postaci. Nad rzekami ciągną się pola uprawne, osady i przystanie. Na południowoefryjskich mapach nanoszone są duże miasta, dużo gęściej rozsiane po wybrzeżu i liczniejsze jak w pustynnych królestwach Saurów i Hafryjczyków; towarzyszące mapom ryciny ukazują ich wysokie mury, strzeliste wieże i duże kopuły, kaskadowe ogrody i tarasy. Opisy jakie mamy stoją w zgodzie z tymi obrazami, choć mają już swoje lata i nie zawsze prezentują bieżący stan rzeczy – nie uwzględniają ani szkód poczynionych przez ubiegłowieczne trzęsienie ziemi, ani Wielki Sztorm z roku 1776, który wciągnął do morza niejedną rybacką wioskę, niszczył porty i nisko położone pałace. Obecnie dotrzeć tam trudno, i mało prawdopodobne by postała tam stopa czytelnika.


Oto lista wszystkich państw-miast, królestw, księstw i oligarchii, które leżą na wschodnim wybrzeżu Południowego Efru, od Harzaarskiej dziczy po nieznane krańce południowe – różnią się często obszarem, jedne są porównywalne powierzchniowo z sauryjsko-hafryjskimi kanadami (okręgami), władza innych sięga raptem parę tysięcy kroków od murów stolicy, większość z nich bierze swe miano od siedziby iszamlana, rozbudowanej twierdzy bądź kompleksu miejskiego:

Af-Cur, Szembehar, Kiz, Kublai Khan, Szabahar, Barear, Fiiwaaszar, Czudyrall, Narsien, Nassaar, Kijan, Megah, wyspa Kalbari, Basair, Nurul, Khaar, Ruszar, Derian, Kikrusz, Perikan, Kiw, Karall, Mufr, Dżałran, Ułr, Szarah, Husz, Ikhur, Allar, Zara, Tanak Dumandi, Mur, Hawz-Haraf, Mukim, Yrymraet, Malak, pustynia Lyrff i Aifron Tigriz.
 
Ważniejsze miasta, nie będące siedzibą monarchów to:

Muhurukull (Szabahar), Nowrikar (Narsien), Tikkekaar (Derian), Mumbaar (Karall), Uzbaar (Zara), Mahakau (Zara), Tugur (Aifron Tigriz), Hoinor (Kikrusz), Hagapuur (Basair), Syrna (Nurul), Khuran (Khaar), Nnar (Tanak Dumandi), Duszy Kern (Mukim). 




[...]

