niedziela, 27 stycznia 2019

Nler Atalar (Szykwalk)

Nler Atalar to duży archipelag pośród płytkich wód na północny-wschód od Irailu, złożony z wysp różnych gabarytów, o brzegach skalistych, często klifowych, z kamienistymi plażami. Prawie całkowicie porośnięty paprociami i tutejszymi odmianami gigantycznych drzew. Większe wyspy są podłużne, i ciągną się z północnego-zachodu na południowy-wschód. Wyspy pierwotnie zamieszkałe były na północny przez plemiona czarne, a na wschodzie i południu zbliżone wyglądem do Efryjczyków. Z racji niewielkiej odległości do pustynnych królestw, uważane za ich potomków. Dziś wszyscy tu mieszają się ze wszystkimi i często trudno dociec z kim ma się do czynienia, jednak garstka czarnych klanów nadal żyje na trudno dostępnych terenach i zachowuje czystość krwi.

Archipelag odkryli barnijscy kupcy, i czasowo gospodarzyli na kilku wyspach z błogosławieństwem korony, zbierając jadalne owoce i korzenie. Przynosiło to nawet pewne zyski. Do czasu. W dwudziestym roku istnienia koloni zmogły ich tutejsze choroby, krwawili i gorączkowali. Dziś nie ma śladu po ich zabudowaniach. Puszcza pochłonęła nawet kamienie na cmentarzu. Latami nic tu się nie działo, a dzicy rozgrabili co wartościowsze przedmioty: rondle, piecyki, gliniane naczynia. Czasowo nikt z Barny nie był zainteresowany tymi ziemiami. Potem na ich miejsce przypłynęły statki z kolonistami z Szykwalku, i po dziś dzień archipelag jest we władaniu Ingairu. Założyli oni swą pierwszą siedzibę na wyspach zamieszkanych przez czarnych, Khurn-nen, ale potem przenieśli się na południowy-wschód, i w zatoce zwanej przez miejscowych Aomi-Ao, na wyspie Kuaha, zbudowali kilka sadyb i niewielki port. Obecnie Aomi’Aomurgh to duże, dobrze prosperujące miasto. Do portu zawija wiele jednostek ze Środkowego Południa, a ponoć widuje się nawet mniejsze jednostki efryjskie.

Nler Atalar w języku południowych wyspiarzy oznacza Żółwiowe Wyspy. (Pierwotnie kolonia nosiła miano Wysp Południowo-Wschodnich). Nazywają je tak również rdzenne ludy Irailu i Korae, choć w ich językach brzmi ona nieco inaczej. Na tutejsze plaże, raz do roku, zwykle w nocy, wypełzają ogromne żółwie o spłaszczonych cielskach, tak wielkie jak młyńskie kamienie, i równie ciężkie. Niektóre dorastają do siedmiu stóp. Składają kilkadziesiąt jaj, po czym odpływają. Wyglądają jak sunące po piasku skały. Potem z tych jaj wykluwają się małe żółwie – te których nie pożrą mewy, znikają w morzu i do czasu kiedy dojrzeją i przyjdzie ich pora by złożyć jaja, nie wychodzą już na ląd. Jasnoskórzy z południa uważają zabicie morskiego żółwia za zbrodnie. Czarni z północy mają zwyczaj który zezwala raz w roku ukatrupić jednego dla władcy osady, z czego chętnie korzystają.

Na Ullintael i Ajkai Hari (położonych w południowo-wschodniej części archipelagu) żyją niebieskookie plemiona o śniadej karnacji, i niespotykanych nigdzie indziej na terenie Wysp Zielonych jasnych włosach, pszenicznej lub brunatnej barwy. Jest ich około stu rodzin, i liczba ta stale maleje. Twierdzą że dawnymi czasy byli liczniejsi, ale nie idą za tymi słowami żadne dodatkowe informacje – nie wiedzą też skąd wzięła się ich odmienność. Nie umieją powiedzieć jak długo tu zamieszkują, co jest akurat bardzo dziwne – bo inne plemiona utrzymują że od czasów kiedy bogowie tchnęli życie w figury pierwszych ludzi, od czasów duchów i początków wszystkiego. Oni tymczasem takich wierzeń nie mają.

Ilaine to niewielka wyspa w środkowej części archipelagu, którą zwykle omijają większe wydarzenia. Przybyli tam wyznawcy Allai, członkowie sekty nieakceptowanej na dalekim Runie, stroniący od wszelkiej przemocy, skromni i zaczytani w swych opasłych księgach. Przybyli przed dziewięćdziesięciu laty, prowadzeni przez brodatego kapłana, a obecnie chowa się tam kolejne pokolenie. Pobudowali sobie świątynie, postawili kręgi, takie same jak w ojczyznach przodków, i żyją jak lubią – jedząc wyłącznie owoce, orzechy, warzywa i grzyby.

