poniedziałek, 20 maja 2019

Archipelag Wielorybi (Holm)

Łańcuch lekko górzystych wysp ciągnących się z zachodu na wschód, między którymi piętrzą się tysiące skalistych wysepek, usianych koloniami morskiego ptactwa i cielskami wodnych jaszczurów. Nie ma tam za wiele drzew, dominują trawy, gatunki karłowate i krzewy. Wyspy biorą swe miano od stad wielorybów, które przybywają tu by odbywać gody i wychowywać młode, tubylcy zaganiają niewyrośnięte, ufne osobniki do zatok, i tam zakłuwają dzidami.

W trzecim kwartale roku 1551 dopłynęli tu barnijscy marynarze w służbie króla holmskiego, na miejscu nie znaleźli krzewów których szukali, ani chętnych do wymiany krajowców, ale zajęli te ziemie w imieniu królestwa i rozrysowali pierwsze mapy. Nieliczni wyspiarze jakich napotykali, polujący na duże kraby i kryjące się na dnie płaszczki, byli dość zaskoczeni ich widokiem. Przypominali im ich samych, ale mimo znajomych rysów ich skóra była ciemna jak smoła – teraz, kiedy zaczęli mieszać swą krew z ubogimi Holmczykami i robotnikami z Barny, rysy im złagodniały a skóra pojaśniała. 

Przez cały rok, na wodami okalającymi wyspę – można obserwować błędne ogniki. Ponoć pożerają morskie ptaki. Wedle słów wyspiarzy, są duchami tych którzy pomarli na morzu. 

Prócz tych wierzeń mają i inne, uważają się za dzieci Wielkiego Ducha, który „stworzył nas na swoje podobieństwo [...] ma dwoje oczu – jako i my mamy: w dzień patrzy na nas tym najpiękniejszym, jasnym i złotym, nocą przymyka powiekę i obserwuje nas srebrnym; zazwyczaj tkwi w półśnie – rozwiera i zamyka oko... Kiedy śni [tj. kiedy księżyc jest w nowiu], i my winniśmy spać, lepiej nie opuszczać leża, dzieją się wtedy rzeczy których on wolałby nie oglądać, a na które my nie mamy wpływu”.

Najstarsze wieloryby zamieszkujące te łowy mają poorane pyski, porośnięte szarymi naroślami – niekiedy tkwią w ich skórze groty złamanych dzid i ostrza harpunów. Bywa że siedzą w nich przez cały, marny, półrybi żywot, do czasu aż ich cielska zaczną dryfować bez ducha na falach. Kiedy rozdęte wieloryby zaczynają gnić – groty i ostrza kończą na dnie, bywa też że trafiają na plaże lub osiadają między skałami. W roku 1734 wydobyto z nosa uśmierconego osobnika wrośniętą klingę z fragmentem inskrypcji: Otmar Marhai, Kuwar Ill Mar, Marakka – 1599. Warsztat rodziny Marhai numeruje każdą serię, i z dużym prawdopodobieństwem zwierzę pływało z nim od stulecia do kilkunastu dekad – coś świadczy o długowieczności tych stworzeń.

niedziela, 19 maja 2019

Archipelagi Teleuckie (Szykwalk)

Kilka skupisk mniejszych i większych wysp, nieznacznie od siebie oddalonych, o jasnych, piaszczystych plażach. Wiele z nich ma formę pierścieni. [...] Tamtejsze puszcze są nieco rzadsze od tych jakie można napotkać na sąsiednich archipelagach, ale mimo to imponują ogromem gatunków i masywnością drzew, średnicą bliskim basztom i stołpom. Ogromne drzewa rosną w głębi lądu, na płaskiej powierzchni i łagodnych stokach gór, ale pojedyncze okazy można napotkać też tuż przy brzegu, gdzie ich korzenie sięgają morskich fal. Rokrocznie owocują obficie, a dojrzałe owoce same spadają pod ich konary – niektóre morskie fale zanoszą na inne wyspy.