Ciekawe opowieści na temat krain i ludów wschodniego wybrzeża wynotował Ket Tarif, szczwany lis, który rozpytywał o nie kogo tylko mógł: „Lata temu Wielki Iszamlan Aetis Isril, przywiózł z ziem orków posąg ichniego boga – Kuriego, którego kiedyś, całkiem bezmyślnie, pod osłoną nocy, skradziono ze świętego kręgu – wywołując tym czynem koszmarny gniew właścicieli. Była to jedna z kilku topornych figur otaczających miejsce ciałopalnych ceremonii, krwawych ofiar i surowych sądów. Stałem sobie spokojnie pod tym kanciastym patronem myśliwych, cierpliwe grawerując w jego boku swe imię i czekając aż Khwyrowie, tj. simiszcy rybacy znad środkowego biegu, opróżnią łodzie i pomogą nam przeprawić się ku piaskom Bollomlaru. Trwało to całą wieczność, bo mieli na kilku szerokich szkutach setki dzbanów, sterty wypchanych lnianych worków, dziesiątki koszy oraz klatek z ptakami, a pomóc sobie nie dali. Zatem czekaliśmy – ja, jasnowłosy obibok, i Kuri – bóg wielkich łowów, burz i trąb powietrznych. Ja zniecierpliwiony, on obojętny. Szykowało im się w osadzie wesele – kuzynka kończyła właśnie rok czternasty i spieszno im było oddać ją w dobre ręce, by nie daj boże nie została starą panną. Tutaj nie zwleka się z tym tak jak w miastach – rolnicy nie żyją długo i wychodzą z założenia że trzeba się śpieszyć. [...] Kiedy skończyli, popłynęliśmy przez mętne, niespokojne wody, pełne życiodajnych osadów z Kurklunu i pustynnego pyłu. Huśtało. Wysadzili mnie w zaroślach, dali zawinięte w liście gotowane jajka i chleb, oraz odradzili oddalanie się od rzeki. Przed sobą widziałem tylko krzaki i karłowate suchorosty, ale wiedziałem że to właśnie tu, gdzieś między wysuszonymi palmami i brązowymi skałami, znajduje się grób Chura Kal Baszana. Opowiadał mi o nim mój przyjaciel Zurkan, a Zurkan to źródło pewne.  Baszan był mężem rodem z Bollomlaru, ale będąc dzieckiem dostąpił zaszczytu pielgrzymki do Wielkiej Świątyni w Kirouk, skąd przybyły z Zary kapłan, tknięty przeczuciem, powiódł go w swe strony. Zakładał, że chłopiec ma potencjał i niezwykłe, jeszcze uśpione – zdolności. Kiedy Baszan wrócił, był już pod trzydziestkę i niewiele pamiętał z rodzimej mowy – a mimo to chodził i nauczał, tego co jego samego nauczono, w czasie codziennych praktyk. Pierw przez tłumaczy, na migi, potem przyswoił sobie więcej słów i zwrotów. Stary kapłan się nie pomylił – miał dar. Uśmierzał ból dotykiem, i sporządzał lecznicze mikstur, mówił cicho i spokojnie, mądrze – więc go szanowano. Nie brał za to pieniędzy. Kiedy mu się zmarło – wystawiono mu piękny grobowiec. Dziś, po przeszło stu laty, wysmagany wiatrem pustyni – stracił sporo ze swego uroku. Kute starannie inskrypcje były już prawie nieczytelne, ale miejscowi z północnego brzegu o nim pamiętali. Wszędzie walały się miski z resztkami ofiar których nie wyżarły jeszcze myszy, suche na wiór płatki kwiatów i wypalone lampy oliwne. Wszystko to chrupało pod moimi sandałami – trza by wielu dni by uprzątnąć ten bałagan. W szczelinach, między płytami grobowca tkwiły kartki z prośbami o protekcje, o uzdrowienie, podziękowania. Wyjąłem jedną z nich, potem drugą, przeglądałem je nieśpiesznie. Ludzie byli niepiśmienni, więc często po prostu malowali to co ich niepokoiło, na czym im zależało, za co byli wdzięczni: sylwetki z punktami wyobrażającymi bolące miejsce – od łaknących ozdrowienia; ciężarne brzuchy i pełne piersi – od kobiet których łona były jałowe; symbole pomyślności – od tych którym się nie wiodło; podziękowania w formie symetrycznych wzorów tworzących kwiaty i ptaki. I tak dalej.
Wiedza jaką Baszan posiadł za górami, i fakt że pozwoliła mu być obecnym w sercach tutejszych, nawet sto lat po swojej śmierci – zaintrygowała mnie. Rzecz jasna rozumiałem że nie jest to sytuacja niecodzienna, że podobnych miejsc kultu jest w świecie sporo, jednak musiało coś w tym być. Tydzień później wertowałem zielnik Aszamrana. Dziwiłem się że nigdzie nie mogę napotkać opisywanych w nim ziół. Obrazki były wykonane starannie, odciśnięte porządnie i fachowo zabarwione, wyglądały realistycznie... a jednak nie sposób było napotkać podobieństw miedzy przedstawionymi tam roślinami a tym co było pod stopami. Nie zgadzało się nic – kompletnie. Miałem już pozbyć się mojego egzemplarza, wnosząc, że to jakiś badziew, kiedy Zurkan uświadomił mnie że Aszamran był Szembeharczykiem, a omawiane tam rośliny rosną tylko po drugiej stronie gór. Potem rozmawialiśmy o tym krótko przy szklanicy mocnego hadżmuru. Dowiedziałem się że tutaj ich uprawa się nie udaje, a nawet jeśli – to korzenie są pozbawione swoich szczególnych właściwości. Nie ta gleba, nie to słońce. [...] Coraz częściej dumałem o wschodnim wybrzeżu, ale poinformowano mnie że jako człowiek całkiem obcy, spoza kręgu tutejszych tradycji – nie mam szans postawić swojej stopy po drugiej stronie Szukkuru. Że tutejsi mają z tym nie lada problem, nie są mile widziani, a co dopiero taki ktoś jak ja. Cóż, nie oponowałem, ale poprosiłem o wyjaśnienie. Wyszło na to, że tunele jakie wcześniej służyły do komunikacji, w większości zasypano,  a przełęcze są trudne do pokonania – idąc samemu, bez przygotowania, mogę łatwo spaść i roztrzaskać sobie głowę, albo napotkać górskich ludzi, którzy chętnie zakosztują mojego mięsa, doprawiwszy ziołami opisanymi przez Aszamrana. Zatem nie ma w zasadzie o czym gadać. Af-Curowie, Szembeharczycy, Kizowie, Nassarowie i Nurulczycy, ludy Ruszaru, Kikruszu, Zary i Tanak Dumandi – wypięły się na zachodnich Efryjczyków, oskarżając ich o sianie niepokojów, roznoszenie chorób, gorszenie młodzieży, kradzieże i morderstwa – a przede wszystkim brak poszanowania dla ichnich bogów. Uznano kontakty za niesymetryczne i bezcelowe. Posłów i dyplomatów odesłano do domu. Pierw czynili tak Zarowie i Tankowie, a potem poszli w ich ślad inni. Tunele, górskie ścieżki, drogowskazy i wszelkie inskrypcje –  skuto bądź wysadzono. Obalano stropy przejść i nanoszono gruzu. Systematycznie i konsekwentnie. Pewne ścieżki ocalały, przez stulecia powstały nowe – ale ich lokalizacje utrzymywane są w tajemnicy, a pokonanie tych szlaków wymaga niemałej sprawności. [...] W pismach Hwara Kargana ani świętego Ira  nie znalazłem nic na temat cudownych miast wschodniego wybrzeża, musiałem więc pytać tubylców – coraz bardziej poirytowanych moją dociekliwością. Ich niechęć do rozmowy nie była jednak związana z jakimś tabu, uderzeniem w czuły punkt, czy grzebaniem w sprawach których nie wolno poruszać z cudzoziemcami... po prostu – niewiele wiedzieli. W końcu jednak udało mi się dopaść pewnego starego Kiroukczyka, który nosił takie samo imię jak jeden z orckich wodzów z Dalekiej Północy, a co było dość dziwaczne. On sam na szczęście też był  dość osobliwy, przez co wcale się nie irytował, tłumaczył wszystko jak dziecku, i jak się zdaje czerpał nawet z tego pewną przyjemność. Wypiliśmy ze Sgugiem Bakkzarem setki czar hadżmuru, i dziesiątki mocnych piw, dzięki niemu wywiedziałem się że owszem, tamtejsze pałace i ogrody w których biją zdroje mogą robić wrażenie, ale ich budowniczowie to zwyczajni ludzie. Też podatni na choroby i jak najbardziej śmiertelni. Zdradził mi, że są tam społeczności które w ogóle nie jedzą mięsa, bo uśmiercanie zwierząt traktują jako grzech. I rosną, i żyją i nikomu to nie szkodzi. Ja zaś powiedziałem mu o ludach z Hure, które żyją tylko dzięki mięsu, i to surowemu. Szakale! – sapnął rozbawiony, chyba mi nie dowierzając. Uzupełniłem dzięki niemu wiedze wyniesioną z zielnika, dowiedziałem się z kory jakich drzew robi się tam kadzidła, jaka żywica jest po temu najlepsza, jak pozyskiwać proszki otumaniające oraz po których grzybach wizje są najsilniejsze. Rzekł mi też o Nargilu Ahtanie, jak później ustaliłem półkrwi Neuwczyku, który w służbie imperatora zwiedził pół świata, aż w końcu dotarł do Omniru, bawił czas jakiś w Basil, a potem starał się dotrzeć morzem do wschodniego wybrzeża Efru. O dzień drogi od Khure, przerażony wirującymi na niebie światłami, średnicy zbliżonej do księżyca, które krążyły nad jego okrętem i co i rusz obniżały lot – zawrócił. [...] O tym co dzieje się na wodach na południe od Bollomlar różne rzeczy słyszałem, i wole ich nie powtarzać, bo co człowiek to inna historia, często wykluczająca się z pozostałymi. A część z nich to wręcz durna. [...] W państwach-miastach panoszą się ponoć gnomy, i to je Bakkzar obwiniał za zawieszenie relacji handlowych. A wracając do osobliwości, ponoć idzie tam spotkać sztukmistrzów wprawionych w sztuce lewitacji, połykaczy ognia i atletów giętkich jak makaron, niczym z niewypalonej gliny, przybierających takie pozy jakby nie mieli kości. Raz do roku chodzi się tam po gorących węglach, specjalnie rozsypywanych w tym celu po ulicach. O dziwo śmiałkowie nie parzą sobie stóp – tak starzy jak i młodzi. Może węgle są już wychłodzone? [...] Ludzie często się tam myją, nawet biedota potrafi pluskać się w strumieniu dwa raz na dzień. Używają wonności, maści i balsamów. Mają je zresztą z czego robić. Tamtejsze łaźnie przewyższają komfortem nawet te którymi cieszą się na co dzień tuzurczycy. Spędza się tam całe dnie na rozmowach, słucha mądrych ksiąg i doświadcza masaży oraz pieszczot jakie pasowałby by bardziej do lokalu nierządnic. [...] Wschodni Efryjczycy wielce lubują się w kamieniach, szlachetnych, półszlachetnych i zwyczajnych, niektórzy wręcz zbierają je dla rozrywki – jak gnomy jajka, elfy goblinie czaszki a leśni łowcy smocze zęby. [...] Wiele się słyszy o kunszcie tamtejszych rzeźbiarzy, zdolnych rzemieślnikach, jubilerach i wysokim poziomie nauki, zwłaszcza alchemii, sztuki medycznej i astronomii, ale mój rozmówca uważa że to akurat przesada. Że Basil, Kir U czy Hallkar nie są wcale w tyle, wszędzie bowiem ludzie mrą i można ćwiartować ich doczesne szczątki, niebo też się niczym nie różni, a zachodnie stoki Szukkur kryją te same minerały i metale co wschodnie”.