Meddleforis, jedna z większych wysp Nler Atalaru, słynie z kopalni srebra, oleju ziemnego, plantacji i nagiego wzgórza, gdzie kilka razy do roku dzicy ucztują ku czci swych bogów, uzdrawiają chorych na ciele i sercu, oraz rozczłonkowują swoich zmarłych, by pożarły ich ptaki. Jeśli komu medyk nie umie pomóc, ten szuka pocieszenia właśnie tam, u dzikich.

Dakk In Smeil to malutka, bezludna wysepka, będąca domem dla krabów i brunatnych kormoranów. Jest skalista, prawie bezdrzewna i ma bardzo wysokie brzegi. Znajdziemy ją w południowo-środkowym paśmie zewnętrznym. Każdy wskaże drogę. Wielu podróżników wspomina o niej jako o miejscu gdzie objawiła się święta Oana, ale większość twierdzi że co inne czyni ją wartą uwagi, mianowicie schroniła się tam złodziejska banda z Harianu, po wyjątkowo udanej grabieży, i w rozpadlinie, pod kamieniami, ukryła swoje skarby. Ciągle widuje się tam młokosów, płoszących ptaki i liczących na łut szczęścia.

niedziela, 20 stycznia 2019

Wyspa Ahur (bezludna)

Ahur – czyli przeklęta, nazywana jest także Wyspą Błędnych Ogni bądź Ussir Mhoor – tj. Wyspą Udręki. Ziemia niczyja – nikt nie rości sobie do niej praw, nikt nie chce tam żyć. Ani czarni z okolicznych archipelagów, ani Kulinczycy. Obmywają ją wody morza Tauel – rozgraniczającego Irail i Korae, leży w pół drogi między terytorium WKH a kolonią barnijską.

Cieszy się złą sławą z powodu licznych zaginięć i zagadkowych świateł, krążących nocą i kiedy pojawia się mgła.

„Szaman z Irailu, pochodzący z plemienia Daohuków (Łowców Snów), powiedział mi bym tam nie płynął. Zawrócił póki czas, i nie snuł głupich planów. Twierdził  że duchy zamieszkujące wyspę karmią się strachem swoich ofiar, ich rozpaczą i szaleństwem, a robią to z iście doręczycielską pasją, i czynią tak, nim te nie wyzioną ducha – co zresztą też im miłe. Że masę ludzi tam poginęło. Że to miejsce nie dla mnie, ani dla nikogo. Udałem się tam jednak, bo jak większość obcych, nawykłem do tego by traktować z dystansem miejscowe opowieści, lekceważyć czarnych, i traktować ich jak dzieci w ciałach dorosłych. I być może o mały włos nie przepłaciłem tej głupoty życiem.
Nająłem niewielką, wysłużoną łódkę, dwa trójkątne żagle, długą na trzynaście łokci. Jej właściciel nie chciał że mną płynąć, ale w końcu go przekupiłem – jednakowoż więcej w tym zasług nachodzących go wierzycieli i innych problemów niż giętkości mego języka. Nikt wcześniej zapytany się nie zgodził. [...] Wieczorem, po całym dniu drogi zacumowaliśmy na rafie, w bezpiecznej odległości od przeklętego lądu. Ahur wyglądała bardzo zwyczajnie: piaszczysta plaża, duże drzewa. Niczym się nie wyróżniała. Szaman mówił mi że to właśnie przez tę niepozorność, nieznający tych wód żeglarze mylili ją często z bezpiecznym lądem. Nie minęło kilka chwil od rzucenia kamiennych kotwic – zobaczyłem na niebie rozbłyski, ale nic po tym się nie działo. Zero. To był moment – jak uderzenie pioruna. Mimo to całą noc nie zmrużyłem oka. Rankiem odbyłem samotny spacer po wsypie. Właściciel łodzi wsadził mnie na niewielką dłubankę, i polecił zaraz wracać. Nie chciał mi towarzyszyć, zalecał pośpiech i szedł w zaparte, że umowa dotyczyła zaledwie zacumowania w odległości wzroku, by zobaczyć światła. Trochę pochodziłem po plaży i wśród gąszczy, zajęło mi to może z godzinę, myślę że mniej. Nic szczególnego tam nie znalazłem, wszystko wydawało mi się zwyczajne: i liście, i butwiejące drewno... i zapachy. Dziwnym było jednak że nie słyszałem żadnych ptaków. (Tych jest tu najwięcej spośród wszystkich innych zwierząt). Gdy teren stawał się nazbyt trudny, a owady dawały mi już porządnie w kość, postanowiłem zawrócić. Czułem niepokój, ale spowodowany był raczej tym co do tej pory usłyszałem i zmęczeniem, niż jakimiś faktycznymi zagrożeniami – tak przynajmniej wtedy dumałem. Zostawiłem na drzewie widocznym z lądu skrawek czerwonego materiału (znając upodobania tutejszych, wiedziałem że skuszą się na taką ozdobę, o ile takowi oczywiście żyją na wyspie). Wsiadłem do łupiny i nie minęło wiele jak dobiłem do rafy. Noc mieliśmy momentami jasną, kule wirowały co jakiś czas, poruszając się bardzo powoli, gasnąc i zapalając, ale oswoiłem nieco lęk, i patrzyłem nań bardziej z zaciekawieniem aniżeli niepokojem. Jak na letni grad czy spadające gwiazdy. Całą noc spędziłem przy burcie – bacznie obserwując niebo i brzeg. Nie widziałem żadnych ogników między drzewami. Liśćmi kołysał tylko wiatr. Rankiem, nim wyruszyliśmy z powrotem, zszedłem na ląd. Bez trudu odnalazłem drzewo – na piasku nie było żadnych śladów stóp prócz moich. Opaska tkwiła w tym samym miejscu gdzie ją zawiązałem – nikt jej nie ruszył – mocował ją ten sam węzeł jaki zrobiłem dzień wcześniej. Zmieniła jednak kolor na bladoszary. Towarzysz nie pozwolił mi jej zabrać i stanowczo poprosił bym cisnął ją za burtę. Co też chcąc dostać choć suchara na śniadanie, z żalem uczyniłem. [...] Porządnie odchorowałem tę wycieczkę. Po powrocie dręczyły mnie straszne bóle głowy. Wymiotowałem, cierpiałem na bezsenność, spuchły mi żyły – napotykany w porcie kompan czuł się jednak nieźle i obserwował moją bladość z mieszaniną troski i głębokiego przeświadczenia o kompletnym braku rozsądku, które w obiegowej opinii cechowało ludzi urodzonych poza kolonią. W końcu doszedłem do siebie, ale dostałem plam na torsie i w pachwinach. Szczęśliwie zeszły po paru tygodniach. [...] Co moim zdaniem dzieje się na wyspie? Nie mam bladego pojęcia, ale osobiście nie zamierzam tam powracać by to sprawdzić. Niech się inni trudzą”. Zapiski Ojnara ze Skags, datowane na lata 1821-1830