Prawa do Archipelagów rości sobie Szykwalk, ale z uwagi na bunty i trudności organizacyjne opanowali tylko środkowe i północne wyspy, gdzie pobudowali forty Barbadur, Ohol i Hezar

Zamieszkuje je lud Teleuków, mają jaśniejszą skórę niż większość dzikich, i łagodniejsze rysy. Charaktery jednak najczarniejsze. Regularnie napadali na załogi fortów, rozkradając co się dało, porywając nieliczne kobiety i paląc zabudowania.

Swoich sił w zajęciu tego terytorium próbował też Holm. Zbrojne oddziały z Kallmo, Zellnardu, Talnardu i Byrddhaun planowały założyć tam przyczółki dla dalszej ekspansji, ale kiedy skończył im się proch, zostali wysieczeni co do nogi, tak że wieści o ich porażce przywieźli na Kulin dopiero szykwalccy sąsiedzi z nieco lepiej prosperujących kolonii w północnych skupiskach. Jedynym świadectwem holmskiej bytności w tych stronach są resztki fortu Towag na wyspie Kalama, które ostały się tylko dlatego, że do ich budowy użyto miejscowych kamieni. Obozy na Aoaal i Ai spłonęły.

Teleukowie nie są jedynymi mieszkańcami wysp którym dali miano, równolegle z nimi żyją tu kosmaci, karłowaci ludzie, zwani przez nich Joli, ludem puszczy. Wyspiarze twierdzą, że mają nadprzyrodzone moce. Ponoć potrafią zauroczyć człowieka i sprawić że ten senny osunie się na glebę, mimo iż w tym właśnie momencie chciał zamachnąć się na kudłacza maczugą, bądź paraliżować – tak że ofiara może jedynie mrugać oczami, ale nie kiwnie nawet palcem. Wyspiarze uważają ich za opiekunów lasu. Mimo swej skrytej natury uznawane są za bardzo opiekuńcze i dobroduszne stworzenia. Zagadując starszych, bezzębnych Teleuków, można usłyszeć opowieści o zaginionych dzieciach którymi opiekowały się Joli, ich kobiety i dzieci – aby potem odprowadzić do wioski, solidne odkarmione i czyste.

piątek, 12 kwietnia 2019

Koan Koa (niezależne)

Koan Koa – duży archipelag w południowo-wschodniej części Skupiska, na południe od Ziemi Kurunira, złożony z piaszczysto-skalistych wysp, porosłych grubymi, rozłożystymi drzewami, zamieszkały przez ciemnoskóre plemiona, niebezpieczne i nader liczne, biegłe we władaniu łukiem i oszczepem, które nie poddały się władzy Holmczyków, kolonistów z Barny ani Wigrichtu, i pozostały niezależne. Niewiele o nich wiadomo. Jak w przypadku ludów Rkaru – są skrajnie nieprzyjazne jasnoskórym. Widząc już z daleka białe żagle, zbroją się i dążą do przejęcia jednostki. Wykorzystują w tym celu długie, wąskie łodzie. Mają w swym zbójeckim rzemiośle niemałą wprawę, a co bardziej brawurowe załogi wyprawiają się na łupieżcze rejsy ku Wyspom Zebenhura, czy nawet do Bahaaru. Korzystają wtedy z dwu-trzykadłubowych jednostek z platformami.

Nim przybyli tu pierwsi Kulinczycy – klany Koan Koa żyły w niezgodzie. Wiele grup toczyło ze sobą wielopokoleniowe konflikty, które wynikały ze szczególnego umiłowania zwyczaju krwawego odwetu. Mordy nie miały końca. Wioski przeciwko wioskom, rodziny przeciwko rodzinom. I tak od wieków. Kiedy pojawili się odkrywcy, a zaraz po nich pierwsze statki z osadnikami, przekierowano gniew na okupantów. Walka dla samej walki, w obrębie własnego ludu i wyniszczająca pomsta straciły sens. Jedni dostrzegli to prędzej, inni nieco później.  Wiele nierozwiązywalnych sporów w obrębie grup krewniaczych wygasło kiedy winowajcy ponieśli śmierć od chorób przywiezionych przez niedomytych Kulinczyków i ich ołowianych kul.