Oe z Mnalan

sobota, 3 lutego 2018

Bollomlar

Bollomlar to słowo starohafryjskie, obecne we wszystkich narzeczach Basilu. W języku Khurów i dialektach kotliny Kirouk, niekiedy tylko w nieco zmienionej formie – oznacza Morze Piasków. Bollomlar jest największą z południowoefryjskich pustyń, nieprzebytą, niepoznaną, równie obcą kartografom co dno Teritallu. Kiedy stanie się na jej skraju, i weźmie dodatkowo pod uwagę że Efryjczycy innych mórz poza wszechwodami nie znają, uderzy nas trafność tej nazwy. Pozorny bezkres gorącego pustkowia, potęgowany przez brak wzniesień i zabudowań – sprawi iż każdy poczuje się bezsilną drobiną, ziarnkiem piasku. Słowa  tego jednak nie oddadzą.


To kawał ziemi – obszarowo zbliżony jest do kulińskieg Iekkuru. Ponoć skrywa pod swymi piaskami wielkie miasta, zamieszkałe jeszcze u kresu starej ery; podobno są tam wciąż czynne kopalnie, gdzie wydobywa się wielkie bogactwa; mówi się też, że żyją tam ludzie pochodzący od bogów, z sześcioma palcami u każdej dłoni – ale nic z tego nie musi być prawdą. Co natomiast wiemy? Pośród jej wydm i skalistych formacji biją słodkie źródła, i tak jak w przypadku Wielkiej Pustyni, i tu niespodziewanie, pośród totalnej pustki, wyrastają gwarne oazy. Są domem wszelkiej maści banitów, renegatów i wygnańców, próbujących swych sił jako rolnicy albo sposobiących się do ataków na ciągnące do Kirouk karawany. Rdzenna ludność Bollomlaru była spokrewniona z Basilami, nie wiemy jednak o niej wiele. Przyjmuje się że zamieszkiwali Orakl i Ortag, których ruiny ciągną się nad górnym Nuphyszem, a także osady pasterskie w cieniu Gór Orlich, nad początkowym biegiem Simisiz. Ich stolicą był Haar o nieznanej dziś lokalizacji. Bollomlarczy musieli wycofać się do oaz na południu, udać się między Basilów albo do Kirouk, gdzie zatracili świadomość swych korzeni. Albo wymrzeć. Nie można rzec o nich nic pewnego.