sobota, 29 grudnia 2018

Irail (Wigricht)

Irail – archipelag w północnej części Wschodniego Skupiska, złożony z siedmiu dużych wysp, dziesiątek pomniejszych i tysięcy skalistych wysepek – ciągnący się z północy na południowy-wschód; w całości pod zarządem Wigrichtyjskiej Kompani Handlowej.
Ogromny obszar dostarczający nie tylko przypraw korzennych, pikantnych nasion i suszu, ale też drewna, minerałów, ród żelaza, miedzi, cyny, oraz taniej siły roboczej. Wyrabia się tam liny na potrzeby stoczni lokalnych i wigrichtyjskich. Sporo do roboty mają tam zarówno drwale, smolarze i cieśle. Mimo dużego zaangażowania WKH – wiele wysp pozostało nieobjętych dostatecznym nadzorem i niepiśmienni krajowcy żyją tam wedle starych zwyczajów, nie do końca rozumiejąc swoją sytuację.

WKH – pełna nazwa: Wigrychtyjska Kompania Handlowa Archipelagów Wschodnich.
Organizacja powstała jako spółka kupców z Irunu, Hyyr, Nun i Kegaru, zrzeszając handlarzy zbożem, drewnem, węglem drzewnym i rudami. Po odkryciu pierwszych wysp Skupiska Wschodniego, około roku 1310, zaczęła finansować rejsy rozpoznawcze, a uznawszy że gra jest warta świeczki, wystarała się o wsparcie korony, i po przybraniu nowego miana, uzyskaniu stosownych ulg i uprawnień, zaczęła zajmować dla Wigrichtu lądy Archipelagu.
Obecnie posiada około 200 statków handlowych, 40 okrętów, 60 tysięcy pracowników kontraktowych i własną armię. Zawiera samodzielne układy polityczne i sojusze, król zezwolił jej wypowiadać wojnę w imieniu Tyhmaru na całym obszarze Dalekiego Południa, włącznie z ziemiami Efru, bić własną monetę, pobierać daniny od czarnych, oraz nakładać na osadników podatki. W latach 1312-1499 podbiła wszystkie wyspy Irailu, budując szereg fortów i faktorii, które stały się z czasem wielkimi portami (Ailin, Mni Mnar, Miasto Świętego Celenhurta, Khabar, Nowy Taall i inne). Choć zarząd WKH regularnie odnawia deklaracje lojalności, co dziesięć lat składając nowe pisma ze zdobnymi pieczęciami i podpisami zarządu, faktycznie stanowi niezależny twór polityczny, niekontrolowany przez królestwo. Przynosi wielkie dochody, i choć tylko niewielka ich część trafia do królewskiego skarbca, to jest to na tyle znaczący przychód, by utrzymywanie tak szerokich swobód WKH było dla korony opłacalne. Kolejne tyhmarskie rady i następujący po sobie królowie, głowy uczone, znające języki, którym nieobce są księgi starych mistrzów, od pokoleń pochylając się nad tymi samymi problemami, martwią się, że Irail w końcu się uniezależni. Jednak nauczeni porażką jakiej królestwo doświadczyło na Rkarze (z trudem utrzymywanym) nie wykonują żadnych pochopnych kroków, pozostawiając obszar we władaniu sprawnej siatki kupieckich portów i przystani. Wszystko ma tu swoje miejsce,  mimo przejściowych kłopotów funkcjonuje sprawnie, niezmiennie i nieprzerwanie, już od pierwszych lądowań. Jakby nad WKH czuwało jakieś wyjątkowo życzliwe bóstwo. Irailskie wyspy są dobrze skomunikowane. Wszędzie krążą jakieś statki i barki. Po prawdzie niekiedy trzeba czekać na transport kilka tygodni – ale można też opłacić dzikich, którzy szybko pokonują duże odległości na swych wąskich łódkach, a na większych, wielokadłubowych jednostkach, potrafią przewieźć do kilkunastu beczek oleju czy innego towaru.