Obecnie wszyscy wodzowie delegują swojego reprezentanta, który bierze udział w ogólnoplemiennym wiecu, zwoływanym kiedy zajdzie potrzeba, na jednej ze środkowych wysp. Tam, w ruinach które kiedyś musiały być świątyniami i pałacami ich przodków, radzą kiedy i gdzie się wyprawiać, komu udzielić wsparcia, jakich kroków zaniechać.  Nie chcą się jednak układać wysłannikami zarządców okolicznych kolonii, nawet czarnymi. Nie działa to idealnie, prowadzi niekiedy do sporów, ale już nie tak krwawych jak wcześniej.

W drugim kwartale roku 1439, ocalałe z napaści okręty przywiozły do Zadaru fragmenty kilku płyt ze złożonymi znakami, uznanymi przez gnomy za rodzaj pisma obrazkowego. Uczeni mają jednak wątpliwości czy ludy Koan Koa – nie znające wytopu metali ani tkactwa – umieją się nimi posługiwać. Przypisuje się je wcześniejszym mieszkańcom wysp. (A może wyspy, bo twierdzi się że kiedy poziom wód był niższy, tworzyły jeden ląd).

wtorek, 9 kwietnia 2019

Harian (Holm)

Harian – duża wyspa w środkowej części Wschodniego Skupiska, położona między Irailem, Wyspami Zebenhura i Archipelagami Teleuckimi. Prawe tak duża jak Holm do którego od przeszło czterystu lat, od momentu odkrycia, niezmiennie przynależy. Dzicy nazywają ją Khabamamaru – co oznacza Wyspę Świętego Drzewa. Legendarny, tysiącletni muhr albo karah, o pniu tak grubym jak obwód murów niewielkiego zamku, niewysoki, ale rozłożysty – ma być siedzibą boga tej ziemi, i jednocześnie schronieniem wszystkich duchów opiekuńczych, którymi rozporządza wedle swej woli. Ponoć są w nim tunele prowadzące do wielkich sal, wysokich na kilkanaście łokci, oświetlanych jasnymi, wirującymi kulami. Różne rzeczy się mówi, ale nikt na własne oczy go nie widział. Wielu rzecze wprost, bez ogródek, że to bajania starców, którym nie warto dawać wiary. Że wielki muhr nie istnieje. A jeśli istniał, to już dawno zbutwiał i rozsypał się w proch.

Po pierwszych fortach, stawianych przez robotników najętych przez holmskich kupców, nie ostało się tutaj wiele. Obecna stolica, Hakia, położona w północnej części wyspy, w delcie meandrującej Ukszy, to ważny port, w którym gromadzi się plony z całej wyspy. Wiele tamtejszych zabudowań stoi na palach, budynków ceglanych i kamiennych się nie spotyka. Kiedyś były, ale zapadły się pod własnym ciężarem. Holmska kolonia jest słabo zaludniona, a jej wnętrze to tereny dzikich, gdzie żyją jak za czasów ojców i dziadów. Wielu z nich nie nigdy widziało białego człowieka i nie dąży do spotkania.
Drzewa i krzewy rosną na Harianie tak gęsto, że niemalże uniemożliwiają wyprawy w głąb wyspy. Najłatwiej poruszać się rzekami. Uksza prowadzi aż do pierścienia jasnych, nagich gór, piętrzących się w północno-wschodniej części Harianu. Z daleka zdają się mieć błękitną barwę, tutejsi kojarzą ją z powierzchnią księżyca. Wedle ich wierzeń, są one jego obszernymi fragmentami,  które w czasach duchów, przed narodzinami człowieka – spadły na wyspę. Stąd też nazywają je Księżycowymi. Jest tam wiele żył srebra. Mieszkający w niewielkich barakach krasnoludzi, gnomy i górnicy z Khaarmunu, całymi dniami kopią urobek. Dla czarnych są to święte góry, i boją się w nie zapuszczać. Obserwują niekiedy z daleka lampy kopaczy, płonące nocą i o zmroku, biorą je za dusze zmarłych błądzące między skałami.