Bollomlar jest domem dla wszystkich tych którzy nie chcą być odnalezieni, dlatego ciągną tam ścigani wyrokami sądu mordercy, gwałciciele i oszuści. Recydywiści, którzy nie mają już czego szukać między ziomkami, a zarazem nic do stracenia (poza życiem). Dlatego też nie jest tam bezpiecznie – zabójczy klimat to jedno, morderczy mieszkańcy drugie. Ciężko orzec co gorsze.
[...]
„Azarah. Głębokie zapadlisko o stromych zboczach. Na jego ocienionym dnie, jakieś sto stóp pod ziemią,  kusi chłodną wodą pozornie płytki staw. Pozornie. To głębia bez dna. Pochłonęła już wielu śmiałków, bo ludzie pustyni zwykle nie umieją pływać, i kiedy tracą grunt pod nogami – to już po nich. [...] W okolicy są głębokie jaskinie, niektóre prowadzą do wnętrza zapadliska, znaczą je liczne ślady stóp, rozbryzgi krwi i zwykłe śmieci. Inne tworzą wciąż niespenetrowane kompleksy. Tam drzemią nienawykłe do niepokojenia smoki i pustynne raki. Byłem na miejscu i oglądałem wszystko. Naskalne inskrypcje, prowizoryczne kamienne ławy – ogryzione kości, szmaty i potłuczone naczynia. Trafiłem akurat kiedy nikt nie obozował. [...] Do Azarah łatwo dotrzeć, to o raptem pół dnia drogi od Simisiz. Ponoć dalej na południe znajdują się i inne podobne źródła – które służą bandytom za kryjówki” – wynotował Ket Tarif podczas jednej ze swych wypraw. Dalej jednak nie dotarł.
[...]
Południowe krańce Efru bogate są w gęsty olej ziemny, zwany niekiedy także olejem skalnym lub węglowym, jego wydobyciem zajmują się gnomy. Jest czarny jak smoła i łatwopalny, idealny do lamp. Wedle powtarzających się świadectw, pozyskuje się go także o tydzień drogi od źródeł Simisiz, a wypełnione nim bukłaki opróżnia w Kirouk, za co zbieracze otrzymują suszone mięso, mleko i pszenne placki. Robią to jednak na niewielką skalę w porównaniu z dobrze zorganizowanymi gnomami, które regularnie wysyłają na północ statki z setkami baryłek.
Wschodni skraj Bollomlar, przyległy do spękanych stoków gór Szukkur, gdzie żyje wiele koziorożców, stwarza warunki do stabilnego choć surowego życia. Pośród skał nie rosną tam tylko suchorosty i żywe kamienie, to już zupełnie inna kraina, tuż pod powierzchnią ziemia bywa dostatecznie wilgotna by wiele roślin znanych z oaz i nadbrzeżnych gajów krzewiło się w karłowatej formie. Te mniej wymagające osiągają niekiedy zwyczajowe rozmiary.

Penedull Maewe-Horautt, Morze Piasków, 1876 r.

niedziela, 14 stycznia 2018

Khure

Pustynia Khure leży pośród Gór Południowych, na południowo-zachodnim krańcu Efru, tuż za zielonymi brzegami Nuphyszu który wyznacza jej północną i wschodnią granicę. Dawnymi czasy wydobywano tu błękitne kamienie, sól i minerały, ale było to setki lat temu, nim wyschły życiodajne źródła – co koniec końców skłoniło Kurów do opuszczenia rodzinnych kopalni, miast i obozów. Drążone głęboko szyby nie napotykały na wilgoć, a próby doprowadzenia wody kanałami niweczyły burze piaskowe. Pod brudnożółtymi wydmami leżą Nakad i Hwyr, a także kilku innych, pomniejszych miast.  Bez troskliwych rąk swych mieszkańców szybko obróciły się w ruinę i dziś mało kto o nich pamięta. Tylko sterczące samotnie kolumny, skruszałe mury, a gdzieniegdzie fragmenty posągów przypominają że na pustyni żyli jacyś ludzie. Większość dawniej licznych społeczności przeniosła się w nadbrzeżne góry bądź żyję między Basilami nad brzegami Nuphsysz; sporo Khurów zamieszkuje w Omnirze.


Khurowie są ludem hafryjskim, uważa się że przypłynęli na kraniec kontynentu znad ujścia połączonych wód Simisiz i Ingil, bądź przywędrowali znad starorzeczy Nuphyszu. Czasy potęgi ich miast dawno przeminęły, ale wciąż są sprawnymi rzemieślnikami, mają opinie ludzi uczciwych, pracowitych i godnych zaufania. Balikraz Kibairiz, kibrucki astronom, twórca mechanizmów astrologicznych, konstruktor lunet i powiększaczy, członek rady miejskiej, był z pochodzenia Khurem. Pokonał w tutejszej grze, polegającej na przesuwaniu figur po polach, sławnego matematyka Thok Tamekha (Toktamysza).

Anonim, Krainy Dalekiego Południa, 1846 r.

sobota, 6 stycznia 2018

Kirouk

Niewielu podróżnych dociera do zachodnich stoków gór Szukkur, a i sami Efryjczycy z wybrzeża rzadko odwiedzają te strony, bo wielotygodniowa wyprawa w pyle i spiekocie nie należy do ani łatwych, ani do przyjemnych. I kosztuje też nie mało, a płacić trzeba w złocie. Za małe pieniądze nikt nie będzie nadstawiał karku, ryzyko spotkania z pustynnymi zbójcami, zaprawionymi w swym fachu siepaczami dla których źle zorganizowane karawany czy nawet większe grupy jeźdźców nie stanowią żadnego wyzwania – jest tu duże. Niemałym problemem są także wygłodniałe smoki pyłowe, atakujące wszystko co się rusza.