Irailskie wyspy porasta gęstą puszczą jakiej oko mieszkańca Runu czy Kulinu nie widziało, zwarta i ciemna, pełna woni kwiatów i zgnilizny, przez którą drogę trzeba sobie wyrąbywać, a raz wytyczony szlak cotygodniowo oczyszczać, tak by zanadto się nie zawęził. Ciągnie się po szerokich tarasach i stokach wygasłych wulkanów. Porasta wszelką możliwą przestrzeń, wszystkie zakamarki gdzie choć raz dziennie padają promienie słońca. Te ogniowe góry, które wciąż są aktywne i stanowią zagrożenie – z reguły mają nagie zbocza, ciemne i spękane – miejscami tylko upstrzone kępkami ziół i suchą trawą. Głębokie dudnienie i drżenie skał zapowiada ich niszczycielskie przebudzenie, po którym można spodziewać się pylistych opadów, kamiennego gradu i ognistych strumieni, niekiedy sączących się tak obficie że kończą swój bieg w morskich falach, jakby to były rzeki prawdziwe. Miejscowi się w tym dobrze rozeznają. Kiedy pod stopy padają martwe ptaki – jest to niechybny sygnał że trza mieć się na baczności. W związku z tymi atrakcjami, na całym archipelagu, wykształciły się dwie szkoły budowania – jedna stawia domy na tyle lekkie, by podczas drżenia spadające belki nie uczyniły nikomu krzywdy, i które można szybko opuścić, choćby i forsując ścianę, druga polega na drążeniu wielkich dziupli i całych izb w pniach ogromnych drzew. Choć nie wszędzie trzęsienia są tak dokuczliwe, i mówi się, że taka interpretacja jest błędna, podyktowana oceną obcokrajowców, pochopną i powierzchowną, za czym przemawiają solidne, duże miasta pobudowane przez pracowników WKH i osiedleńców. Mimo gabarytów budynków, natura na ogół nie doświadcza ich bardziej jak w innych zakątkach świata. Najgorsze są osunięcia gruntu, zdecydowanie bardziej groźne niż trując wyziewy i jęzory lawy. Zaskoczeni mieszkańcy pechowo położonej osady są w mgnieniu oka praktycznie grzebani żywcem, bez szans na ucieczkę.
Wyspy maja skaliste brzegi, niekiedy wysokie, niekiedy niskie, zwykle grafitowej barwy, ale w zagłębieniach zatok znajdują się półokręgi jasnych plaż. Przybrzeżne lasy namorzynowe rozrastają się bujnie i często utrudniają dotarcie w głąb lądu, jednak napotyka się je tylko tam gdzie brzegi niskie a podłoże  dostatecznie miękkie.

„Init Dae i Ensurna to najdalej na wschód wysunięte wyspy irailskiej kolonii.
Na południowy-wschód od nich piętrzą się lądy Korae, a stamtąd już blisko na Efr, do portów w Omnirze i Kibruku. Dzielący je kanał nosi miano Baikur, na jego obu brzegach stoją zabudowania głównych portów wschodniego Irailu: Hird i Ain Kawendin. W obu miały miejsce bunty przeciwko siłom zbrojnym WKH. Część skonfliktowanych z zarządem osadników przymusowo skierowano do kolonii na Rkarze, część wysiedlono na kontynent.
Pozostały po nich dziesiątki pustych już dziś magazynów, sklepów i tawern, a także zatopione łodzie. [...] W Hirdzie, nieopodal portu, ma swój kamienny pomnik Almar Humbar, botanik z którego zielnika do dziś uczą się młodzi zielarze i medycy”. Anonim, opracowanie geograficzne