„W jednej z tawern portu Hakia, w kącie sali, na podwyższeniu, stoi wypchany kosmaty człowiek, za życia noszący imię Kudża, imię niebylejakie bo po lokalnym bożku sprawującym piecze nas światem umarłych. [...] Miejscowi odbierają ich matkom za młodu, a potem trzymają w obejściu, taj jak my psy obronne. Choć niewielkie wzrostem, znacznie przerastają siłą człowieka. Kudża został znaleziony przy matce która poraniły na mokradłach koszaruki albo broniąca terytorium kudra. Przeżył w niewoli czterdzieści lat. Pojono go mlekiem, a kiedy podrósł także gorzałką. Palił fajkę i komunikował się za pomocą gestów. Mowy nigdy nie opanował, ale jego pobratymcy też nie mają tego w zwyczaju. Żyje ich wielu w różnych zakątkach wyspy, na ogół w małych grupkach. Nieoswojone – są bardzo niebezpieczne, choć te na pozór obłaskawione także niekiedy wybuchają gniewem. Potrafią zabić jednym uderzeniem, a ich zęby są dziesięciokroć mocniejsze jak wilcze”. Dzienniki i notatki kapitana Hara, 1728 r.

W Kabuzurze, o dzień drogi od stolicy, gromadzi się kauczuk. Liany których sok służy do produkcji tej substancji rosną w różnych zakątkach wyspy, ale tam w największym nagromadzeniu. Jest to roślina święta dla miejscowych, wychwalana w religijnym zawodzeniu, sławiona w opowieściach. Produkują z niej napary, które jak wierzą – pomagają im wyjść poza ciało i obserwować świat z lotu ptaka, wyzbyć się lęków i spotkać z duchami. Sok z liany działa tylko wtedy kiedy połączy się go z trzema innymi składnikami – jakimi, nie wiemy.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Wyspa Kurunira (Unnter Kunien)

Duża wyspa w zachodniej części Skupiska, między Janakonem a Koan Koa, porośnięta nieprzebytą gęstwiną urozmaiconą mokradłami rozgraniczanymi paprocią i wilczym zielem. Towarzyszą jej pomniejsze skaliste wysepki na których wygrzewają się ogromne wodne smoki, pękate od ryb i żółwi którymi się żywią. W deltach jej bagnistych rzek żyją stada słodkowodnych delfinów, przypominających wyglądem te efryjskie. Są to zwierzęta bardzo ufne i życzliwe, niespotykanej śmiałości. Często pomagają tonącym utrzymać się na powierzchni, odganiają od kąpiącej dziatwy drapieżniki, a kiedy je pogładzisz, domagają się kolejnych pieszczot; mają delikatną, różową skórę. Niekiedy pozwalają się dosiadać. Kiedy są blisko – nie straszny nam atak żadnego gada. Z uwagi na te cechy, tak tubylcy jak i koloniści, darzą je wielką sympatią.

Wyspę zajął dla Unnter Kunien Ihrun Igur Kurunir, kapitan okrętu Biały Lew. Założył tam fort, a pół roku później nakreślił granice pierwszego miasta – Omma-hara – które istnieje do dziś. Obdarzył je mianem ku czci księżnej Sawoin, małżonki jego protektora – Ommy z Brunhardów, Zielonookiej z zamku Zhaar. Pobudował też stołp w miejscu gdzie wznosi się dzisiejsza stolica, Port Kurunir. W dowód uznania jego dokonań, na dziesięciolecie kolonii przemianowano ją oficjalnie na Wyspę Kurunira – tak jak zresztą mówiło się o niej nieformalnie od momentu wbicia pierwszych pali obozu.

Na wyspie są kamienne kręgi, w których zakopano wielu ludzi. Miejscowi jednak nie wiedzą kim byli. Różnili się znacząco od nas – wszyscy mieli wydłużone czaszki. O ile dobrze liczono – po siedem lub po sześć palców u każdej dłoni. Stacjonują tu strzelcy z Aksar znaleźli jaskinie w których znajdowały się też kości zwyczajnych ludzi. Pogruchotane – dziś ciężko orzec czy nadgryzł je ząb czasu, czy też złożono ich w ofierze.