Wielka kotlina pośród wysuniętych na zachód skalistych pasm Szukkur*, zwana przez jej mieszkańców Kirouk, a przez ludy sauryjskie Khir Ug, leży zdecydowane wyżej od otaczających ją od zachodu pustyń. Jest tu chłodniej, a w niektórych porach roku bywa nawet deszczowo. To tutaj mają swe źródła małe potoki tworzące potężną rzekę Simisiz. [...]

Kiroukczycy wydobywają w swojej kotlinie olej skalny, w niewielkiej ilości, którego używają potem zamiast zwierzęcego czy roślinnego – do lamp i w rzemieślnictwie. Wydobywają też żelazo, srebro, ametysty, szmaragdy i rubiny, a także mniej wartościowe minerały – wszystko jednak w ilościach niedostatecznych by zapewnić sobie godziwy zysk. To raczej zajęcie dodatkowe, którego nikt nie traktuje poważnie, częściej myśląc o stadach kóz i przesuszonych polach.  (Na handlu kamieniami najlepiej zarabiają pośrednicy, choć wiele ryzykują w czasie długich podróży). [...] Co się tyczy przetopu metali na miejscu – marnie to idzie, bo brak w kotlinie złóż węgla. Co gorsza, po tej stronie gór nie ma też wielu nadających się do jego produkcji drzew, których wycinanie zresztą byłoby koszmarną głupotą, bo i tak już jałowa gleba, zmuszająca tubylców do życia z małych poletek, wypasu udomowionych koziorożców i polowań na ptaki – stałaby się pustynią. Tutaj rozumie się to dobrze. [...] Głównym miastem Kirouk – i zarazem siedzibą tutejszego iszamlana – jest Kyndżaf, tj. Czerwona Skała. Miasto wykute w stokach Szukkuru. Jego dolna dzielnica – Dżahra, leżąca tuż pod wzniesieniem na którym postawiono pałac i domy tutejszej elity, słynie z targu tysiąca fetyszy i medykamentów, przyjaciel Keta Tarifa, Ilai Nandar z Myfru, opisuje go tak: „nie jest tu tak tłoczno jakby można się tego spodziewać, ale towaru dużo (ktoś więc musi to kupować): w szklanych słojach, butlach pływają  zakonserwowane jaszczurki i barwne ryby, na straganach porozkładane są kości orków i słoni, zasuszone czarne dłonie nie większe od rączki dziecka – stópki i sine zęby;  w wielkich czarach, nęcą żywymi barwami starte na proch minerały, pyły kwiatowe i żywiczne, [...] w beczkach i amforach czekają na nabywców gęste maści i syropy. Jedni, przechadzając się patrzą na to wszystko okiem znawcy, wnikliwie i spokojnie, nie okazują emocji; inni, nie wiedząc gdzie przystanąć,  wszędzie dopytują o ceny i składy, robią straszne zamieszanie. [...] Można kupić tam ptaki, wszelkiej maści i gabarytów – by potem je wypuścić, ku radości bogów, [...] to zwyczaj powszechnie praktykowany, zwłaszcza wśród pielgrzymów, są w Kyndżaf bowiem i kapliczki i groby świętych mężów, bardzo stare i stale oblegane. Szczególnie chętnie kupowane są drewniane bloczki z krótkimi inskrypcjami, chronią przed złymi duchami i pechem. [...] Za wszystko zapłacimy tu szlachetnymi kamieniami, złotem, monetami z miedzi i cyny, ale najchętniej straganiarze przyjmą od nas suszone owoce, ziarno, sprasowane liście hadżmur, przyprawy i inne towary pierwszej potrzeby – najlepiej w ilościach znacznych. Rozliczenia w towarze nie należą tu do złego tonu”. [...]


Nad całą kotliną widuje się nocne światła. W nocy poruszają się samotnie, ale nad ranem i o brzasku obserwuje się całe grupy. Mówi się tu że to pomniejsi bogowie, sześcio-czteroskrzydli posłańcy, istoty pradawne, którzy w snach objawiają ludziom prawdę o ich losie.

Pośród szczytów żyją górscy ludzie, porośnięci rudym lub brązowym futrem. Kiroukczycy zarzekają się że widzą ich kilka razy do roku, a ich opisy przypominają Kulińczykom dzikich ludzi z Dalekiej Północy. Obyczaje też mają podobne, i wiele wskazuję że chodzi o ten sam typ istot. Ponoć wraz z nimi przechadzają się przełęczami nienaturalnie wysocy ludzie, o czaszkach ogolonych do gołej skóry, z jadowicie zielonymi oczami, którzy znają „mowę podziemi”, tajemne znaki i gesty, a także sekretne przejścia na drugą stronę Szukkur, oraz tunele które ciągną się pod pustyniami. Wierzy się, że mieszkają w krainach pod górami, ciągnących się pod całym kontynentem. Starcy, gdy się ich zagadnie, wspominają także o krępych stworach noszących kaptury – nie wiedzą o nich jednak nic konkretnego. Albo nie chcą gadać.

* Gór Orlich (Kurklun)

Anonim, 1783 r.

niedziela, 31 grudnia 2017

Burun

Pustynia Burun to dom wielu wymierających klanów, których największą zmorą – obok surowego klimatu – są dziedziczne choroby i rodowe zemsty. Ludzi wędrujących z miejsca na miejsce, od oazy do oazy, gnających przed sobą kozy, wielbłądy i lamy. Kiedy tylko nadarzy się okazja polujących na przepiórki. Ludów mieszanego pochodzenia, mówiących dżafem – zaliczanym do języków sauryjskich – zbliżonym do narzeczy Kirunów i hallkarskiego. Okoliczne ludy zwą ich „mieszkańcami namiotów”. 