„Wśród gęstwiny, pośród niebosiężnych drzew i rozłożystych krzewów, rosną smukłe Aasaj; ich pnie są wysokie na kilkanaście stóp i gładkie jak powierzchnia muszli, mają pylistą lub brunatną barwę. Pod grubą korą kryją jasny rdzeń który po ugotowaniu traci twardość i staje się jadalny. Wysoko na głową człowieka, wyrasta korona o kształcie spłaszczonej kuli – pośród jej listowia pojawiają się cztery razy do roku małe, nerkokształtne owoce. Czarne jak noc. Służą do wyrobu lokalnego alkoholu i słodkawej mąki. Aasaje spotyka się czasem nieopodal chat tubylców, sami je sieją, a te niekiedy wyrastają. Niestety – roślin wabią owady, zwłaszcza kiedy kwitną”. Almar Humbar z Tyhmaru, królewski botanik, zapiski prywatne

„Kuo to niewielka wyspa w północno-zachodniej części Irailu, położona wśród wielu podobnych sobie i niczym się niewyróżniająca, gęsto zarośnięta, z małymi, jasnymi plażami. Kiedy załoga statku Ynarh III rzuciła kotwice w zatoce zwanej dziś Waghara, tj. zatoką Spotkania, wyszedł im na powitanie, na plażę ubrany w łachmany brodacz o skórze spalonej słońcem – jakież było zdziwienie marynarzy kiedy przemówił do nich czystym wigrichtyjskim, jaki usłyszeć można w miastach Baifinu czy okolicach Tyhmaru, Głos mu się łamał, ale nie znać w nim było żadnego akcentu. Kiedy ów mężczyzna się umył, ostrzygł i ogolił, zobaczyli że jego skóra jest o wiele jaśniejsza niż się im początkowo zdawało, zaś oblicze swojskie. Człowiek ten był rozbitkiem ze statku Araz Dumbar, dużej jednostki transportowej, który zaginął w 1428, gdzieś w tej okolicy. Nazwał Pijo Maar. Przebywał na wyspie samotnie przez kilka lat, żywiąc się ślimakami, krabami, owocami Marago, i z niemałym trudem pochwyconymi rybami. Żył tak samo jak dzicy krajowcy z okolicznych plemion, którzy wsparli go swoją wiedzą, ale nigdy nie przyjęli do swej społeczności. Czasami wymieniał z nimi nawet drobiazgi i resztki z tego co udało mu się ocalić z wraku”. Opracowanie geograficzne regionu, Anonim

„Dalrun Kaaj leży we wschodniej części Irailu, w tzw. zewnętrznym paśmie. Zamieszkana jest w większości przez ludność napływową. Dzikich wysiedlono na południowe wyspy kolonii, do pracy przy w sadach, uprawie korzeni i połowu ryb na potrzeby Wigrichtczyków.
Najludniejsze miasto Dalrunu to liczący sobie niespełna tysiące dusz Kadmar, położony u ujścia potoku Naganor. Nieopodal jego zabudowań zachowały się resztki ołtarza dawnych mieszkańców, gdzie składali ofiary bogom powietrza i duchom deszczu. Osadnicy częściowo go rozebrali, kiedy zabrakło im budulca pod fundamenty”. Opracowanie geograficzne regionu, Anonim

„Pod stopami mam czarny, skruszony żwir., Pomiędzy kępami soczystej roślinności widzę skamieniałą lawę, a wiatr co i rusz wieje w oczy szarymi, pylistymi drobinkami. Tutejsi mówią że tydzień temu zrobiło się tak ciemno jak w nocy, ale ognista góra jak gdyby nigdy nic znowu zasnęła. Tylko straszy – mawiają. Twierdzą że minie jeszcze kilka lat nim znowu zacznie pluć ogniem. [...] Czwarty kwartał roku. Na Kulinie zima. Na wyspie gorąco. Pot leje się z człowieka tak, jak gdyby wyszedł dopiero co z łaźni. Miejscowi radzą uważać z kąpielą w morzu, ponoć o tej porze roku mnożą się wielkie, żółto-różowe meduzy, zwane przez nich pieszczotliwie kurwami – żerują w wielkich ilościach i parzą jak efryjskie pokrzywy – a to oznacza że parzą śmiertelnie. Przynajmniej dla starych i dzieci. Co ciekawe na wyspie jest też dużo trujących żabek – pomarańczowych i brunatnych, które choć mniejsze od naszych – w niczym nie ustępują im pod względem rechotu, i są zdecydowanie ruchliwsze. Wyspa jest górzysta, gęsto porośnięta zielenią – niezależnie od pory roku. Skrzypy, paprocie, bujne mchy. [...] Miejscowy szaman, o oczach tak błękitnych, jak tutejsze płytkie wody, zwany przez współplemieńców Śniącym Psem (bo jego prawdziwego imienia nie wypada używać),  dał mi mały, szarawy owoc – wewnątrz niego pełno było ziaren czerwonych, o intensywnym, słodkim soku. Leczy się tym rany, a i na kaca niezłe... Uratował mi życie!. [...] Stary żeglarz imieniem Ilk, podarował mi kościany amulet; towarzyszący nam później Ksantar Hajkaskal wyśmiał to jako zabobon, ale odkupił ode mnie za garść miedziaków. Będąc przez dwadzieścia lat kapitanem, urodzony na południowym wybrzeżu Imperium Ibryjskiego, długie lata łupił styriakirskie statki handlowe, później zaciągnął się do rejsów dalekomorskich. Dorobiwszy się, wspierając niemałą pożyczką – kupił swój pierwszy okręt Gwiazdę Ildarum, i zwerbował załogę, głównie Wigrichtczyków którzy ostali się w okolicy z powodu wypadku macierzystej jednostki. Powróciwszy na ojczyzny łono, zaciągnęli się na służbę Kompani Irail. Teraz utknął na wyspach na dobre – twierdzi że jest za stary na powrót do Ibrii, i że nie ma czego tam szukać – zimno, wietrznie... zanadto odziane kobiety – sarka. [...] Miejscowi mają długie, płaskodenne łodzie, wyglądają jak noże przecinające taflę wody, są bardzo lekkie i mają po szesnaście, dwadzieścia łokci. Na każdej położyć się może trzech wysokich mężczyzn, i tylko trzech – bo wąskie. Odpychają się kijami bądź wiosłami. Czarni potrafią się na nich zbliżyć bardzo szybko i cicho do statku kompanii handlowej. Bez problemu dostawszy się na podkład, biorą co dusza zapragnie. [...] Pokonywałem na jednej z tych dłubanek odcinek pomiędzy Wyspą Krabów a Kohoro. Wioślarze mieli na plecach blizny i tatuaże – każdy inne. Nie pytałem co przedstawiają. Nie wolno – uprzedzono mnie o tym wcześniej, żebym nie tracił czasu i nie pogwałcał ich zwyczaju. To święte skaryfikacje mające chronić właściciela – tylko robiący je kapłan wie co oznaczają (choć ja przypuszczam że nacina co popadnie, korzystając z naiwności dzikich)”. W wulkanicznym pyle – zapiski z podróży,  Tull Haza z Magoro, 1881 r.