Na wyspie osiadli: Kun Dae z Wig, szkutnik który zbudował okręt Tilk, na którym odkryto wiele wysp mórz Dalekiego Południa, ojciec Kuna Bara oraz Elme, równie wprawnych cieśli i budowniczych łodzi; Kendan z Molokki, półkrwi dziki który tłumaczył dialekty czarnych na języki ciryjskie, i który zmarł od zdradzieckiego ostrza krewniaków; Ajabar Aberdur, Hatlańczyk w służbie księcia Kelfi, astronom i poeta, a także alchemik, rzekomy bękart Ulome, uzdrowiciela z Czarnej Bramy; Nasar Akaran i Amago Wilk, poddani ibryjscy urodzeni na pograniczu horańsko-neuwskim, łowcy dzikich. Wszyscy zapisali się trwale w historii kolonii, a Kun Dae wykuto tablicę z modlitwą za jego duszę, i zbudowano izbę pamięci, która po dziś dzień odwiedzana jest przez młode pary w dniu ich zaślubin.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Wyspy Zebenhura (Barna)

Archipelag w środkowo-zachodniej części Skupiska, składający się z trzech dużych wysp oraz dziesiątek mniejszych i większych skalistych wysepek, porośniętych wiecznie zieloną gęstwiną i wysokimi trawami. Na Wyspie Czerwonego Żółwia (Nler Ataarhar), mieści się siedziba kolonii, założona przez odkrywcę wysp – Burza. Jest to stale powiększające się miasteczko, z niewielkim portem – gdzie na pękate, szerokie statki transportowe ładuje się tutejsze owoce, korzenie i zasuszone owoce krzewów khyr-du. Wedle opowieści miejscowych na pomniejszych, skalistych wyspach żyją złośliwe karły – ale nic nie potwierdza tych rewelacji.

„Barnowie gospodarzą tu bez pomocy miejscowych, na ogół niechętnych przybyszom. Kiedy wyspiarze ukatrupią dzikiego, odrąbują mu ręce aby dostać zapłatę w siedzibie kolonii. A przynajmniej drzewiej tak bywało, kiedym tam pływał. Mieli tam wtedy taką tablicę, na której wypisywali, kto, kiedy i ile. Zanotowałem wtedy, że w roku 1811, w pierwszym kwartale, niejaki Kulkan i Karparan mieli na swoim koncie dwadzieścia dwie dusze, Der N. Mar dziesięciu, Ye-Inllan trzech, a Om Arakce przypisano początkowo dwóch, ale jednego mu anulowano, bo jak się okazało pozostawił go półżywego z odrąbanymi rękoma w lesie, i ponoć była to kobieta. [...] Za każdego władze kolonii wypłacały dwie srebrne monety. [...] Jeden z tutejszych opowiadał mi jak za młodu jego druh pojmał w puszczy zdeformowanego czarnego, któremu z brzucha sterczał guz i dodatkowe, chude ręce. Policzyli go mu jako dwóch, bo dostarczył łącznie cztery dłonie. [...] Dzicy w owym czasie dawali im we znaki, kradli ich miski, sztućce, ubrania, co wpadło im w ręce. Ponoć porywali także dzieci, a kozy, kury i kaczki znikały całymi tuzinami, tak że w ciągu jednej nocy przepadała nawet jedna trzecia inwentarza”.

niedziela, 3 marca 2019

Janakon (Barna)