 
Kamieniste pustkowie Burun rozciąga się między hallkarskim płaskowyżem, górami Szukkur i Orlimi, leży nieco wyżej niż piaski Wielkiej Pustyni. Bije tam kilka źródeł, stale uzupełniających wody niewielkich jezior – Cok Az Kismin, Silahlaar, Byr Temell, Tum Kullan i Iceri Iksyz. Inne, często mające wiele imion, pojawiają się tylko okresowo. Nie ma w nich ryb ani skorupiaków. Tutejsza gleba daje pożywkę jedynie kolczastym suchorostom, tzw. żywym kamieniom i zieleniącym się tylko na wiosnę kępom ostrych traw. Wyżywią niewielką, dziko żyjącą rogaciznę, ale większe stada rozmnażane bez opamiętania, wyżerają je do korzeni w ciągu kilku dni postoju – zmuszając tym samym pasterzy do ciągłej podróży. Przemieszczanie się sprzyja odnajdowaniu powierzchniowych złóż rudy, które pełnią tu niekiedy role waluty, ale najczęściej wymieniane są na najpotrzebniejsze towary z Hallkarczykami.

W górach, na wschodzie Burunu znajdują się ruiny opuszczonego miasta Zissur (Issur), które kiedyś musiało być prężnie rozwijającym się ośrodkiem handlowym. Ponoć wszystko się skończyło kiedy zasypano tunele prowadzące na drugą stronę szczytów Szukkur, do Ziem Zewnętrznych.

sobota, 23 grudnia 2017

Basil

Basil – największe z południowoefryjskich królestw, zamieszkałe przez ludy hafryjskie, osiadłe przed tysiącleciami nad Nuphysz, Simisiz oraz leżącymi między ich dolinami oazami – Dhaarah i Hor Tyrah – a także dolnym i środkowym Ingilem. [...] Basilowie zamieszkują również niewielkie osady rozmieszczone na obszarze wielkich pustyń, przy źródłach i głębokich studniach.
Po przejęciu przez Kirunów kontroli nad północnym brzegiem Ingilu w latach 1441-1443, część ograbionych Basilów uciekła na wody zalewu On-Sudrah, po czym skierowała się w górę Simisiz, by osiąść między krajanami. Reszta została, i trwa po dziś dzień między potomkami osadników z przeludnionych brzegów Irtisu, powoli tracąc język i obyczaje. Była to dotkliwa strata dla ówczesnego Iszamlana, bo choć ziemie te stanowiły niewielką część rozległego państwa, rodziły na tyle bogato, że nie tylko karmiły całe jałowe wybrzeże Teritallu, ale pozwalały też uzupełniać spichrze kilku sąsiednich okręgów i czerpać duże kwoty z handlu nadwyżkami. [...]



Granica między władztwem Kir U a Basil idzie środkiem Ingilu, poprzez kaskadę i strome stoki płaskowyżu Królestwo styka się z Hallkarem, na wschodzie graniczy z ziemiami buruńskich koczowników, a poprzez daleko wysunięte na zachód pasma Szukkur – tzw. Góry Orle – sąsiaduje z kotliną Kirouk, od południowego-wschodu przylega do Morza Piasków (Bollomlar), a od południowego-zachodu do Khure (poprzez pustynie i szczyty Gór Południowych). Jego stolicą jest warowny Kibruk, położony nad wschodnim brzegiem simisizkiego zalewu, nieopodal kanału boga Ar-Dhagara, przekopanego przeszło sześćset lat temu do oaz na skraju Wielkiej Pustyni – Fa-Hur i Narakha. Liczy sobie osiem dzielnic, w których piętrzą się setki bogatych domów kupieckich, tysiące zakładów rzemieślniczych, strzelistych świątyń i klasztorów. [...] Jest tłumnym miastem, które nie odpoczywa nawet w nocy, kiedy to jęczmienne piwo leje się strumieniami, a starzy i młodzi, płci obojga, palą narkotyczne zioła, doznają transu i widzeń. Co żwawsi tańczą w rytm bębnów, do melodii fletów i cytr. Jeśli sakiewka pozwala, jedzą za dwóch, aż do mdłości  (kiedy to wymuszają wymioty by móc pić dalej). Kibruk jest siedliskiem pokus wyrafinowanych i przaśnych, pełnym domów gier i rozpusty, dostosowanych do wszelkich upodobań oraz zwyczajów. Stolicą pełną gębą, którą nie sposób zwiedzić mając w zapasie raptem kilka dni, z reprezentacyjnymi ulicami i ciemnymi zaułkami, bawiącą się hucznie, ale i bardzo zapracowaną. Słychać tu gwar kilkunastu dużych bazarów, wyspecjalizowanych w określonych gatunkach towarów i drobnych usługach, można na nich kupić prawie wszystko: od zakurzonych staroci w rodzaju medalionów, rzekomych talizmanów, szklanych pucharów, rękopisów i rzeźbionych mebli z giętego drewna, po najnowsze księgi, mapy i ryciny, pomoce naukowe, obrazy, figurki bogów, spreparowane czaszki, dzwonki modlitewne, wagi, kadzidła, gliniane i metalowe naczynia, oraz korzenie do leczniczych mikstur, liście hadżmur i suszone owoce. Można tam też za drobna opłatą naprawić zepsute sprzęty, napisać list bądź urzędowe pismo, albo skorzystać z usług golibrody. Na obrzeżach Kibruku natkniemy się na rozległe chaotyczne kwartały, pełne podejrzanych ruder, porzuconych składów, szop i warsztatów, zamieszkałych często przez obcych, nieznających języka, bezdomnych i chorych, a także osoby podające się za magów czy młodych kapłanów, zbiegłych z nowicjatu. To jednak tylko niewielka część miasta, które ogólnie jest dosyć zadbane, szczyci się wielką biblioteką i setką domów nauk – gdzie wykłada się najnowszą wiedzą o sztukach medycznych, ciele człowieka, astronomii, alchemii i prawach natury. Uczniowie, starcy i matki z dziećmi wywodzące się z wyższych sfer, wypoczywają w rozległych ogrodach ze sztucznymi stawami, wokół których spacerują kolorowe ptaki i jelenie, gdyby nie chaotycznie plączące się ulice, ścisk i wszechobecny kurz, żyłoby się tu nie gorzej jak w miastach Kulinu czy Runu.