niedziela, 23 grudnia 2018

Wyspa Świętego Koggara (Barna)

Samotna wyspa na granicy Dalekiego Południa i Południowych Rubieży. Mieszkańcy zwą ją Khenari. Ma kształt odwróconej piramidy o szerokiej podstawie, towarzyszy jej kilka niewielkich, skalistych wysepek, służących okolicznym ptakom za lęgowiska. Piętrzy się wśród fal w znacznym oddaleniu od innych skupisk. Powierzchniowo dwa-trzy razy większa niż Nurllkor. Jest najdalej na południe wysuniętą częścią Archipelagów Zachodnich.

Khenaryjscy wyspiarze od pokoleń żyli w przekonaniu że są jedynymi ludźmi na świecie, nie brali pod uwagę że na północ od nich istnieją inne lądy, dużo większe i ludniejsze niż ich własny, trwało to aż do drugiego kwartału roku 1777, kiedy to dopłynęli do nich Er Iwaz i Mak Rezeda, Szykwalkczycy w służbie króla barnijskiego, na statkach Ihan Badular i Omo.

Skaliste, ciemne wybrzeża – tworzone przez niskie klify, skutecznie opierają się niszczycielskiej działalności morza, i do dziś pozostają takie jak w dniu kiedy dopłynęli doń pierwsi Kulinczycy. Wnętrze Khenari pokrywają trawiaste równiny i rachityczne gaje. W środku wyspy znajdują się dwa wygasłe wulkany. Poza owadami i ptakami, nie było tam innych zwierząt – dlatego podstawą wyżywienia miejscowych stanowiły do niedawna wyłącznie ryby i zwierzęta morskie. Nim przybyli biali, uzupełniali tę  dietę wyłącznie jadalnymi korzeniami.
Choć klimat jest tu nadal łagodny, możemy wyróżnić wyraźną porę ciepłą i chłodną. W niektórych, szczególnie mroźnych latach, mają tu nawet miejsce niewielkie opady śniegu. Wprawdzie nie zalega długo – jednak nie różni się niczym od tego jaki sypie zimą na ruńskie i kulińskie strzechy. Kiedy przychodzi ocieplenie, prądy i wiatr targają tu ogromne kry i góry lodowe, tubylcy wierzą że pozyskana z nich woda ma szczególne właściwości: hartuje organizm i wyostrza zmysły.

Miejscowa nazwa, Khenari, znaczy po prostu ziemia, ląd. Barnijska honoruje kokarskiego świętego, patrona ludzi morza, którego rocznica śmierci wypadła na kilka dni przed dotarciem okrętów do brzegów wyspy.