Janakon to zniekształcona forma nazwy miejscowej – Ian Ijanako – która oznacza wyspę boga Ijanako, syna Słońca. Duża i rozległa, o klifowym wybrzeżu i skalistych plażach pełnych ostrych muszli – bogata w żelazo i inne minerały, stanowi niezwykle dochodową część barnijskiego królestwa, które z roku na rok posyła tam kolejne załogi górnicze, a w miarę możliwości przyucza do roboty miejscowe, czarne plemiona. Owe jednak nie garną się do tego mozołu. Wolą polować. To ludzie wysocy, silni, zwinni i wytrzymali, o oczach zielonych jak świeże liście i włosach kręconych niby wełna, tradycyjnie rolowanych w długie kołtuny. Nie nawykli to żmudnej, wielogodzinnej pracy, zwłaszcza mężczyźni. Pracują tylko tyle ile muszą, i tylko w towarzystwie – zabawiając się śpiewem i rozmową. Poza polowaniem i skręcaniem lin, pleceniem mat oraz rzeźbieniem niewielkich ozdób, przedmiotów użytkowych i zabawek, wiodą życie próżniacze. Nie mogło być tak jednak zawsze. Na wyspie jest wiele ruin zaświadczających że ktoś tu kiedyś gospodarzył na sposób bliższy normom południowców z Kulinu czy Runu. Ich rozmiary wskazują że musiały powstawać latami. Obecnie jednak krajowcy leżą do góry brzuchem, bawią się na przeróżne sposoby, z pasją niwecząc wysiłki kolonistów pospolitą kradzieżą i niewybrednymi żartami.

Stolicą kolonii jest Port Zebenhur. Jego nazwa upamiętnia Ottara Zebenhura, kupca, żeglarza i odkrywcę, który jako pierwszy postawił stopę na Janakonie. Założoną ją nieopodal zatoki gdzie doszło do lądowania, a jego sczerniały pomnik od dwustu już lat zdobi wejście do portu. Zebenhur stoi prosto, wpatrzony w dal, a ręce trzyma z przodu, oparte na wzorzystej tubie do mapy i lasce.

„Na zachodnim skraju wyspy znajdują się pozostałości budowli zwanej przez tutejszych kolonistów Zamkiem. Nie wiadomo ile lat liczy sobie ruina. Na pewno była już w gruzach kiedy przybyli tu ludzie Zebenhura. Jej czarne, kamienne płyty, wydają się tak duże, że do ich ruszenia trzeba by setek ludzi albo kilku trąbowców. Może kiedyś żyły tu te stwory? Tak by wynikało z opowieści miejscowych. Wedle uczonych gnomów, kości jakie wygrzebano z grobowców należały właśnie do tych stworzeń, choć nieco mniejszych od rodzajów znanych z północnego Kulinu czy Efru. Nikt nie umie odtworzyć rzeczywistego wyglądu budowli, wyjąwszy przybliżony kształt pierwszego poziomu; nie wiadomo czy była świątynią, czy warownią, a czarni nie uważają jej za dzieło swoich przodków i boją się ją odwiedzać. Jak ich zapytać, to na ogół słyszy się że to pozostałości po siedzibie bogów, których zgładzono. Niektórzy sądzą że to ruiny cywilizacji Zatopionego Kontynentu”. Taro, Morza i lądy, 1777 r.

„Miało być wino, kobiety i śpiew! Gorzałka przednia, kobiety chętne, rozśpiewane, a do tego cycaste! Zabierz się z nami mówili – przednia zabawa będzie: krotochwile i grubsze żarty, muzyczka, fleciki, dzwoneczki, tamburyno, gra w kości i różne różności. I dupa. Śmierdzi. Jeść nie ma co.. [...] Jestem utrudzony wielce Tatko, umęczony. Zawierz mi – tym razem prawdę mówię. Kopiemy cały dzień. Pale i pale. Wbijamy, aż otoczymy całą osadę. Marny to trud. I tak nam przyjdą i rozwalą. To już kurwica strzela, północą ścianę trzeci raz stawiamy. Tato – przyślij mi jakieś pieniądze, nie dostanę żołdu bo firma w bankructwie, główne statki potonęły (przegniłe), pomocnicze jednostki pokradziono (dzicy), długie łodzie spłonęły (dzicy i starszy majtek Figl, któremu się przysnęło z fajką – pół na pół) tylko dranie z Irailskiej Kompani pływają regularnie. Tato – daj temu człowiekowi który przekaże ci ten list tyle ile zasłużył i wspomóż mnie, a jak możesz to zabierz, do domu, do matki, bo ja już nie mogę. [...] Tato – nie żartuje!”. Thoe Teipel, korespondencja prywatna, Janakon 1846 r.