Basil, wyjąwszy brzegi dróg wodnych i oazy, jest równie piaszczysty jak sąsiednie królestwa. Zalew na Nuphysz i dolny bieg tej rzeki, Wielka Oaza (Hor Tyrah) oraz zalew na Simisiz to tereny tak rozległe, tak zielone, bogate wszelkim owocem – iż łatwo zapomnieć że poza nimi są tylko gorące piaski i kruszejące skały. Rybacy pływają tu na łodziach plecionych z trzciny, służą im póki nie zaczną gnić i pękać – a że jest z czego je pleść, nikt się ich utratą zanadto nie przejmuje; [...] porządne szkuty należą do dóbr cennych, i nierzadko są w rodzinach dobrem przekazywanym z ojca na syna. Ciężko się tu rybaczy – bo woda mętna, zdradliwa, ryba płochliwa, a wszechobecne pancerne jaszczury, tylko pozornie niezgrabne i ociężałe, z lubością polują na ludzi. [...] W ich paszczach giną głównie nieostrożne dzieci, cielęta, oraz pasące się u brzegu bawoły. Owe gady są bardzo ciche, cechuje je wielka cierpliwość i upór, godzinami wygrzewają się w zaroślach, wyczekując pojawienia się słabszej sztuki bądź beztroskiego malca. Tyle dobrze, że jak już się najedzą, przez kilka dni, a niekiedy i przez długie miesiące – kompletnie zarzucają polowania. W niektórych osadach karmi się je obficie, nie żałując mięsa, i niekiedy udaje się obłaskawić te potwory.