Tubylcy przywitali załogi Omo i Badulara jak bogów, hucznie świętując ich przybycie. Wyspiarze o niebieskich oczach najwyraźniej zapomnieli jak dotarli na wyspę, bo podczas rozmów jakie z nimi na ten temat prowadzono (już po przełamaniu bariery językowej) twierdzili że są tu od początków czasów,  niemalże od momentu kiedy to umarł wielki przedwieczny, ich bóg: „to jego złote oko świeci za dnia, to jego szare oko świeci w nocy – to jego mózg tworzy pyliste chmury, to jego zęby, ścięgna i mięśnie zrodziły skały. Z jego ciała wszystko co żywe, z jego ciała wszystko co martwe – z ciepłej krwi pierwsze deszcze, ongiś czerwone, i wszechwody. Choć umarł, choć stąpamy po jego ciele każdego dnia i nocy, a ono ani drgnie, to pozostał z nami jego duch – z niego wszystko, to co dobre, z niego wszystko to co złe – nasza człowiecza natura”. Barnijskie załogi wzięli za niebian, dzieci owego martwego boga-olbrzyma. Żeglarzom z trudem przychodziło wyjaśnienie im  że jest inaczej, choć początkowo chętnie korzystali z oferowanych przywilejów.
Nieznający żelaza ani ceramiki wyspiarze wiedli żywot podobny temu jaki cieszy orki czy gobliny. Khenarijczycy mieszkali pierwotnie w skalistych ziemiankach, ciasnych i zadymionych izbach bez okien, łodzie budowali z lokalnego drewna, foczych skór i kości wielorybów. Dużo polowali, zbierali korzenie i szukali skorupiaków pośród skał, gdy morze było spokojne. Nie potrzebowali niczego więcej. Ich ciała były umięśnione, niebieskie oczy pełne blasku. Dziś wielu z nich tyje od słodkich potraw osadników, jednocześnie tracąc rozum od marnej jakości nalewek, robionych z czego popadnie i byle jak. Wyglądają inaczej. Skóra wielu z nich znacznie pojaśniała, zęby i kości stały się kruche.
Stolicą kolonii jest Nowa Ulea, wzniesiona z drewna pozyskanego z masowych wyrębów na Bahaarze, ulokowano ją nieopodal wielkiej studni i ołtarzy pomniejszych bogów, tutejszego punktu zgromadzeń. Miejscowi mówią o niej Miasto Przybyszy. Barnijczycy stanowią jedną dziesiąta mieszkańców wyspy, mieszkają głównie w stolicy i okolicznych osadach.
Tutejsze trawy są bardzo bujne i świetnie nadają się dla owiec, bawołów i brunatnych kuców. Czas upływa tu sennie, od sztormu do sztormu niewiele się tu dzieje. Nad wyspą krążą w chłodnych miesiącach świetliste kule, ale nie były nigdy przyczyną żadnych przykrych wypadków.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Wyspy Pifryjskie (Unnter Kunien)

Wyspy Pifryjskie, nieco osamotnione, leżą na południowym krańcu Skupiska i przez długi uchodziły za lądy najdalej wysunięte na południe, kresowe. Zostały odkryte przez żeglarza nazwiskiem Pifr, obywatela Unnter Kunien, w trzecim kwartale roku 1611. Dowodził trzema statkami, ten na którym przemierzał południowy Teritall, na którym były wszystkie najcelniejsze znaleziska i zapiski, pewnego wieczoru wpłynął we mgłę i tyle go widziano. Spekuluj się mógł zatonąć rozbiwszy się na jednej z tamtejszych raf. Pozostałe zawróciły do ojczyzny, pierwej zawijając do Khatymy. Napływ ludności był błyskawiczny. Okresowo jest tam zdecydowanie chłodniej niż na pozostałych Wyspach Zielonych – co zostało przyjęte za czynnik sprzyjający osiedlaniu się nienawykłym do takich temperatur Kulinczykom.

Na górzystej wyspie Aio Hall, znajdującej się w północno-zachodniej części archipelagu, u stoków wygasłego wulkanu znajduje się średniej wielkości miasteczko Bors, stolica kolonii.

Zwozi się tam nasiona i susz, oraz inne dobra które potem popłyną na Kulin i bezpośrednio do Runu.

Miejscowi czarni nie rozumieją języków ludów Pae, mówią inaczej i mają odmienne zwyczaje. Polują na niewielkie wieloryby, żółwie i drapieżne skorupiaki, których mięso bardzo sobie cenią, zbierają też orzechy.

Tutejsze wyspy nie są duże, tworzą małe grupki, prawie że stykające się brzegami, porastają je wysokie trawy i orzechowce; puszczy takich jak w innych rejonach Wysp Zielonych prawie tu nie ma. Kiedy na Kulinie mamy pełnie lata, tutaj robi się chłodno. I odwrotnie – ociepla się kiedy na północy panuje zima.

czwartek, 13 grudnia 2018

Archipelagi Pae (Unnter Kunien)

Grupa kilku Archipelagów w południowej części Zachodniego Skupiska, składających się z niewielkich i średnich wysp, o nieregularnych kształtach, półksieżyców oraz pierścieni – administrowanych przez Unnter Kunien, zamieszkałych przez potomków osadników z księstw, czarnych i mieszańców.

Pae to słowo którego tutejsze plemiona używały pierwotnie w stosunku do wszystkich okolicznych wysp, w dosłownym tłumaczeniu znaczy ono ląd. Tubylcy pytani o to jak nazwa się ich wyspa, zdezorientowani odpowiadali najczęściej: pae!

Siedzibą zarządu kolonii jest duże miasto Khatyma (Kathuma) na wyspie Thar, u ujścia Rzeki Słonecznj (Pullar). Khatyma to trzy rozległe dzielnice z szerokimi ulicami, port handlowy i kilka dużych targów – miasto pełną gębą, z brukowanymi trotuarami, wysokimi kamienicami wzorowanymi na tych z Szykwalku, obmurowanym nabrzeżem, kapliczkami i domami usług. Mieszczą się tu świątynie, siedziby związków kupieckich, filie banków, gospody i kilka domów uciech. Miasto jest tłumnie odwiedzane przez Narwijczyków z kolonii w Kunaszirze, Pifryjczyków, kolonistów z Wyspy Świętego Koggara, kulińskich i ruńskich handlarzy. Przede wszystkim zaś ciągną tu osadnicy ze wszystkich zakątków Pae – plantatorzy orzechów, wytwórcy przypraw korzennych, sadownicy i właściciele krzewów hadżmur, które przyjmują się w tutejszej glebie, i z roku na rok dają coraz lepsze plony – konkurencyjne wobec tego co produkuje Efr i Horan. Thar leży w północnej części kolonii.

Prócz Thar, wcale nie największej, ale jednej z najludniejszych wysp Pae, Kulińczycy mogą kojarzyć ze słyszenia Ziemię Anathari, Orn Merkir czy Anmarnard. Na Anatharii znajduje się kamienny krąg, który tworzą wysokie czarne bloki, ozdobione przez liczne postaci ludzkie, półludzkie i wizerunki zwierząt. W jego środku da się odczuć niezwykłe wibracje, i wejść w odmienne stany ducha, „odrzucić pęta rzeczywistości”. Choć nikt nie wie tak naprawdę czemu tak się dzieje, zjawisko ma kształt realny. Potomkowie dzikich, z wysp leżących nieopodal Tifaaru, potrafią żeglować na zachód dniem i nocą, bez snu, tylko po to aby się tam dostać i zasięgnąć rady wyroczni, a niekiedy też by potem samemu, po stosownym rytuale, doświadczyć wizji w kręgu. Owe wzmacniają ponoć magiczne kamienie – które trzyma się w ręku bądź umieszcza w pyskach posągów – wyglądaj na zaszlifowane ametysty i cytryny, ale i one nie są takie zwyczajne. Biją od nich dziwne ciepło... jakby wyjęto je z popiołów.
Orn Merkir ceniona jest ze względu na warzone tam alkohole, a także jako miejsce gdzie zwykli ludzie mogą doświadczyć niezwykłego. I wyjść z tego cało. Od setek lat krążą tu opowieści o wirujących kulach, dziwnych spotkaniach ze świetlistymi postaciami, i tajemniczymi mieszkańcami morza, przypominającymi naszych wodników czy utopce.
Na plażach Anmarnardu, leżącej nieopodal krańców łańcucha wysp Bahaar, znajduje się często cielska martwych wielorybów. Nie trudząc się zanadto – można z nich uzyskać dobrej jakości mięso i tłuszcz, do lamp przedni. Nie są to osobniki stare czy chore, po prostu, podobnie jak te z wybrzeżu Kulinu, z niejasnych przyczyn gubią drogę i masowo osiadają na płyciźnie.

sobota, 24 listopada 2018

Goa Hrist (Szykwalk)

Dwie skaliste wyspy w północno-zachodniej części wód Południowego Kunasziru, prawie bezdrzewne, zaanektowane przez Szykwalk w roku 1468; jak zanotował w drugim kwartale owego roku kapitan ekspedycji Tiel Mahr-Ibreien: „kiedy wyszliśmy na ląd, nie było wolnego miejsca na stopy, wszędzie leniwe, spasione jaszczury, [...] nie było jak iść”. Obecnie ich populacja jest znacznie mniejsza. Przed przybyciem Kulińczyków mnożyły się bez opamiętania, zajmując praktycznie każdy skrawek wolnej przestrzeni. Śladów pobytu czarnych na wyspach nie stwierdzono. Jaszczurki pasą się na podwodnych łąkach i porośniętych glonami skałach, zupełnie jak krowy morskie. Można je jeść, choć ich mięsa ma przykrą woń i ciężko się je żuje. Na wyspie jest duża osada, znana jako Aruza, nazwana tak samo jak macierzysty port z którego wypłynął przeszło 400 lat temu statek z pierwszymi osadnikami. Kolonistów nie ma wielu, a ci co są, żyją z rybaczenia. Obóz utrzymywany jest jako potencjalna baza wypadowa – obecny król Szykwalku liczy że przyda się w kolonizacji bardziej urodzajnych wysp Kunasziru.