Basilowie mówią różnymi hafryjskimi narzeczami, ich język pisany, używany przez urzędników i na dworze – określa się mianem basilirh,  lub języka skrybów. Niewielu tu umie czytać, po wsiach prawie nikt, a w miastach od połowy do jednej trzeciej mieszkańców – czemu winny jest chyba trudny system znaków, składający się z sylab zapisywanych odmiennie w zależności od tego czy te padają na początku, w środku czy na końcu słowa. Sytuacje komplikują także ideogramy – jest ich bez mała tysiąc – bez których nie da się czytać żadnych pism.
W bogatym Kibruku, i innych dużych miastach, powszechnie uznawaną walutą jest złoto oraz srebro (w postaci kruszcu, monet, odlewów w kształcie płyt, sztabek). Przywożony tu z Północy bursztyn, ceniony jest po dziesięciokroć bardziej jak u nas. Monety z cyny, miedzi, a także wielce pożądane paczuszki hadżmuru (o których wartości decyduje aromat i waga) – też zostaną przyjęte. Basilczykom brakuje rudy. Ziemia ich rodzi niewiele metali, albo też nie umieją ich szukać... więc nawet zdawkowe monety, kulińskie czy ruńskie, pozwolą nabyć obfity posiłek. (Na pewno dostaniemy za nie więcej jak w rodzinnych stronach).
[...]
W Omnirze, dużym mieście nad wschodnim brzegiem zalewu na Nuphysz, stoi potężna budowla do której ciągną tysiące, niezależnie od tego czy dzień powszedni czy święto, tzw. Wielka Świątynia, zwana przez kulińskich Cirów Arin Dan – tj. Złotymi Wrotami; pozwala tutejszym kapłanom żyć w zbytku i nie kłopotać się zanadto kaprysami bogów, a owe wrota są tego symbolem. Drewniane skrzydła wysokiego na kilkanaście łokci portalu obito płytkami ze szczerego złota, bogato zdobionymi mitycznymi scenami i symbolami. „Cóż – w naszych stronach te drzwi znikły by już pierwszej nocy” – zauważył trzeźwo Ket Tarif, podróżnik i literat. Kiedy bawił w Omnirze, przed przeszło stu laty, swobodnie przemierzał tutejsze ziemie, dzięki czemu pozostawił wiele pism, na których opiera się wiele współczesnych opracowań, w tym treść niniejszego artykułu. Był dokładny i rzetelny. Wyuczył się nawet hafryjskiego, by móc lepiej zrozumieć co faktycznie trapi miejscowych, i co z tego co mówią przekazują mu tłumacze – choć pisma nigdy nie opanował. Przyglądał się życiu kobiet i mężczyzn, różnych stanów i profesji, doglądał ich dzieci. Choć niekiedy dziwiły go osobliwe niuanse, z grubsza uznawał Efryjczyków za bliskich ludziom jasnoskórym, podobniejszych nam temperamentem i mentalnością niż ludy skośnookie żyjące po sąsiedzku, w Ibrii.
[...]
„Błądząc obrzeżami pól, zwłaszcza wieczorem, trzeba uważać na smoki kolczaste, opisywane też jako pustynne bądź kryzowe – są niezwykle zwinne i bezszelestne. Polują głównie nocą. W dzień grzeją swe cielska, albo kryją się w rozpadlinach – zależnie od humoru – i kiedy tak trwają nieruchome, zlewają się niemalże z otoczeniem. Nie idzie ich odróżnić od podłoża. Jeden z nich, szczególnie rozmiłowany w ludzkim mięsie, przezwany Huruhurem (tj. miażdżycielem), został zabity przez kilku krzepkich wieśniaków; był już wtedy jednak stary, siły go wyraźnie opuszczały i przestał być groźny. Wedle łusek, oceniono że liczył sobie blisko sto lat. [...] W jego żołądku znaleziono złote pierścienie, zęby i obręcze, a także monety – wszystko to co pożarł wraz ze swymi ofiarami w trakcie swego długiego życia” – pisał Tarif, zaznaczając jednocześnie że nie jest winą dużego zwierzęcia że musi dużo żreć. „Wyjąwszy Kibruk i Omnir, jest tu jeszcze około dziesięciu miast dorównujących im rozmiarem i przepychem, poza nimi ludzie żyją w osadach, większy i mniejszych, stawianych z cegły mułowej, trzcin i kamienia. Zależnie od lokalnego smaku i możliwości. Stawia się je wokół jednego, większego budynku – pełniącego rolę chaty zgromadzeń, gdzie celebruje się święta, śluby, omawia sprawy ważne dla mężczyzn, rozwiązuje spory i decyduje, ile plonów należy zadeklarować poborcom podatków. Ich mieszkańcy żyją z roli, mimo że muszą stale dbać o drożność kanałów i pracować całymi dniami w słońcu, zgięci w pół, jest to dobre życie. Złodziei tam niewielu, bo i kraść nie ma czego, dzieci nikt nie porzuca ani nie uśmierca, jedzenie choć proste, syci i może smakować. Totalnie przeciwieństwo wielkich miast, gdzie ludzie prześcigają się w oszustwie i zbytkach. Za murami Kibruku nikt nie da nam darmo gościny, a tutaj kilka rodzin będzie się sprzeczać o prawo ugoszczenia wędrowców, i da na drogę tyle pszennych placków i miazgi z daktyli, że głód niestraszny”.
[...]
„W  basilskich miastach i wsiach stawiane są strzeliste, kamienne monumenty; trwa to już od najdawniejszych czasów i należy do miejscowego zwyczaju – robi się to sprytnie, za pomocą żagli i latawców – dzięki nim można je łatwo przeciągać po balach, a także osadzać w pionie. Obeznani z tą techniką specjaliści przekazują swą wiedzę z ojca na syna, a ich usługi są warte równie dużo jak praca kamieniarzy. Na tego typu obeliskach możemy przeczytać informacje w rodzaju: »Kopanie kanału trwało od roku pancernego jaszczura lat dziesięć, rozpoczęło się za panowania Wielkiego Iszamlana Sirkala Atheana – z jego woli i dzięki jego mądrości, a skończyło podczas rządów jego syna – Sikkala Deiabakira [...]«, lub »Przybyłem tam z tysiącami tysięcy [wojska] i obróciłem w gruzy ich stolicę [...] nie został kamień na kamieniu – ten głaz był ołtarzem w świątyni ich boga – Aru«, albo »Bogowie byli między nami, wyznaczali ludzi na królów i pouczali w sprawach wojny [...] tu spoczywa sześciopalcy, potomek niebian – pokłońcie się mu« – itd. Różne głupoty”.
[...]
„W środkowym biegu Simisiz, między Pustynią Zachodnią i Wielką Pustynią, na obu brzegach rzeki, wznosi się rozległe miasto Baikiriz, duża przystań i lokalne centrum sakralno-handlowe w którym miałem możliwość obserwacji tego co dzieje się z tutejszymi świętokradcami i gwałcicielami – tak bowiem tłumacz określił mi dwóch nieszczęśników, którzy kolejno, jeden po drugim, zostali wypchnięci z liczącej sobie sto stóp wieży, i zlecieli wprost na bruk. Ich czaszki pękły jak jajka które nieszczęśliwe stoczyły się ze stołu. Natychmiastowa śmierć. Na pewno lepsza od zakopywania żywcem w piasku – co też się tu praktykuje”.

„Jednym z najbardziej znanych plemion basilskich są stosunkowo niezbyt liczni Haszarowie, rozproszeni na południowym brzegu Nuphysz, których populację liczyć trza w tysiącach (i ciągle maleje). Najsławniejszych z nich, Iebuzar (Kiebussar Haar Maraga), zginął na głównym rynku w barnijskim Byske, podczas ulicznych porachunków. Nim otrzymał śmiertelny cios, położył sześciu przeciwników, a trzech okulawił. Haszarskim zwyczajem jego ciało zostało rozczłonkowane, i wystawione na skały by pożarło je ptactwo. Lokalni wyspiarze krzywo na to patrzyli, ale jednak patrzyli – rozeszli się dopiero kiedy mewy wydziobały ostatnie kawałki. Jak wielu Haszarów, przywiózł ze sobą tamtejszą wiedzę o ziołach i minerałach, zajmował się także leczeniem, prywatną praktyką kręgarską i masażem; wytrwale uczył się barnzaru. W zamian za swe usługi miał dostać tysiąc durów żelaza, co tam stanowi wielki majątek. Niestety nie doczekał się końca kontraktu”. Te i inne historie spisane przez Keta Tarifa w kilku księgach, pod własnym nazwiskiem i w kilkunastu krótkich artykułach (anonimowo), są w pełni autentyczne, potwierdzane przez horańskich żeglarzy i kupców efryjskich (pływających do Środkowego Południa i na ibryjski południowy-wschód). Uważnemu czytelnikowi wiele powiedzą o życiu południowoefryjskich mieszczan i chłopów, przeto warto by się nimi zainteresował.

Med Karkola i Zit Kukano